Budżet państwa za rok 2019 zamknął się niewielkim deficytem. Czemu zawdzięczamy ten dobry wynik?
– Niezmiennie od kilku lat dwóm czynnikom, czyli dobrej i przedłużającej się koniunkturze gospodarczej, trwającej znacznie dłużej, niż spodziewali się analitycy – z jednej strony. Z drugiej strony ten dobry wynik zawdzięczamy zacieśnieniu fiskalnemu i rosnącej – właściwie w oczach – sprawności służb skarbowych, wyposażonych w coraz to nowsze instrumenty, czy narzędzia choćby informatyczne, analityczne, ale także prawne jak split payment, jak jednolity plik kontrolny czy wiele innych.
Dość wspomnieć, że w roku 2015 z VAT-u, a więc z najważniejszego dla budżetu państwa podatku, tenże budżet pozyskiwał ok. 120 mld zł, a w 2019 roku było to już 180 mld zł. Ponadto niemal o połowę, w ciągu jednej kadencji Sejmu, wzrosły też wpływy z podatków dochodowych, czyli CIT-u płaconego przez firmy i PIT-u płaconego przez osoby fizyczne.
Można się z tego chyba tylko cieszyć…
– Dokładnie, bo konkluzja jest następująca mianowicie udało się podnieść dochody podatkowe budżetu państwa bez podnoszenia – w istotny sposób obciążeń dla gospodarki i społeczeństwa. Stawki podatków przecież nie rosną, a mimo to pieniądze płynęły do kasy państwa coraz szerszym strumieniem.
I udało się utrzymać budżet w ryzach mimo poważnych transferów społecznych…
– Tak. Państwo było stać na coraz więcej. W pierwszej kolejności na transfery społeczne, które były tak skonstruowane, że pozwoliły gospodarce rozwijać się z roku na rok coraz szybciej. Wbrew oczekiwaniom różnych czarnowidzów transfery te nie spowodowały ani załamania w finansach publicznych, ani tym bardziej w samej gospodarce. Wręcz przeciwnie, przez konsumpcję wewnętrzną stały się jednym z motorów napędowych naszego wzrostu w ogóle.
Jednakże wydatki budżetowe rosły też na inne cele, takie jak bezpieczeństwo, administracja, gdzie wreszcie, po wielu latach zostały odmrożone nakłady na wojska – właściwie na wszystko, na co państwo łoży. Państwo zaczęło wydawać więcej, bo zwyczajnie było je na to stać, a mimo to nie zadłużaliśmy się już na taką skalę, jak to miało miejsce w latach poprzednich i, co ważne, nie trzeba było podnosić podatków. To jest niewątpliwy sukces, a moim osobistym zdaniem jest to największy – jak do tej pory – sukces polityki gospodarczej Prawa i Sprawiedliwości.
Jakie wyzwania stoją przed polskim rządem w 2020 roku?
– Cały szereg wyzwań, bo rok 2020 będzie – wszystko na to wskazuje – pierwszym rokiem fazy spowolnienia w cyklu koniunkturalnym. Celowo używam tego określenia, bo cykl koniunkturalny jest to coś już dawno, dekady temu, zdiagnozowanego, jako zjawisko zupełnie naturalne dla każdej gospodarki rynkowej. Więc to, że polska gospodarka spowolni w 2020 roku, prawdopodobnie także przez dwa następne lata ten okres będzie trwał, to nie jest wina problemów wewnętrznych w gospodarce, a tym bardziej jakichś błędów popełnionych przez rządzących polityków, tylko jest to rzecz zupełnie naturalna.
