logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Walka o przetrwanie państwa

Środa, 1 kwietnia 2020 (21:08)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Do Sejmu wpłynął projekt ustawy PiS w sprawie szczególnych zasad przeprowadzania głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich zarządzonych w 2020 roku. Zważając na okoliczności, czy to dobry pomysł?

– Przede wszystkim jest to łamanie przyjętej dobrej praktyki, a także Konstytucji odnośnie do terminów. I na to nie ma wytłumaczenia, bo – przypominam – wszelkie ingerencje w prawo wyborcze w tak krótkim czasie są niczym innym jak naginaniem, a de facto łamaniem prawa. Procedura sejmowa dotycząca rozpatrywania projektów ustaw jest bardzo restrykcyjna. Szczególnie jeśli chodzi o tak istotne tematy jak chociażby prawo finansowe, którego się nie zmienia w trakcie roku podatkowego, podobnie dotyczy to Kodeksu wyborczego, który nie może być korygowany w trybie pilnym, nagłym na potrzeby chwili.

Stąd jest furtka w postaci stanu wyjątkowego itd. Tak naprawdę już dzisiaj mamy w Polsce sytuację wyjątkową, rzec można stan wyjątkowy, tylko nazwany inaczej stanem epidemii. Inny termin – gra słów, ale tak to wygląda. Tak czy inaczej nie powinno być drogi na skróty, co trzeba sobie jasno powiedzieć, tylko wybory trzeba przenieść na późniejszy termin.

No dobrze, tylko co się zmieni za miesiąc czy dwa?    

– Wszystkie sygnały ze strony środowisk medycznych czy epidemiologicznych mówią, że kulminacja zachorowań na koronawirusa w Polsce przypadnie ok. 20 kwietnia br. i to są diagnozy specjalistów. Również o ile minister zdrowia do kwestii wyborów podchodzi dyplomatycznie, bo siłą rzeczy funkcja ministra, także ministra zdrowia, jest polityczna, to wiceszef Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego Wojciech Maksymowicz, profesor nauk medycznych, neurochirurg, który jest koordynatorem do spraw koronawirusa, mówi wyraźnie, że tych wyborów nie da się przeprowadzić w wyznaczonym terminie, koniec, kropka!

Zatem na każde działanie, także w kierunku przeprowadzania głosowania korespondencyjnego, jest już za późno. Jednocześnie do rozważenia przez wszystkie siły polityczne – szczególnie przez ugrupowanie rządzące – jest zagadnienie: skoro na kwiecień szykuje się „piekło wirusowe”, to wówczas nikt nie będzie miał głowy ani do kampanii, ani do wyboró, co więcej, może być tak, że w wielu domach ludzie mogą opłakiwać stratę swoich bliskich. A zatem do tematu wyborów – w obliczu pandemii – trzeba podejść życiowo i zdroworozsądkowo.

Wspomniał Pan o stanie wyjątkowym, do  wprowadzenia którego potrzebne są określone przesłanki. Czy w związku z tym wyobraża Pan sobie sytuację i narrację opozycji, kiedy rząd wprowadza stan wyjątkowy, bo tylko tym sposobem można przesunąć wybory i tym samym przedłużyć kadencję obecnego prezydenta?    

– Na dzisiaj i tak mamy symptomy stanu wyjątkowego: zamknięte granice, ograniczenia wolności w postaci restrykcji związanych z przemieszczaniem, poruszaniem się, i choć inaczej się to nazywa, to de facto taki stan już obowiązuje, ale mówimy tu o stanie wyższej konieczności. Dzisiaj pojawia się temat strajku przedsiębiorców, którzy mówią wyraźnie, że nie są zadowoleni z tego, co rząd oferuje w ramach tzw. Tarczy antykryzysowej.

Ponadto kto dzisiaj prowadzi kampanię wyborczą, kto dzisiaj zajmuje się wyborami, skoro mamy problem epidemiczny, a w ślad za tym problemy ekonomiczne? Nieraz na łamach „Naszego Dziennika” wypowiadałem się, że trzeba podchodzić do tego zdroworozsądkowo, że jeśli grupa specjalistów – medyków mówi wyraźnie, że wybory w obliczu pandemii koronawirusa to bardzo zły pomysł, jeżeli samorządowcy nie biorą na siebie odpowiedzialności zapewnienia bezpieczeństwa podczas wyborów, bo jeśli ktoś – nie daj Boże – zarazi się podczas wyborów czy nawet umrze, to możemy być świadkami rozpraw sądowych, bo ktoś będzie oczekiwał odszkodowań. Mówimy tu o bardzo poważnych sprawach.

Jakie jest zatem wyjście w tej sytuacji?     

– Jedynym wyjściem w tej sytuacji jest mądre podejście, które pozwoli w pierwszej kolejności zadbać o zdrowie i życie obywateli. Jeśli tego nie zrobimy, to niestety wygrają osobiste ambicje polityków, a wygrani mogą mieć gorzki smak zwycięstwa.

Tyle że rząd w tym momencie podjął chyba wszystkie możliwe kroki, które mają na celu zahamowanie pandemii koronawirusa, a z drugiej strony głosowanie korespondencyjne jest tym, które wyklucza możliwość zakażenia.

– To wszystko się zgadza, tylko że dzisiaj jesteśmy w sytuacji, kiedy nikt nie jest w stanie określić, w jakim kierunku potoczą się wydarzenia. Nie ma takiej osoby, która mogłaby przewidzieć, co się wydarzy za tydzień, dwa, za miesiąc i dłużej. Przykłady Francji, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Wielkiej Brytanii pokazują, z czym mamy do czynienia. Jest zatem czas, żeby wyczyścić głowy, skupić się na sprawach bardzo istotnych dla życia i zdrowia Polaków, i to właśnie zróbmy. Nie mamy innego wyjścia.

Wspomniał Pan o przedsiębiorcach niezadowolonych z „Tarczy antykryzysowej”, tyle że rząd wcale nie mówi, że to jest już koniec pomocy, ale w zależności od rozwoju sytuacji będą rozważane kolejne scenariusze…

– Tak, tylko ż,e przedsiębiorcy dzisiaj, niezależnie od scenariuszy otrzymują do zapłaty rachunki, są dopingowani przez pracowników, którzy oczekują wypłat, bo nie mają środków na życie. Mówimy więc o ludzkich dramatach. Jest to bardzo trudny temat, który nie ma nic wspólnego z polityką, temat jest poważny i dotyczy wielu tysięcy osób.

Wiele branż, m.in. branża turystyczna, hotelarska, usługi – lista tych przedsiębiorstw, które walczą o przetrwanie na rynku, którym zagląda w oczy widmo bankructwa, jest bardzo długa. Nikt z nich nie zakładał takiej sytuacji, z jaką mamy dzisiaj do czynienia, nikt nie zakładał kryzysu, który wydarzył się nagle, tymczasem pracodawców obowiązują przepisy prawa, każdemu, kto miał umowę na czas nieokreślony, przysługuje trzymiesięczne wypowiedzenie itd., każda umowa o pracę to jest określona procedura. I dzisiaj pracodawcy są zakładnikami tych przepisów, a jednocześnie mają świadomość, że ich pracownicy potrzebują pieniędzy na chleb, zaś oni sami na spłatę rat kredytów, zapłacenie podatków itd. To są sprawy, o których trzeba pamiętać, podejmując ten temat

Tylko że przedsiębiorcy, a przynajmniej większość z nich, to nie są ludzie, którzy żyją z miesiąca na miesiąc, ale działalność prowadzą od lat i jeśli nagle – przez miesiąc czy dwa – trzeba będzie zacisnąć pasa, to nie musi to być dramat. Cóż powiedzieć o pracownikach, którzy nie mają, dajmy na to, żadnych oszczędności? Jak porównać te dwie sytuacje?

– To, co dzisiaj się dzieje, ta nagła zapaść, to jest zasada domina, która – czy to się komuś podoba, czy nie – uderzy w nas wszystkich. Jeżeli – dajmy na to – pracodawca zbankrutuje, to dany pracownik nie otrzyma pieniędzy. Przedsiębiorca też może nie mieć pieniędzy, bo jest początek roku, bo w wielu branżach obowiązuje sezonowość, a kryzys wydarzył się z dnia na dzień.

Dla przykładu w hotelach są pustki, a zespół pracowników obsługi liczy, dajmy na to, sto osób, i pracodawca – właściciel, owszem, ma pieniądze, ale nie tyle, żeby zabezpieczyć wszystkich. Mówimy tu o dużych pieniądzach, które dany przedsiębiorca mógł mieć zainwestowane gdzie indziej. Dlatego byłbym daleki od wyrokowania, że przedsiębiorca, skoro prowadzi biznes, to musi mieć środki, bo to nie zawsze tak jest.

Czy ma środki i ile, tego nie wiem, ale proszę pamiętać, że w obliczu kryzysu, jakiego doświadczamy, nie mówimy o kilkuset złotych, ale o dużych sumach, które trzeba wydatkować, zatrudniając pracownika. Dla przykładu, w przypadku najniższej krajowej zatrudnienie pracownika kosztuje pracodawcę miesięcznie ok. 3,5 tysiąca złotych, do tego dochodzą jeszcze inne koszty, takie jak rachunki za prąd, media itd. Wszyscy dzisiaj oczekują zapłaty za rachunki, a jeśli wszyscy zaczną od siebie żądać spłaty zobowiązań, to jest bliska droga do zastoju.

To jest ryzyko, jakie podejmuje każdy przedsiębiorca, decydując się na rozpoczęcie działalności. Z jednej strony musi zakładać zyski, ale też i straty. Taki jest biznes…      

– Wszystko się zgadza, tylko w tym wypadku mówimy o sytuacji, kiedy praktycznie cały świat się zatrzymał, mówimy o sytuacji, która ma miejsce po raz pierwszy od dziesięcioleci. Jesteśmy świadkami dramatu, który jest skrzyżowaniem roku 1918 i słynnej „hiszpanki” z rokiem 1945, kiedy się zakończyła II wojna światowa.

Innymi słowy, gospodarka światowa zaczyna wyhamowywać, ludzie są zwalniani z pracy, spora rzesza osób niestety umiera, spora grupa jest wykluczona z rynku z racji kwarantanny, a żyć jakoś trzeba… Co więcej, dzisiaj, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko Polskę, to musimy mieć świadomość, że odbudowanie czy odrobienie strat również w eksporcie czy imporcie towarów z uwagi na kwarantannę, również w obrębie produktów i towarów, będzie bardzo trudne.

I każdy świadomy człowiek na świecie czy w Polsce wie, że czeka nas globalny, głęboki kryzys z bardzo poważnymi, długofalowymi konsekwencjami. Możemy zatem z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że dobrze to już było, a przed nami bardzo chude, biedne lata, które będziemy musieli przeżyć. Dlatego przedsiębiorcy walczą dzisiaj o przetrwanie i nikt nie mówi, że chce wziąć pieniądze za premie, bo o tym w ogóle nie ma mowy, ale to jest walka o byt, walka o przetrwanie, nie tylko zresztą przedsiębiorców, ale jest to walka o przetrwanie państwa, które jest systemem naczyń połączonych.

                Dziękuję za rozmowę.  

 

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl