Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak.
Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel”, to znaczy Bóg z nami.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie.
Kochaj! Walcz! Ufaj!
W ostatnich dniach na portalach społecznościowych użytkownicy sieci „podają” sobie dość nietypowe zdjęcie Świętej Rodziny: wyraźnie zmęczona Maryja śpi, gdy tymczasem Józef – przedstawiony na pierwszym planie – zajmuje się Dziecięciem, trzymając Je na rękach. Niby nic zaskakującego, a jednak wizja artysty zaskakuje, czemu wiele osób daje wyraz w komentarzach. Łamie schematy myślenia o Bożym Narodzeniu, relacjach panujących wewnątrz tej wspólnoty – nader często w naszych myślach, bogatej literaturze hagiograficznej, usztywnionych, spetryfikowanych tradycją albo odwrotnie – „ulukrowanych” tak bardzo, że aż nierzeczywistych. A przez to odległych nam, odrealnionych. Gdzie tu mowa o naśladowaniu, szukaniu inspiracji, do czego tak żarliwie zachęcają adwentowi kaznodzieje? A tymczasem…
Tymczasem życie od początku nie szczędziło Świętej Rodzinie kryzysów. Od początku coś „nie stykało”. Oboje mieli plany na swoje szczęście, które Boży posłaniec po jednym słowie Miriam, zmienił tak, jak się burzy domek z kart. Byli młodzi, bardzo zakochani w sobie. Po tym zaraz przyszły dylematy Józefa: przecież to nie jego Dziecko! Prawo rozprawiało się z takimi sytuacjami jednoznacznie surowo. Chciał ratować Narzeczoną. „Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: ’Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło’”. A potem było Betlejem i „brak miejsca w gospodzie”, wymuszona migracja do Egiptu itd. Kłopot za kłopotem, próba za próbą, bez taryfy ulgowej, fajerwerków i wsparcia niebiańskich zastępów. Przetrwali. Ufali Panu, wiedzieli, że uczestniczą w czymś, co ich przerasta, że w planie Bożym mają swoje zadanie do wykonania.
Czy zatem tacy „odlukrowani” Święci Małżonkowie mogą stanowić inspirację dla tysięcy małżeństw, przeżywających – podobnie jak Oni – swoje kryzysy, zwątpienia, dylematy? Oczywiście, tak! Z tych samych powodów, dla których Jezus i Miriam pokornie przyjmowali wolę Boga. Wszyscy jesteśmy wpisani w Jego plan. Mamy swoje zadania do wykonania. I nie jesteśmy w tym sami. Sakrament małżeństwa to nie kwiatek do kożucha, piękny, jednak niekonieczny ornament. To zaproszenie, by przestać się bać – analogicznie do tego, jakie usłyszała z ust Gabriela Maryja czy to, które we śnie otrzymał Józef. By walczyć! Ufać. Kochać! Bóg dopełni reszty.