Te wyzwania, o których mówimy dotyczą głównie zjawisk zewnętrznych, dotyczą spowalniającej koniunktury płynącej do nas właśnie z zagranicy – głównie zaś z Niemiec, które tym spowolnieniem zostały już dotknięte. To są również zjawiska nadzwyczajne takie jak brexit, który najprawdopodobniej nastąpi w bieżącym roku, którego skutków nie jesteśmy do końca w stanie przewidzieć. Do tego dochodzi napięcie na linii Stany Zjednoczone – Chiny, być może również wydarzenia na Bliskim Wschodzie choćby w Iranie, być może też jakieś niekorzystne dla Polski decyzje coraz bardziej nieobliczalnej Rosji i jej prezydenta. To są wszystko wyzwania zewnętrzne, które zaliczam do najpoważniejszych.
Jest też cały szereg spraw, które trzeba rozwiązać w ramach polityki nakierowanej do wewnątrz. Jakie to kwestie?
– Są to chociażby kwestie związane z koniecznością przyspieszenia budowy infrastruktury transportowo-komunikacyjnej. Ten kręgosłup infrastrukturalny naszej gospodarki, który cierpi na nawet nie wieloletnie, ale na wielowiekowe zapóźnienia, na które cieniem kładą się jeszcze porozbiorowe różnice w poziomie tejże infrastruktury, on jest budowany i naprawiany niestety zdecydowanie zbyt wolno.
Tymczasem jest to coś, co ciągle ma potencjał, aby stać się ważnym impulsem do jeszcze szybszego rozwoju gospodarczego naszego kraju i poprawienia poziomu życia Polaków – zwłaszcza na osi północ-południe, która jest, która była przez długi czas zaniedbywana i która jest przecież tym, o co chodzi w haśle, pomyśle, projekcie międzymorza, pod który trzeba podłożyć wreszcie realne podwaliny. Trzeba te kraje, leżące na północ i południe od nas, zszyć ze sobą w tym również z Polską nicią infrastrukturalną.
Międzymorze nie powstanie choćbyśmy odbyli tysiące paneli eksperckich, konferencji czy sympozjów i choćbyśmy podpisali tyleż samo międzyrządowych deklaracji. To wszystko nie wystarczy. Trzeba zacząć realnie współdziałać na niwie gospodarczej, zwłaszcza infrastrukturalnej. Z całą resztą już rynek i zaradni Polacy oraz inne narody naszego regionu doskonale sobie poradzą.
Ale obszarów czy wyzwań dla naszej gospodarki jest chyba więcej?
– Owszem mamy też cały szereg wyzwań w zakresie energetyki, która staje się dla gospodarki coraz większym problemem. Przecież ceny energii elektrycznej w tym roku, wiemy o tym po ostatnich decyzjach Urzędu Regulacji Energetyki, będą rosły, bo coraz więcej problemów w tym obszarze generuje polityka energetyczno-klimatyczna Unii Europejskiej.
Polskiej energetyce potrzebne są też nowe inwestycje tyle, że nie do końca wiemy jakie to inwestycje i jaka jest w ogóle strategia energetyczna. Jak wiadomo zlikwidowano Ministerstwo Energii, a więc osobny resort zajmujący się tą problematyką, ale od samego tego faktu problemy polskiego sektora energetycznego przecież nie zniknęły. Wiele wyzwań stoi też przed spółkami skarbu państwa, w zależności od sektora.
Chodzi o gruntowne porządki, jak w przemyśle zbrojeniowym, albo też o zwykłe, ale tak naprawdę bardzo duże projekty czysto biznesowe, jak w przypadku planowanych przez PKN Orlen przejęć Energi czy Lotosu, czemu zresztą należy kibicować. Są to projekty, dzięki którym Polska ma szanse wreszcie stworzyć narodowego i to wielosektorowego championa liczącego się w regionie, w Unii Europejskiej, a daj Boże – w przyszłości jeszcze szerzej.
Tych wyzwań jest zatem całkiem sporo…
– Można wspomnieć chociażby o rynku pracy, na którym zresztą coraz większą rolę odgrywają imigranci zarobkowi z Ukrainy. Tymczasem dla nich otworzyły się właśnie drzwi niemieckiej gospodarki i zobaczymy ilu z nich zdecyduje się na wyjazd z Polski i jak to się odbije na kondycji polskich firm, które dzisiaj tychże Ukraińców zatrudniają.
