logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek / Nasz Dziennik

Czas zmiany sojuszy

Wtorek, 4 lutego 2020 (22:06)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Premier Boris Johnson, żegnając się z Unią Europejską, mówił o odzyskanej suwerenności. Kiedy spojrzeć na radość Brytyjczyków, to nasuwa się jedno skojarzenie – radość po upadku muru berlińskiego…

– Pamiętajmy, że Brytyjczycy, to dumny naród – mocarstwo, którego trwało przez kilka wieków, a państwo to miało ogromne wpływy w świecie. Mając te doświadczenia oraz kontakty, brytyjski naród, będąc w Unii Europejskiej, czuł presję biurokratyczną, likwidowanie atrybutów suwerenności, ponadto niekontrolowany, ogromny napływ imigrantów, także brak sterowności własnej nawy państwowej. Było to tym bardziej bolesne dla Wielkiej Brytanii – państwa, które miało przecież ogromny wpływ na kształt Unii Europejskiej oraz wiele interesów we Wspólnocie. Mimo to nastąpiła taka, a nie inna reakcja i decyzja o opuszczeniu szeregów Unii. To jednak o czymś świadczy.

Tymczasem u nas, wśród liberalnych komentatorów i polityków, przeważa ton, że to Nigel Farage ze swoją retoryką antyunijną wpłynął na decyzję Brytyjczyków?

– To są bzdury. Do tego dochodzą głosy, że powtarzający takie same hasła mogą doprowadzić do polexitu, co też jest zakłamaniem. Ci, którzy tak twierdzą, obarczając za brexit Faraga i samych obywateli tego państwa, w ogóle nie biorą pod uwagę podmiotowej roli społeczeństwa, jego elit – przynajmniej części. Wygląda to tak, jakby Unia Europejska była absolutem i wszystkich, którzy wiarę unijną negują, należy potępić. Tymczasem decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii jest oparta na twardych przesłankach. Dostrzegli oni pewne fakty, to, jak bardzo – w sensie negatywnym – zmienia się Unia Europejska, że idzie w kierunku superpaństwa. Dostrzegamy także my, widząc jak pewne instytucje unijne uzurpują sobie kompetencje, których nie mają, i kosztem państw narodowych chcą wzmacniać swoją władzę.    

Unia – jej przywódcy – wolą obarczać za brexit innych, ale nie siebie, zapominając, że sami wypchnęli Wielką Brytanię z Unii Europejskiej, a na pewno nie próbowali jej zatrzymać…

– Jeśli prawdą jest to, o czym się mówi, że w pewnych kręgach – niemiecko-francuskich – podjęto decyzję, że do 2025 roku ma powstać superpaństwo unijne, to nic dziwnego, że Brytyjczycy zdecydowali się opuścić szeregi Unii. Zwróćmy uwagę, jak się tworzy to superpaństwo, mianowicie poprzez uzurpację władzy, a więc nie poprzez wybory, nawet nie poprzez decyzje poszczególnych rządów, ale poprzez to, że Komisja Europejska uznaje, że ma nowe kompetencje, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej może właściwie wszystko. I w tym sensie widać, że jest pewne przyspieszenie tego parcia w kierunku superpaństwa, stąd nie ma się co dziwić, że Brytyjczycy zdecydowali się na taki krok. 

Ta wizja superpaństwa, o której Pan Profesor wspomniał, może być zachętą także dla kolejnych państw do rozważenia opuszczenia szeregów Unii?

– Może tak być, jeśli kryzys w Unii Europejskiej będzie się dalej pogłębiał. Jeśli mielibyśmy kryzys gospodarczy w Wielkiej Brytanii, to mogłoby to oczywiście zniechęcać inne państwa do exitu, ale jeśli nic takiego się nie wydarzy, to może to być zachęta dla innych, aby wyjść z Unii. To po pierwsze. Po drugie, jeśli Unia Europejska decydowałaby się na jakieś kroki związane ze stworzeniem superpaństwa, który miałby wchodzić w rywalizację ze światem anglosaskim – a takie pomysły są, to Wielka Brytania będzie wspierać ruchy odśrodkowe, bo to będzie Brytyjczykom na rękę. Wielkiej Brytanii zawsze zależało na tym, aby na kontynencie nie było superpaństwa, ale żeby była równowaga sił. I w tym sensie – jak wspomniałem – Brytyjczycy będą się starali wspierać ruchy odśrodkowe, wiedząc, że jakiś wielki byt, np. na modłę napoleońską, niemiecko-francuski, mocno zbiurokratyzowany, a do tego będący w porozumieniu z Rosją, nie jest im na rękę. Premier Boris Johnson powiedział jednoznacznie, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii to nie jest koniec, ale początek.

Początek, czego?         

– Początek pewnego układu handlowego Wielkiej Brytanii ze Stanami Zjednoczonymi, intensywniejszego handlu z Commonwealthem, a to są jednak ogromne przestrzenie i możliwości. Możemy mieć zatem do czynienia z grą dostępnymi środkami, które są w rękach Brytyjczyków i nie sądzę, żeby ta gra nie toczyła się również na kontynencie.   

Czy budowanie tych nowych relacji gospodarczych, handlowych ze Stanami Zjednoczonymi może być też zachętą z jednej strony dla państw, którym się też nie podoba polityka Unii, a z drugiej, czy mogą liczyć również na wsparcie ze strony Waszyngtonu?

– Tylko wtedy, kiedy będzie to Amerykanom na rękę, kiedy będzie się im to opłacać. Jesteśmy dzisiaj w epoce przełomu, w epoce narastającego konfliktu chińsko-amerykańskiego, w epoce przetasowań i tworzenia nowych układów na kontynencie euroazjatyckim. Jesteśmy też w momencie, kiedy w Berlinie i Paryżu wykluwa się decyzja, czy dalej trzymać się z Ameryką, czy może jednak zagrać na Pekin. W tej sytuacji wiele może się jeszcze wydarzyć. Oczywiście my jesteśmy w innej sytuacji niż kraje zachodnioeuropejskie, ale proszę zwrócić uwagę, jakie wstrząsy się już dokonują np. na scenach politycznych Włoch czy Francji, pewne drżenia widać też w Niemczech, nie wspominając już takich krajów, jak chociażby Grecja. I gdyby Wielka Brytania się wzmacniała i odniosła sukces po brexicie, to ruchy sceptyczne będą się pojawiały coraz częściej i będą coraz mocniejsze, szczególnie na Zachodzie.

Choć wyjście Wielkiej Brytanii stało się faktem, to do końca roku wszystko pozostaje po staremu. Czy to oznacza, że program wyjścia jest wciąż niegotowy, a Bruksela nie ma do końca pomysłu, jak załatwić sprawę brexitu?

– Warto pamiętać, że Unia Europejska, podobnie jak Wielka Brytania, to potężne gospodarki, że są to wielkie interesy, że każda ze stron ma narzędzia do tego, żeby szkodzić, a przynajmniej przeszkadzać drugiej. Dlatego trzeba czasu, aby to wszystko ułożyć, uporządkować. Prawdopodobnie ułoży się to na zasadzie kompromisu, bo raczej nikomu nie zależy na wojnie handlowej, zwłaszcza że prezydent Donald Trump z pewnością zechce w tej sytuacji poprzeć Brytyjczyków, zresztą deklarował to poparcie już wcześniej. Trump mówi to, co mówią kręgi amerykańskie, które nie chcą na kontynencie europejskim siły skierowanej przeciwko Ameryce. Oczywiście, że można pójść na wojnę handlową, ale wtedy stracą na tym wszyscy. I każda ze stron chyba zdaje sobie z tego sprawę.

 

Po brexicie kasa unijna będzie uboższa o 60 miliardów euro. Siłą rzeczy wydatki będą mniejsze. Opozycja totalna już krzyczy, że Polska straci na unijnych dotacjach, a winą za to obarcza się polski rząd. Jak wytłumaczyć ludziom, że mniej środków z unijnej kasy to nie jest wina rządu, ale brak środków w unijnej kasie?

– W Polsce też jesteśmy w momencie przełomowym. Wybory prezydenckie będą również plebiscytem, bo opozycja nie ma innego argumentu, jak urządzić plebiscyt za niepodległością czy przeciw niej, czyli za kosmopolityczną Europą. To myślenie przekłada się zarówno na gospodarkę, na politykę i na każdą sferę życia. Jeśli ktoś z polityków widząc rozwój Polski, chce na wieki już liczyć tylko i wyłącznie na fundusze unijne, a nie na rynki unijne, na rynki światowe, nie na eksport, także nie na siłę polskiej gospodarki, na siłę polskich firm, to jest to nic innego jak myślenie pariasów – współczesnych targowiczan, którzy nie chcą sobie wyobrazić Polski, która wskakuje na wyższy poziom rozwoju, tylko jest państwem utrzymywanym z unijnego budżetu, a zarazem wyzyskiwanym jak półkolonia. Dlatego naszym celem ostatecznie powinno być nie to, żeby pobierać środki z Unii Europejskiej, tylko żeby sprzedawać towary, usługi, myśl techniczną i zarabiać, żeby pójść z ekspansją, bo to jest wizja dla niepodległej Polski. Natomiast dzisiaj mamy do czynienia z postpeerelowskimi targowiczanami, którzy nie są w stanie mówić o niczym innym, jak tylko o tym, ile Unia nam da, a ile może zabrać. Ważne jest to, ile sami sobie wywalczymy w kasie Unii. Ale trzeba nam też wejść na wyższy poziom myślenia o Polsce, w perspektywie już ponad 30 lat od upadku komunizmu.

W Portugalii zakończył się Szczyt Grupy Przyjaciół Spójności, do których należy 17 państw, które nie chcą są zgodzić na ograniczanie funduszy dla państw mniej rozwiniętych i będą bronić polityki spójności. To chyba ważny głos, zważywszy na negocjacje nowej perspektywy finansowej?

– Owszem, to może być ważny głos. Jednak my nie możemy sprzedać własnej suwerenności za kilka miliardów srebrników. Może się bowiem zdarzyć, że w tych kategoriach będzie się dyskutować unijny budżet. Możemy ze strony Brukseli usłyszeć: ulegniemy, ale wy musicie dalej utrzymywać wasalne sądownictwo. Oczywiście, musimy się razem z innymi krajami mobilizować, maksymalnie o wszystko walczyć, jednak nigdy sprzedaż kolejnych segmentów własnej suwerenności nie powinno być ceną za to. Brytyjczycy dali przykład, jak ważne są te rzeczy. Wiadomo, jakie są nasze elity, ale te rzeczy u nas będzie rozstrzygał Naród. Musimy też wziąć pod uwagę, że przed wyborami prezydenckimi ze strony Unii Europejskiej pojawi się szantaż finansowy, który jak zwykle działa na ludzką wyobraźnię, że budżet dla Polski może nie być mniejszy. Pojawia się pytanie, co jest dla nas, Polaków, ważniejsze – załóżmy sto milionów euro więcej czy niepodległość Polski? I to się będzie rozstrzygać, tak jak się rozstrzygnęło w XVIII wieku.

Dziękuję za rozmowę.              

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl