Mamy jeszcze rząd większościowy?
– Według deklaracji Jarosława Gowina, mamy większość w Sejmie. Co prawda wystąpiły pewne różnice zdań, które później przerodziły się w poważny spór, ale nie można mówić o załamaniu się rządu. Oficjalnie jedyne zmiany dotyczą kwestii personalnych.
Ostatnie głosowania w Sejmie pokazały, że ta większość jest bardzo krucha…
– Z jednej strony mamy rozpisane zgodnie z Konstytucją wybory. Z drugiej cały świat zaskoczył wirus SARS-CoV-2. Nie ominęło to Polski. Mamy stan epidemii. Wprowadzono daleko idące obostrzenia. Mamy ograniczoną możliwość przemieszczania się, nie możemy się spotykać. Część środowisk politycznych, nie bez pewnych racji, uważa, że nie jest to dobry klimat na wybory. Sytuacja jest szczególna. Nie zapominajmy, że jak pokonamy wirusa, to będziemy musieli mierzyć się z kryzysem gospodarczym i społecznym. W tej sytuacji władza musi być stabilna. Tylko to pozwoli na skuteczne prowadzenie polityki. Jak widać, za obiema stronami stoją racjonalne argumenty. Dlatego konieczne jest znalezienie porozumienia. Gdyby to się nie udało, to po świętach prof. Łukasz Szumowski ma przedstawić swoją rekomendację – podpartą wiedzą ekspertów – co do medycznych uwarunkowań przeprowadzenia wyborów. Uważam, że ten głos powinien być wiążący dla wszystkich.
A może Jarosław Gowin już przygotowuje się do zmiany frontu?
– Nie sądzę. Ostatnie dni pokazały, że jego partia jest podzielona. Nie ma on takiego autorytetu wśród swoich posłów, jaki chciałby mieć. Realna siła Jarosława Gowina jest dużo niższa, niż wynikałoby z liczby posłów i senatorów należących do jego ugrupowania. A przypomnijmy, że w Sejmie zasiada 18 posłów Porozumienia, w Senacie zaś – dwóch senatorów. W tej sytuacji nie jest politycznie atrakcyjnym graczem dla opozycji.
Ustawa o szczególnych zasadach przeprowadzania wyborów prezydenckich jest potrzebna?
– Tak, bo ona daje instrumenty do tego, aby przeciwdziałać obstrukcji państwa polskiego. Wyobraźmy sobie sytuację, w której COVID-19 zbiera coraz to straszniejsze żniwo i nie będzie można przeprowadzić tradycyjnych wyborów, a więc takich z pójściem do lokalu wyborczego i wrzuceniem głosu do urny. Gdyby wybory się nie odbyły, to doszłoby do złamania Konstytucji, chyba że wprowadzony zostałby któryś ze stanów nadzwyczajnych. Mam też swoje wątpliwości co do tej ustawy. Nie podoba mi się to, że – według planów – pakiety wyborcze mają być dostarczane bez potwierdzenia odbioru, jako zwykła przesyłka. Mogą one z różnych powodów nie dotrzeć do adresata. Można się więc spodziewać wielu protestów wyborczych. Ciągle zastanawia mnie kwestia głosowania Polonii. Bo jak Poczta Polska do niej dotrze?
Pan nie jest zwolennikiem wprowadzenia stanu klęski żywiołowej i automatycznego przesunięcia elekcji?
– Eksperci wskazują jasno, że to nie jest mechanizm techniczny, który skutkuje tylko przesunięciem wyborów. Stan ten – w drastyczny sposób – ogranicza swobody i prawa obywatelskie. Wprowadza szereg obostrzeń, dużo trudniejszych do zniesienia przez obywateli niż obecne. Ale tego opozycja społeczeństwu nie powie. Nie widzę potrzeby, aby w obecnej sytuacji nakładać na obywateli dodatkowe ciężary tylko po to, aby Borys Budka i Małgorzata Kidawa-Błońska mogli za kilkadziesiąt tygodni zorganizować wiece wyborcze. A więc państwo polskie powinno mieć instrument do przeprowadzenia powszechnych wyborów korespondencyjnych. Ale czy on zostanie użyty? Tego nie wiemy. Dzisiaj nikt nie może powiedzieć, że na pewno 10 maja lub 17 maja wybory się odbędą. Trwamy w stanie niepewności. Ale państwo musi być przygotowane na każdą okoliczność.
Na ile ten spór polityczny kształtuje bieżące wydarzenia?
– Odgrywa zasadniczą rolę. Cała opozycja nie była w stanie wystawić kandydata, który by zagroził Andrzejowi Dudzie. Reelekcja jest bardzo prawdopodobna. W końcu Małgorzata Kidawa-Błońska jest krytykowana nawet przez prominentnych polityków własnej partii. Jej merytoryczne niedostatki są aż nadto widoczne. W tej sytuacji opozycja chce maksymalnie odwlekać wybory, licząc na przyjście kryzysu gospodarczego. Wtedy wiele osób byłoby niezadowolonych i winą za to obarczałoby rząd i prezydenta. Inną opcją, na którą liczy opozycja, jest rozpisanie nowych wyborów prezydenckich. Wtedy prawdopodobnie wystawiłaby wspólnego kandydata. Wybory do Senatu, a także samorządowe w dużych miastach pokazują, że tak są w stanie pokonać kandydata PiS.
Marszałek Senatu Tomasz Grodzki tzw. ustawę o głosowaniu korespondencyjnym będzie trzymał w szufladzie krócej niż przewidziane w prawie 30 dni?
– Logika polityczna nakazuje zakładać, że termin ten będzie maksymalnie wydłużany. Prace nad nią będą maksymalnie długo trwały. Jest to możliwe, bo opozycja ma tam większość. Ona decyduje o kalendarzu prac nad ustawą, a także o wyniku tych prac. Wszystko wskazuje na to, że skończy się to przyjęciem wniosku o odrzucenie ustawy. I odbędzie się to w 30-dniowym, maksymalnym terminie. Ustawa wróci do Sejmu, a ten odrzuci weto Senatu.
Do odrzucenia weta potrzebna jest bezwzględna większość.
– Ponieważ w Sejmie odbywają się głosowania drogą internetową, więc frekwencja jest wyjątkowo duża. A więc aby odrzucić weto, potrzebne będzie 231 sztywnych głosów. Jeżeli ludzie Gowina się podzielą i część się wstrzyma, tych głosów może zabraknąć. Nie można zapomnieć o tym istotnym szczególe.