Można by też wspomnieć o rolnictwie, które boryka się z coraz większą liczbą problemów. Oprócz polityki unijnej mamy bowiem ASF, są anomalie pogodowe i rosnącą działalność aktywistów pseudoekologicznych i pseudoobrońców praw zwierząt, których działania coraz bardziej doskwierają nie tylko polskiemu, ale w ogóle europejskiemu rolnictwu. Wyzwań jest zatem całe mnóstwo, będzie ich naprawdę dużo w 2020 roku, ale trzymałbym się właśnie słowa wyzwania, a nie zagrożenia, bo jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji, w obliczu lepszych perspektyw, niż było to jeszcze kilka lat temu.
Jeśli kilka lat temu powiedzielibyśmy komuś, że będziemy mieli zrównoważony budżet, że będziemy mieli wzrost gospodarczy na poziomie 4 procent, że bezrobocie w Polsce będziemy mieli na poziomie 5 procent, że płaca minimalna wzrośnie do poziomu 2600 złotych, średnią wypłatę już na rękę w wysokości 3700 złotych i to wszystko przy stabilnych cenach, przy niskiej 2,5-procentowej inflacji, to mało, kto by nam w to uwierzył. Tymczasem to się dzieje.
Czy w świetle wszystkich wyzwań, które Pan wymienił, budżet bez deficytu jest realny?
– Jest to hasło realne, ale nie skupiałbym się na nim w nadmierny sposób akurat w 2020 roku. Zrównoważony budżet, czy szerzej, finanse publiczne, to hasło szczytne, hasło właściwe, hasło przez lata w Polsce – poza nielicznymi środowiskami – wręcz wyśmiewane i uznawane za nierealne. Dlatego dobrze, że ono padło, jako deklaracja ze strony rządzących, ale rok kalendarzowy to miara czasu nienaturalna dla gospodarki rynkowej.
Chodzi o to, że gospodarka nie żyje w rytm następujących po sobie tygodni, miesięcy czy lat, ale gospodarka rynkowa żyje – jak wspomniałem na początku naszej rozmowy – w rytm następujących po sobie nawzajem postępujących okresów szybszego i wolniejszego wzrostu. I w ujęciu pełnego cyklu koniunkturalnego, to jest jednej fazy szybszego i jednej fazy wolniejszego wzrostu, finanse publiczne powinny się równoważyć.
Kiedy gospodarka rozwija się szybciej, należy gromadzić nadwyżki na gorsze czasy, a z kolei, kiedy te nadejdą, to dopuszczalne jest generowanie deficytu. Per saldo to wszystko powinno być zrównoważone. Czy w roku 2020, a więc w pierwszym roku spowolnienia gospodarczego uda się osiągnąć równowagę budżetową, czy też będziemy mieli płytki, ale jednak minusowy wynik, bo tak też może się to skończyć, nie przykładam do tego nadmiernej wagi.
Jestem zwolennikiem zrównoważonego budżetu, ale niekoniecznie w ujęciu każdego roku, a zwłaszcza roku, który będzie słabszy, niż ostatnie lata. Pod presją założenia, które sobie stawiamy, można popełnić błędy chociażby poprzez niepotrzebne redukcje wydatków, czy podnosząc obciążenia podatkowe, licząc na to, że przyniosą one dodatkowe dochody do budżetu. To się nawiasem mówiąc dzieje, bo wzrosła akcyza i pojawił się od 1 stycznia 2020 roku nowy podatek, ale to jest temat na osobną dyskusję. Tak czy inaczej budżet bez deficytu, czy budżet zrównoważony to szczytne hasło. Czy uda się je zrealizować dokładnie w roku 2020? Być może, natomiast nie powinno to być celem samym w sobie dla rządu Zjednoczonej Prawicy.
Dziękuję za rozmowę.

