Z jakimi uczuciami będzie Pani przeżywała dzień 10 kwietnia – 10. rocznicę tragedii smoleńskiej?
– Często mówi się, że historia lubi się powtarzać. W przypadku rocznicy zbrodni katyńskiej ta historia powtarza się w Jaśle, bo przecież mój mąż Stanisław 10 lat temu właśnie w Jaśle przygotowywał dwudniową konferencję dla upamiętnienia ofiar Katynia. Ta konferencja miała się odbyć po powrocie z Katynia 16 i 17 kwietnia 2010 roku. Niestety nie odbyła się…
Dzisiaj też – z uwagi na pandemię koronawirusa – nie odbędą się uroczystości w takim wymiarze, w jakim pragnęlibyśmy, i tylko pojedyncze osoby będą mogły oddać hołd swoim bliskim, modląc się przy ich grobach. My też wybieramy się na grób męża, ojca, dziadzia, aby się pomodlić, zapalić znicze, złożyć kwiaty i zadumać się nad minionymi dziesięcioma laty. To długi czas, ale nam wydaje się, jakby to było wczoraj.
Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, mówiła Pani o zamiarze udania się do Smoleńska, ale pandemia koronawirusa zniweczyła te plany, to pragnienie?
– Te wyjazd był organizowany i wydawało się, że do tego wyjazdu dojdzie, ale z czasem najpierw ograniczono liczbę uczestników do minimum, a w efekcie podjęto decyzję, że jest to zbyt niebezpieczne i ta nasza pielgrzymka nie może się odbyć. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane polecieć do Smoleńska i stanąć na miejscu, gdzie zginął mój mąż.
Antoni Macierewicz poinformował, że raport na temat katastrofy smoleńskiej jest już gotowy, ale jego publikacja musi poczekać z uwagi na obostrzenia związane z koronawirusem. Czego się Pani spodziewa?
– Może uporządkowania wszystkich tych informacji, których my nie mieliśmy możliwości poznać w kwietniu 2010 roku i w kolejnych miesiącach po katastrofie. Gdyby wówczas cała procedura została wdrożona w sposób właściwy, gdyby śledztwo w sprawie katastrofy nie zostało oddane w ręce Rosjan, gdyby ówczesny rząd i premier Donald Tusk zachował się podmiotowo, to jako rodziny ofiar nie musielibyśmy przechodzić tak wielu przykrych zdarzeń, wydarzeń.
Myślę, że dobrze, iż powstała Podkomisja ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem, utworzona przy Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, że ten zespół pracował, ale nawet dzisiaj znajdują się tacy, którzy krytykują, iż niepotrzebne wydaje się pieniądze na jej funkcjonowanie. Wydaje mi się, że to są ludzie bez serca, bo my chcielibyśmy jednak poznać pewne fakty, które miały miejsce 10 kwietnia, jak również przed katastrofą i po niej.
To, co nam ze strony ówczesnego rządu przekazano, było wysoce niezadowalające. Traktowano nas jak intruzów, którzy w sposób roszczeniowy domagają się czegoś nadzwyczajnego, których oczekiwania są nadmierne. Tymczasem dla każdego, kto traci bliskich – w dodatku w tak tragicznych okolicznościach – jest to strata nie do zastąpienia. Niestety ówczesne władze tego nie rozumiały. Chyba trudno się dziwić nam, którzy wobec tego, co się stało, chcieliśmy wiedzieć, dlaczego do tej tragedii doszło, dlaczego zginęło tyle osób…
Traktowano rodziny smoleńskie jak natrętów?
– Owszem, ale my nie czuliśmy się natrętami, bo mieliśmy prawo do tej wiedzy. W moim przypadku bardzo długo w stosunku do innych oczekiwałam na przywiezienie trumny z ciałem mojego męża z Moskwy. I zarówno milczenie wszystkich uczestników postępowania na miejscu w Moskwie, gdzie przecież byłam cztery dni, i aktywność ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz, to wszystko było za mało.
Niestety, pogrążonym w smutku, dotkniętym tragedią utraty bliskich nam osób, nie ułatwiono przejścia przez ten pierwszy – bardzo trudny – etap. Nie widzieliśmy po stronie przedstawicieli władz chęci okazania nam czegoś więcej niż współczucia czy też pomocy w dojściu do prawdy o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Tym ludziom nie zależało na poskładaniu wszystkich faktów, nie zrobili też nic, żeby dowody w śledztwie – czarne skrzynki, a zwłaszcza wrak tupolewa – zaraz po katastrofie zostały przewiezione do Polski, tym bardziej że te dowody nie były i do dziś nie są Rosjanom do niczego potrzebne.
Ostatnio przeczytałam wywiad, którego udzielił ówczesny zastępca ambasadora Jerzego Bahra, który wyraził zdziwienie, że po tragedii do Moskwy nie przylecieli wysocy urzędnicy polskiego rządu, aby zabezpieczyć miejsce katastrofy w Smoleńsku, żeby podjąć konkretne działania w celu zabezpieczenia dowodów. Tym bardziej było to dziwne, że w przypadku Rosji mamy czynienia z państwem, które szanuje tylko tych, którzy są silni, a słabych lekceważy.
Dlatego wysyłanie drugiego czy trzeciego garnituru polskich urzędników było tylko wodą na młyn dla działań Moskwy. To sprawiło, że śledztwo przejęli Rosjanie, i do dzisiaj nie możemy uzyskać niezbędnych informacji czy odzyskać dowodów, które są naszą własnością. Nie oznacza to jednak, że nas, rodzin, te sprawy nie interesują, bo mimo upływu lat ból ciągle ściska serca, w końcu tam nasze rodziny poniosły największe straty, i Polska.
W tamtym czasie – jak Pani wspomniała – rodziny czuły się osamotnione, rząd nie stanął na wysokości zadania, a skąd przychodziła pomoc, skąd czerpaliście siłę?
– Modlitwa była tym, co dodawało nam sił, ponadto wokół nas byli przyjaciele, od pierwszych godzin po katastrofie, od pierwszych telefonów, gdzie trudno było nawet wymienić się informacjami, bo po obu stronach był szloch, płacz, żal i niedowierzanie. Ci wszyscy przyjaciele mojego męża i moi, rodzina bliższa i dalsza, wszyscy byli tak samo zainteresowani, żeby dowiedzieć się czegokolwiek na temat tego, co się stało, na temat okoliczności tej tragedii.
Wiele osób myślało, że my jako rodziny wiemy coś więcej niż opinia publiczna, tymczasem my nie wiedzieliśmy nic, a może nawet mniej niż inni. I tam pomoc, to wsparcie życzliwych nam ludzi, przyjaciół, jest z nami do dziś. Również kiedy przed 10 laty uzyskałam mandat senatora RP, ze strony świata polityków, który nie jest światem sentymentów, to jest twardy świat, odczuwałam nić sympatii, nic złego od tych ludzi mnie nie spotkało, nawet ze strony przeciwników politycznych. Natomiast ostatnio jeden z senatorów Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Brejza wydał oświadczenie, że marnuje się pieniądze, wydając je na działalność komisji, która bada przyczyny katastrofy smoleńskiej, i to zabolało.
Dlatego odpowiedziałam panu senatorowi, że nie ma tygodnia, żebym nie otrzymywała dokumentów z prokuratury wcześniej wojskowej, teraz krajowej, ale nigdy nie wygłosiłbym oświadczenia w tej sprawie. Po czym wyszłam z sali i było mi niezmiernie przykro. Niech chcę iść po tej linii, jaką poszedł senator Brejza, ale dla sprawiedliwości należy powiedzieć, że akuratnie ten polityk nie zapisał się chlubnie do tej pory i tym oświadczeniem też nie przyniósł sobie zaszczytu.
Podobno czas goi rany, czy w przypadku Pani doświadczenia coś zastąpiło dawny szloch i łzy?
– Moje i Staszka wnuki, moja wspaniała czwórka wnucząt, która daje mi radość życia – wprawdzie inną, bo kiedyś, gdy dorastały nasze dzieci, była praca i nie było czasu, a dzisiaj człowiek ma więcej czasu, żeby się cieszyć wnukami. Można zobaczyć, jak wnuki dorastają: Karol – 12 lat, urodził się w dzień wyboru mojego męża na senatora w dniu wyborów uzupełniających do Senatu, Jakub urodził się rok później, Konstancja dziewięć dni po śmierci Staszka, i Staś, który w sierpniu skończy dwa lata.
Stanisław – mąż, ojciec, dziadzio, jest w naszej rodzinie stale obecny, także w kolejnym, trzecim pokoleniu, i z tego mam radość. Kiedy jednak przychodzi kwiecień, to człowiek wewnętrznie czuje jednak żal, bo mogło być inaczej, gdyby Staszek żył. Również wiele osób mi to powtarza, że gdyby żyli ci wszyscy, którzy tak niespodziewanie odeszli 10 kwietnia 2010 roku, to również w wymiarze publicznym, politycznym byłoby dzisiaj inaczej. Być może, że byłoby inaczej, bo na pokładzie tupolewa lecącego do Katynia było wielu wspaniałych ludzi i wraz z ich odejściem Polska straciła bardzo dużo.
Teraz, kiedy słyszymy wspomnienia, świadectwa o nich, to łza się w oku kręci, że ich już nie ma wśród nas. Przez 10 lat słyszę wspomnienia, dowody pamięci, życzliwości wobec mojego męża, ale także adresowane wobec mnie i mojej rodziny, i chcę dzisiaj za to bardzo podziękować. Często jestem pytana o dzieci, o wnuki, i wtedy przypominam sobie różne momenty z naszego życia, np. kiedy miał się urodzić nasz pierwszy wnuk, później drugi, to zapytałam męża, co nas tak Pan Bóg obdarza wnukami, i w odpowiedzi usłyszałam: to się ciesz.
Dziś nie potrafię o tym mówić bez wzruszenia, bo tak, jakbym w uszach słyszała te jego słowa, i wiem, że on cały czas jest z nami. Nie da się przeżyć żadnej rocznicy bez łez. Często, kiedy jestem proszona o wspomnienie o moim mężu, czy to na piśmie, czy wypowiadane na żywo, to nie da się tego zrobić bez uronienia łzy, bo to pomaga.
Dziękuję za rozmowę.

