logo
logo
zdjęcie

prof. Bogdan Chazan

Noworoczne niespodzianki

Niedziela, 19 stycznia 2020 (21:54)

Podróżuję sporo po Polsce, ciągle jestem zapraszany na spotkania. Ludzie są ciekawi spraw związanych z zagrożeniami dla lekarskiego sumienia, dla ludzkiego życia. Dość często jeżdżę do Przemyśla, gdzie pracuję jako lekarz. W Warszawie nie chciano mnie zatrudnić w poradni dla kobiet. Kiedyś o tym napiszę. Jeszcze do niedawna poruszałem się głównie samochodem, potem często podróżowałem do Kielc autobusem, a od pewnego czasu częściej korzystam z pociągów.

Mam w związku z tym dużą wiedzę na temat warunków podróżowania, dworców, szybkości pociągów i ich punktualności, obsługi podróżnych. Sytuacja jest coraz lepsza. Więcej uwagi zwraca się na poprawę stanu torów, szybkość podróży czy na jakość taboru. W przypadku wyglądu i funkcjonalności dworców niestety dużo jest jeszcze do zrobienia. Są dworce, których okna są zabite deskami, jak w Tarnobrzegu, lub zamknięte do odwołania, jak w Ostrowcu Świętokrzyskim. Są dworce olbrzymie, przestronne, gdzie nie ma możliwości, by coś przekąsić podczas przerwy w podróży (Skarżysko-Kamienna).

Często jeżdżę do Przemyśla, gdzie wyremontowano piękny dworzec z połowy XIX wieku, otwarto niedawno w jego okazałych wnętrzach restaurację „Perła Przemyśla” ze smaczną i niedrogą kuchnią. Ruch na tej stacji zwiększył się ostatnio, są nowe połączenia na Ukrainę, do Grazu i Ostrawy.

Kiedy 9 stycznia przyjechałem na dworzec, nic nie zapowiadało poważnych trudności, które miały nastąpić. Spory tłum oczekiwał na opóźniony pociąg do Wrocławia, pojawiła się na peronie informacja o pociągu do Ostrawy, którym miałem pojechać do Krakowa. A więc wszystko w porządku. Kiedy minął czas odjazdu, pokazała się na tablicy informacyjnej wiadomość, że pociąg jest opóźniony 20 minut. Część podróżnych udała się do hali dworcowej, by się ogrzać. Niestety, na tablicy informacyjnej w poczekalni nasz pociąg nie istniał, a komunikaty były słabo słyszalne. Ludzie z walizami i tobołkami udali się na peron, by wsiąść do zapowiedzianego opóźnionego pociągu. Tam dowiedzieli się, że pociąg będzie opóźniony o następne kilkadziesiąt minut. Ale nie przyjechał. Wędrówki ludów na trasie peron – hala dworcowa powtarzały się jeszcze kilka razy, ponieważ opóźnienie wzrastało. Windy na dworcu nie ma. Informacja o tym, że pociągu jednak nie będzie, pojawiała się za każdym razem dopiero kilkanaście minut po wyznaczonej nowej porze odjazdu. Tłum na peronie gęstniał, bo nie przyjeżdżały kolejne pociągi.

Dopiero po długim czasie konduktorzy nieoficjalnie poinformowali, że w Rzeszowie w południe oberwała się sieć trakcyjna i pociągi, które miały odjechać z Przemyśla, jeszcze nie przyjechały z trasy. Wiadomo było więc od początku, że opóźnienie będzie bardzo duże, a kolejne komunikaty celowo wprowadzały podróżnych w błąd, powodując nerwowość, zmęczenie związane z koniecznością wędrówek na trasie peron – poczekalnie.

Trzy okienka z tabliczką „i” były oblężone, a czas oczekiwania na rozmowę z pracownikiem dworca wynosił kilkadziesiąt minut, a w międzyczasie pociąg mógł odjechać, informacje przez megafony były niesłyszalne. Po drugiej stronie poczekalni okienka kas przeznaczono na kantor wymiany walut, jedno było czynne.

W tej sytuacji również zapotrzebowanie na skorzystanie z toalety było duże. Wejścia do niej bronił automat, gdzie trzeba było włożyć odliczone 2 zł 50 gr. Obsługa nie była zainteresowana pomocą zdesperowanym podróżnym w tej bardzo trudnej dla niektórych osób sytuacji, nie miała drobnych, by rozmienić pieniądze.

Po pewnym czasie tablice informacyjne na peronie całkowicie zgasły, straciliśmy wszelką nadzieję, ale niespodziewanie pojawił się pociąg. Do Wrocławia przez Kraków, a więc dobry. Ludzie zajęli miejsca, wymieniono lokomotywę. Stopniowo w zimnych wagonach wzrastała temperatura. Można było nie tylko usiąść, ale też się ogrzać. Informacji o czasie odjazdu pociągu nikt jednak nie był w stanie podać. Przyjechało kilka pociągów z Polski, więc trasa była wreszcie drożna. Zażywny pan wyglądający na kierownika pociągu powiedział, że nic nie wie i nic nie powie, a poza tym jest zmarznięty i głodny. Konduktorzy dzielnie stali w marynarkach na peronie, starając się łagodzić bojowe albo pełne rezygnacji nastroje pasażerów. Zorientowałem się, że jeśli pociąg nie ruszy, nie złapię w Krakowie ostatniego pociągu do Warszawy. Na wszelki wypadek uprzedziłem gościnnych ludzi w Przemyślu, że zostaję na jeszcze jedną noc. Zgodzili się.

Ale w tym momencie pociąg ruszył. Konduktor nie sprawdzał biletów, wyraził tylko nadzieję, że wszyscy je mamy. W ramach rekompensaty za spóźnienie dostaliśmy po butelce mineralnej wody. Przemiła pani w kasie w Krakowie wręczyła mi „dodatkowy” bilet do Warszawy. Pociąg przyjechał punktualnie.

Szczęśliwie dojechałem do domu, chociaż z czterogodzinnym opóźnieniem. A tam niespodzianka. W skrzynce pocztowej ogromny plik korespondencji. List oraz kartki świąteczne i noworoczne z kraju i z zagranicy. Wróciły piękne świąteczne wspomnienia. Były też listy polecone, a więc takie, których czas podróży jest kontrolowany przez pocztę. Wysłano je grubo przed świętami, w okolicach 19 grudnia. Dotarły szczęśliwie po 21 dniach wędrówki, podobnie jak ja po prawie 10 godzinach podróży z Przemyśla.

Czasem pasażerowie są uciążliwym dodatkiem dla PKP, a klienci dla Poczty Polskiej.

prof. Bogdan Chazan

Aktualizacja 19 stycznia 2020 (21:54)

NaszDziennik.pl