logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: AHMED JALIL/ PAP/EPA

Konflikt irański kiedyś się skończy

Piątek, 10 stycznia 2020 (23:42)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Co szczególnie przykuło Pana uwagę w oświadczeniu prezydenta Donalda Trumpa po ataku rakietowym na amerykańskie bazy w Iraku?

– Mamy ciekawą sytuację, bo okazuje się, że właściwie wszystkie strony są zadowolone. Zadowolone są irańskie władze, bo dokonały odwetu za śmierć generała Sulejmaniego i mogą – przynajmniej przed swoją opinią publiczną – powiedzieć: zrobiliśmy swoje, bo pomściliśmy swojego dowódcę. Jest to też odezwa – komunikat do w gruncie rzeczy niezadowolonych z władzy Irańczyków, że władze jednak odważyły się uderzyć w amerykańskie bazy. Satysfakcję ma także prezydent Donald Trump, bo po pierwsze został zlikwidowany międzynarodowy terrorysta, który miał na sumieniu wiele istnień ludzkich i w planach kolejne zbrodnicze działania, a po drugie jest to też sygnał, że system bezpieczeństwa działa, bo po ataku rakietowym nikt w amerykańskich bazach w Iraku nie zginął, nie ma też rannych. A zatem wszystkie strony są zadowolone, w komunikatach przewijają się informacje o sukcesie, i to jest dobra wiadomość.

Czy jest jednak drugie dno?

– Fakt faktem jest to pewien sposób na wyjście z sytuacji, uniknięcie pata, który mógłby doprowadzić do paraliżu, okopania się stron na pozycjach, podniesienia napięcia i w efekcie do prawdziwej wojny, która nie jest dzisiaj nikomu potrzebna. Uważam, że na razie mamy do czynienia z mądrym rozegraniem sprawy przez obie strony bez doprowadzenia do sytuacji patowej.

Konflikt jednak trwa, bo Donald Trump jasno stawia warunki, wyznacza cel, że Iran musi zrezygnować z prac nad wzbogacaniem uranu, ale Iran się do tego nie kwapi.

– Iran wykorzystał sytuację, bo – jak wiadomo – kończy się termin i Iran wycofuje się z porozumienia nuklearnego. Co więcej, Teheran zapowiedział, że nie będzie przestrzegał ograniczeń wynikających z porozumienia nuklearnego zawartego w lipcu 2015 roku w Wiedniu ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją, Chinami, Wielką Brytanią, Francją i Niemcami. Zatem następuje nowe otwarcie, które jest wyzwaniem nie tylko dla Stanów Zjednoczonych, ale także dla Unii Europejskiej, która też była stroną dodatkową paktu z Wiednia, ale jest to też wyzwanie dla Chin i dla Rosji. Warto w tym miejscu przypomnieć, że największymi – na chwilę obecną – graczami gospodarczymi na gruncie Iranu są nie Rosja, ale bardziej Chiny. To oznacza, że odpowiedzialność za to, co wydarzy się na tym terenie, rozszerza się nie tylko na gospodarza, czyli na Iran, ale na państwa trzecie, na potęgi gospodarcze.

Unia Europejska jednak nie zajęła stanowiska, nie podjęła żadnych konkretnych działań, ale w sposób sobie właściwy ustami szefowej Komisji Europejskiej wezwała do deeskalacji konfliktu.

– Unia Europejska na gruncie polityki zagranicznej właściwie nie istnieje. Natomiast ma ambicje, ale interesy handlujących bronią są – jak widać – ważniejsze i przebijają wszystko. Gdyby dzisiaj przeanalizować, do kogo należą firmy handlujące bronią na terenie Iranu, Syrii, a więc Bliskiego Wschodu, to jest to czołówka państw europejskich, do tego grona dołącza Rosja, Stany Zjednoczone i oczywiście Chiny. Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze i to powiedzenie w tym przypadku jest jak najbardziej słuszne, bo chodzi tu o branżę militarną. Jeśli przeanalizować sprawę od tej strony, to szybko się okaże, kto jest najmniej zainteresowany rozwiązaniem tego konfliktu. Proszę też zwrócić uwagę, że ten konflikt de facto jest sterowalny, to znaczy wszyscy wiedzą, że on jest, i tak długo, jak będzie się to opłacało, on będzie istniał. Proszę spojrzeć na byłą Jugosławię, gdzie w środku Europy wszystkie państwa europejskie patrzyły na to wielkie ludobójstwo, a jednocześnie kto tylko mógł, robił interesy. Kiedy zaś wszyscy się dorobili, wyciągnęli z tego konfliktu maksymalnie wszystko, co było możliwe, to ogłoszono, że na Bałkanach ma być pokój. Podobnie jest z Syrią, Irakiem czy Iranem. Widać zatem, że te interesy są powiązane, a biznes jest tak duży, że deklaracje polityków w trakcie trwania konfliktów są właściwie tylko słowami, a cała rzecz rozbija się o interesy i o duże pieniądze.

