logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Przejąć inicjatywę

Niedziela, 16 lutego 2020 (21:51)

Aktualizacja: Czwartek, 12 marca 2020 (20:54)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kampania prezydencka nabiera tempa, faworytem jest urzędujący prezydent Andrzej Duda, ale czy wygrana w I turze jest w jego zasięgu?

– Gdybym miał stawiać prognozy, to sądzę, że o tym, kto zostanie prezydentem RP, zdecyduje jednak druga tura. Oczywiście notowania prezydenta Andrzeja Dudy w granicach 42-47 procent wskazywałyby, że pierwsza tura jest do osiągnięcia, ale z całą pewnością będzie to zadanie niezwykle trudne. Myślę, że sztab prezydenta Dudy jest przygotowany na różne, także inne rozwiązania, że będzie druga tura, co jest bardziej prawdopodobne. Błędem byłoby, gdyby takiego wariantu nie wzięto pod uwagę, bo strategia wyborcza musi być całościowa. Trzeba zaznaczyć, że komentarze czy oczekiwania ze strony polityków Prawa i Sprawiedliwości są jednoznaczne, że powinno być zwycięstwo w pierwszej turze, bo w drugiej turze wynik może być różny.

Powiedział Pan, że wygrana Andrzeja Dudy będzie trudnym zadaniem dla sztabu prezydenta. W czym tkwi największa trudność?

– Przede wszystkim jest to kwestia wyboru strategii. Czy będzie to bardzo mocny, twardy przekaz do twardego elektoratu PiS-u i prezydenta Dudy, czy może będzie próba może nie tyle poszerzania elektoratu, co raczej przesuwania się w kierunku centrum. Myślę, że niektóre wypowiedzi prezydenta Dudy, np. w przeddzień wizyty w Polsce prezydenta Emmanuela Macrona, kiedy mówił, że rozważyłby podpisanie ustawy o związkach partnerskich, miały na celu skierowanie się w kierunku centrum. Uważam jednak, że jest to droga donikąd, dlatego że nie widzę możliwości pozyskania głosów tego typu wypowiedziami, natomiast powodują one rozczarowanie ze strony części elektoratu bardziej prawicowego, który wspierał prezydenta Andrzeja Dudę. Niebezpieczeństwo polega też na tym, że w samym obozie Zjednoczonej Prawicy widać jednak pewne różnice. Mam na myśli polemiki publiczne między przedstawicielami Solidarnej Polski i Porozumienia. Poseł do Parlamentu Europejskiego Patryk Jaki zarzuca Jarosławowi Gowinowi, że, po pierwsze, nie dokonał reformy wymiaru sprawiedliwości, będąc ministrem w rządzie koalicji PO – PSL, co więcej, że nawet utrwalał złą sytuację, a ponadto wypomnia mu, że dzisiaj na uczelniach, nad którymi nadzór sprawuje Jarosław Gowin, odsuwani są ludzie o poglądach konserwatywnych, a także, że rozwija się ideologia gender. Swoją drogą myślę, że te zarzuty są w pewnym sensie uprawnione, co więcej, w wywiadzie dla jednej z gazet Patryk Jaki mówi, że gdybyśmy się dogadali z układem w zakresie reformy sądownictwa – tak jak to uczynił Jarosław Gowin, to mielibyśmy tzw. święty spokój, ale oczekiwanych społecznie zmian by nie było. Myślę, że to pokazuje, że jest spór wewnątrz koalicji, a nie tylko gra na dwa fortepiany.

Wybory prezydenckie mają to do siebie, że kandydatom partyjnym, za którymi stoi pewien elektorat, trudno będzie przekroczyć próg 50 procent. Czy próba sięgnięcia po tę dodatkową pulę głosów wśród nie tylko prawicowych wyborców, ale – jak Pan zauważył – centrowych w przypadku prezydenta Dudy nie zniechęci twardego prawicowego elektoratu?

– Polityka jest sztuką kompromisu i możliwości, dlatego próba poszukiwania szerszego poparcia jest sprawą oczywistą, co trudno zakwestionować – podobnie jak próba poszerzania elektoratu o centrum, a jednocześnie w żaden sposób nieustępowanie z kwestii programowych – szczególnie tych zasadniczych. Rozumiem zatem, że można rozmawiać o kwestiach gospodarczych czy w kwestii obniżenia podatków, co mogłoby poszerzyć elektorat o, dajmy na to, przedsiębiorców, ale wysyłanie haseł do elektoratu – już nawet nie do centrum, ale wręcz do elektoratu libertyńskiego, skrajnie liberalnego w sensie obyczajowym, jest zupełnie niepotrzebne. Zresztą była to bardzo niedobra wypowiedź prezydenta Dudy, bo stwarza możliwość podjęcia tej tematyki w parlamencie dla środowisk lewicowych działających na rzecz politycznego ruchu homoseksualnego. To jest pewne niebezpieczeństwo, ale tak czy inaczej o wyniku zdecyduje mobilizacja elektoratu. Jeżeli się zatem szuka sukcesu, to trzeba zmobilizować przede wszystkim własny elektorat, który jest dość znaczący, i pozyskać tych, którzy z reguły w wyborach nie uczestniczą, a więc skierować się w stronę niezdecydowanych.          

Sondaże pokazują, że jest ok. 12-13 proc. niezdecydowanych wyborców. Kto może zagospodarować tę część elektoratu?

– To jest właśnie klucz do sukcesu – maksymalna mobilizacja własnego elektoratu, który w przypadku Andrzeja Dudy jest bliski 50 procent, i pozyskanie właśnie tych niezdecydowanych, których jest całkiem sporo, zamiast czynić umizgi w stronę centrum czy wręcz Lewicy, co niczemu nie służy. Efekt może się okazać odwrotnie proporcjonalny do zamierzonego, dlatego że demobilizuje dwa, trzy procent elektoratu, który byłby skłonny zagłosować na prezydenta Andrzeja Dudę, co w rezultacie może się okazać decydujące.

Czy prezydent Duda, przy odpowiednio prowadzonej kampanii, ma szansę zagospodarować tę niezdecydowaną część elektoratu i wygrać w pierwszej turze?

– To może być nawet kluczem do zwycięstwa, bo kilka z kilkunastu procent z grona niezdecydowanych mogłoby przeważyć szalę. Statystycznie to właśnie faworyt może zyskać te kilka brakujących procent, zresztą jako urzędująca głowa państwa ma największe możliwości. Chodzi o to, że elektorat niezdecydowany, który nie jest elektoratem rewolucyjnym, ale raczej biernym, być może też zniechęconym, jest z reguły najbardziej skłonny głosować na kandydata gwarantującego pewną stabilność. I urzędujący prezydent państwa ma największe możliwości, żeby ten elektorat pozyskać.

Jaka to może być kampania, jakie tematy mogą ją zdominować i jaką rolę w tej kampanii może odegrać spór o tradycyjne wartości?

– Można się spodziewać, że media liberalno-lewicowe oraz wszystkie tego typu ugrupowania rzucą wszystkie siły przeciwko Andrzejowi Dudzie, a więc nie będzie łatwo. Zresztą wydaje mi się, że opozycja już – w jakimś sensie – zdołała narzucić pewne warunki gry, że kwestie reformy sądownictwa stają się wręcz przewodnim motywem działań opozycji. Uważam, że po stronie PiS-u brakuje przemyślanych działań i strategii, co jeszcze bardziej pogłębiają widoczne pewne różnice w obozie Zjednoczonej Prawicy. Prawo i Sprawiedliwość niestety dało sobie narzucić te tematy, to spowodowało też, że formacja pod przywództwem prezesa Jarosława Kaczyńskiego znalazła się w pewnej defensywie, odpowiadając na zupełnie nieprawdziwe zarzuty upolityczniania wymiaru sprawiedliwości, sądownictwa itd. W mojej ocenie, PiS powinno zrobić wszystko, żeby najważniejsze kwestie, a więc odnoszące się do godności życia ludzi, kwestie ekonomiczne wprowadzić do centrum uwagi publicznej.

Również kwestie rodziny powinny być absolutnie priorytetowe w kampanii prezydenckiej PiS-u…

– Dokładnie. Tutaj nie ma się czego obawiać, trzeba jasno powiedzieć, że bronimy normalności, bronimy tradycyjnej rodziny, należy też jasno wskazać na zagrożenia. To wszystko należy wyartykułować. Niestety nie widzę wyraźnego postawienia akcentu, jeśli chodzi o rodzinę, za to jest reagowanie na kwestie podnoszone przez stronę lewicowo-liberalną. Są zatem pewne zaniechania ze strony PiS-u, również prezydent Duda – jako głowa państwa odpowiedzialny za politykę zagraniczną – powinien bardziej podkreślać rolę i znaczenie Polski w świecie. Tym samym można zbić argumenty używane przez opozycję o rzekomej izolacji Polski w świecie. Po prostu trzeba pokazać dobre strony, dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi, pokazać działania Polski w obszarze Europy Środkowej, gdzie, jakby nie było, jesteśmy liderem. Tego, póki co, nie ma, jest natomiast – moim zdaniem – niepotrzebne reagowanie na zaczepki ze strony opozycji, która nie ma programu, a jej strategia polega na tym, żeby wśród Polaków wywołać lęk, obawy, straszenie polexitem, że np. Unia Europejska nałoży na nas sankcje finansowe i że kolejne lata rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentura Andrzeja Dudy do tego prowadzą, co jest kompletną bzdurą i zwyczajnie kłamstwem. Trzeba przejąć inicjatywę i pokazać dobre strony rządzenia, przedstawić obszary pozytywnych działań, których jest sporo, a wymiana argumentów i odrzucanie argumentów drugiej strony, czyli wymiana ciosów, jest niepotrzebna. Opozycji zależy bowiem na wciągnięciu PiS-u w swoją grę i narzuceniu własnej narracji.  

      Dziękuję za rozmowę.                

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl