Swoją historią podzielił się z nami jeden z Czytelników „Naszego Dziennika”. Pan Wojciech mieszka z żoną i córką. W momencie pojawienia się wirusa SARS-CoV-2 w Polsce jego dziecko było we Francji, gdzie odbywało wolontariat w jednej z ekumenicznych wspólnot religijnych. – Wraz z żoną byliśmy spokojni. Grupa, w której przebywała nasza córka, była mała. W dodatku oddalona od miejsc, gdzie we Francji szalał wirus – relacjonuje pan Wojciech. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy sytuacja nad Sekwaną uległa nagłemu pogorszeniu. Władze Francji podjęły decyzję o zamknięciu szkół.
Okoliczność ta dotknęła także córkę pana Wojciecha, która w krótkim czasie musiała opuścić miejsce odbywania wolontariatu. – Dla nas to był szok. Do głowy przychodziło nam wiele czarnych myśli. Wiedzieliśmy z żoną, że nasze dziecko opuszcza bezpieczne miejsce i teraz może mieć kontakt z osobą zarażoną, i samo może zostać zainfekowane. Myślę, że każdy rodzic w tej sytuacji przeżyłby prawdziwy wstrząs – podkreśla pan Wojciech. Wraz z grupą innych osób dziewczyna została przez organizatorów wolontariatu przewieziona na lotnisko w Paryżu. – Nie chcieliśmy, żeby czekała na samolot organizowany przez MSZ, tylko aby znalazła się w Polsce jak najszybciej – relacjonuje nasz Czytelnik. Młoda kobieta dojechała do granicy polsko-niemieckiej.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