Jaką rolę w konflikcie amerykańsko-irańskim może odegrać Rosja, która na razie milczy?       

– Rosja milczy, ale tylko teoretycznie. Jednocześnie komunikat na potrzeby wewnętrzne Rosji musi być jednoznaczny, mianowicie jesteśmy potęgą, z którą się liczą, jesteśmy potęgą, której się boją. Proszę zwrócić uwagę, że podczas 5. Światowego Forum Holocaustu, które pod koniec stycznia odbędzie się w Jerozolimie, to prezydent Federacji Rosyjskiej – państwa spadkobiercy Rosji Sowieckiej, która wraz z Niemcami rozpętała II wojnę światową – będzie zabierał głos, a nie prezydent Polski, kraju, który nigdy nie kolaborował z Niemcami. Jednocześnie Putin cały czas robi świetne interesy z Iranem, co ma pokazać Rosjanom, że ich przywódca potrafi robić interesy ze wszystkimi, podczas gdy Stany Zjednoczone prowadzą politykę zero-jedynkową i wygląda to w ten sposób, że Izrael – tak, a Iran – nie. I to jest ta różnica w skuteczności prowadzenia cwanej polityki. Oczywiście Amerykanie mają swoje bazy w Iraku, ale Rosjanie też nie odstają i też mają swoje na Bliskim Wschodzie. Mówimy zatem o bardzo wyrafinowanej grze największych państw, mocarstw, a małe kraje mogą być tylko obserwatorami tej rozgrywki. Warto jednak mieć świadomość, o co się ta cała gra toczy.

Jaka powinna być rola Polski w tym konflikcie, ale także po jego zakończeniu?     

– Sytuacja jest jasna – Polska ma bronić, dbać o swoje interesy i robić wszystko, żeby nie popełnić błędów z wojny irackiej. Przypomnę tylko, że kiedy wybuch konflikt amerykańsko-iracki, Polska się zaangażowała po stronie Amerykanów, ale kiedy wojna się zakończyła, to w zagospodarowaniu Iraku po obaleniu reżimu Saddama Husajna udział brali wszyscy inni – także ci, którzy nie byli bezpośrednio zaangażowani w konflikt i działania zbrojne, tylko nie Polska. Co więcej, okazało się, że nagle pojawili się tam Rosjanie, którzy choć bezpośrednio nie brali udziału w wojnie, to jednak sięgnęli po „rodzynki”, podczas gdy my – w sensie gospodarczym – nie ugraliśmy właściwie nic. I to jest właśnie sztuka, aby w pierwszym rzędzie dbać o nasze interesy gospodarcze i pamiętać o tym, że istotą nie jest tylko wysłanie wojska w rejon konfliktu, ale rzecz w tym, że działania wojenne się prędzej czy później kończą i zaczyna się normalne życie. Tereny po działaniach wojennych trzeba odbudowywać, trzeba zacząć na nowo eksploatować złoża ropy czy gazu i można na tym zarobić. Natomiast my – tak wynika z dotychczasowych doświadczeń – jesteśmy niestety w przedziwny sposób ukierunkowani tylko i wyłącznie na udział w wojnie, ale nie myślimy, co będzie po zakończeniu działań zbrojnych. Odpuściliśmy, co więcej, oddaliśmy pole naszym sojusznikom, którzy – jeśli chodzi o interesy – nie mają sentymentów. Warto pamiętać, że bycie sojusznikiem nie zwalnia nas z bycia państwem niepodległym, suwerennym, mającym na względzie własne potrzeby i interesy, także gospodarcze. Warto o tym pamiętać, wyciągać wnioski i troszczyć się o swoje sprawy. Jeśli sami nie zadbamy o swoje, nikt niczego nie poda nam na tacy.

Dziękuję za rozmowę.

            

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl