logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Do czego dąży Berlin?

Czwartek, 23 kwietnia 2020 (13:24)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy Unia Europejska sprawdza się w dobie pandemii koronawirusa?

– Unia Europejska, czy raczej grupa biurokratyczna, która nią zarządza, a zarazem główny gracz – Niemcy, starają się wykorzystać bieżący kryzys do centralizacji Unii. To znaczy do przyspieszonej budowy superpaństwa europejskiego. Dążą też do stworzenia takich rozwiązań finansowych, które nie tyle będą wsparciem dla państw zadłużonych, ale przeciwnie: będą mechanizmem zadłużenia. A co za tym idzie, do przejmowania przez większych graczy sektorów gospodarki, czyli dalszego uzależnienia szczególnie krajów południa Europy.

Te propozycje finansowe, które teraz padają, to nie są euroobligacje, czyli zadłużenie wszystkich krajów strefy euro i spłacanie przez wszystkich, czyli w istocie głównie spłacaliby Niemcy, tylko są to pewne mechanizmy wtłaczające pieniądz w obieg i dające poszczególnym krajom, poszczególnym firmom możliwości zadłużania się.

Z tym że łączy się to – prędzej czy później – z koniecznością spłacania tak jak w przypadku Grecji. Taka propozycja jest na linii północ–południe, natomiast na linii wschód–zachód jest dalsze wykorzystywanie instytucji unijnych do uzurpowania sobie kolejnych uprawnień i niszczenia atrybutów suwerenności poszczególnych państw. Widać to namacalnie po decyzjach Parlamentu Europejskiego, Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, także Komisji Europejskiej wobec Polski.

Czyli mimo kryzysu kurs się nie zmienił?

– Dokładnie, kurs jest wciąż ten sam. Owszem, kryzys związany nie tylko z pandemią koronawirusa jest, ruchy odśrodkowe w Europie coraz bardziej się potęgują, refleksji brak, co więcej: jest pomysł, aby jeszcze bardziej iść w tym kierunku, w kierunku podporządkowywania sobie innych państw.

Jak bardzo te grupy – nazwijmy to: nacisku – są odrealnione?

– O tym świadczy chociażby fakt, że jeśli prawdą jest, iż wchodzimy w kryzys porównywalny do kryzysu z roku 1929, to trzeba zrobić wszystko, żeby odciążać gospodarkę unijną od obciążeń niekoniecznych. Możemy przecież w oczywisty sposób stwierdzić, że obciążenia związane z emisją CO2 – chociażby ze względu na to, że w tym obszarze nie działają ani Chiny, ani Amerykanie – jest obciążeniem stricte z powodów ideologicznych oraz z powodu prymatu gospodarek niemieckiej i francuskiej nad pozostałymi, czyli dociążania pozostałych gospodarek – szczególnie z Europy Środkowej, po to, żeby były mniej konkurencyjne.

I w sytuacji, kiedy należy uwalniać od zbędnych ciężarów szeroko rozumianą gospodarkę unijną, to chce się ją dociążać tylko po to, żeby wewnątrz Unii doprowadzić do transferu finansowego, a zarazem do zwiększenia dominacji największych graczy. To oznacza, że ktoś w ogóle nie czyta rzeczywistości, tylko próbuje kreować jeszcze większe napięcia.

Czym są powodowane te napięcia?         

– Sprawa jest prosta: kraje słabsze, widząc, co się dzieje, próbują się bronić przed tym dyktatem, przed wyzyskiem, a co za tym idzie: przed utratą niepodległości. To zaś powoduje niezadowolenie.

Budżet unijny się kurczy szczególnie po wystąpieniu Wielkiej Brytanii. Projekt obecnej siedmioletniej perspektywy też jest już nieaktualny. Czy Unię stać na opracowanie nowego planu Marshalla, do czego zachęca premier Morawiecki?

– Pytanie jest takie, kto będzie finansował ten plan – o ile powstanie. Kto ma możliwości w tym zakresie? Przypomnę, że plan Marshalla był finansowany przez Stany Zjednoczone. Oczywiście, Waszyngton też z tego korzystał, bo wiemy, że wygrał wojnę, że zyskał przewagę konkurencyjną, a zwłaszcza finansową, ale nie ulega wątpliwości, że Stany Zjednoczone wtłoczyły – jako zwycięzca mający olbrzymie nadwyżki kapitałowe – ogromne pieniądze w gospodarkę europejską, oczywiście w jakimś celu: aby utrzymać dobrobyt, zatrzymać komunizm.

I dzisiaj taką przewagę w Europie mają Niemcy, tylko pytanie, czy Berlin zechce w ten sposób zadziałać, nie niszcząc podmiotowości poszczególnych krajów członkowskich Unii Europejskiej. Jeśli jednak unijny komisarz wzywa całą Unię, żeby bronić się przed wykupem firm przez Chińczyków, to równie dobrze kraje Unii mogą się bronić przed wykupem firm np. przez Niemców, co więcej: mają do tego pełne prawo. Jest zatem pytanie, czy Niemcy będą w stanie uszanować tę podmiotowość poszczególnych krajów.

Wreszcie czy Niemcy będą w stanie się porozumieć na linii wschodniej z Polską, która jest kluczowym krajem na Jedwabnym Szlaku Europy. Polacy chcą korzystać ze swojego geopolitycznego położenia, co więcej: nie chcą żeby, kto inny to wykorzystywał i w sposób grabieżczy odbierał nam korzyści. Jest też pytanie, czy Berlin będzie w stanie porozumieć się z krajami południa – w szczególności z Włochami, i pomóc im, bo strefa euro pogrążyła południe Europy. Jeśli tak, a zwróćmy uwagę, że Niemcy mają od lat tak dużą nadwyżkę budżetową, więc mogą wejść w tę przestrzeń solidarności, oczywiście być liderem Europy, bo są niewątpliwie najsilniejsi gospodarczo, ale nie mogą być wyzyskiwaczem Europy, a to są dwie różne rzeczy.

Jeśli mówimy o planie Marshalla, to Stany Zjednoczone po II wojnie światowej były liderem świata Zachodu i to zarówno w sensie militarnym, gospodarczym, jak i w sensie finansowym, ale nie były wyzyskiwaczem Europy. Proszę zwrócić uwagę, że Niemcy po II wojnie światowej zbudowały potęgę gospodarczą w piorunującym tempie – dzięki m.in. planowi Marshalla, i nie były wyzyskiwane w sposób grabieżczy lub wprowadzane do gospodarki pomocniczej amerykańskiej. I to są zasadnicze różnice. Zatem wszystko teraz zależy od tego, jaką decyzję podejmą Niemcy.

Niemcy niekoniecznie muszą na to przystać i mogą chcieć nadal forsować swoją politykę. Jest tylko pytanie, czy spotkają się z oporem ze strony innych państw członkowskich Unii, a jeśli tak, to w jakim stopniu.       

Można powiedzieć, że sprzeciw wobec tej grabieżczej polityki Berlina już jest. Wyraża się on, od dłuższego czasu, spotęgowanym poparciem dla grup eurosceptycznych. Widać to zwłaszcza we Włoszech, nie mówiąc już o Wielkiej Brytanii. Co więcej, nawet w Niemczech, ale z innych powodów, widać to również we Francji, w Hiszpanii. I jeśli to nie są sygnały ostrzegawcze dla tych, którzy mają realne możliwości wpływu na Unię Europejską, to cóż nimi jest…?

Jednocześnie to świadczy, że projekt pod nazwą „Unia Europejska” oparty o niesprawiedliwe zasady nie wytrzyma próby czasu, bo opór będzie coraz większy. W tym sensie, jeśli Berlin tego nie pojmie i dłużej będzie uważał, że tylko on ma prawo posiadać, a inni mają prawo tylko pracować, to przyszłość może być różna. Na pewno Unia będzie miejscem wewnętrznych wstrząsów, napięć.

Proszę tylko zwrócić uwagę, że w kraju tak mocno deklarującym przywiązanie do Unii Europejskiej jak Polska, gdzie rząd wielokrotnie to podkreśla, zgłasza też inicjatywy, co więcej: nie bierze nawet pod uwagę eurosceptycznych rozwiązań, to i tak obecny rząd jest atakowany właściwie od początku, kiedy przed pięciu laty PiS przejęło władzę. To pokazuje, jak ogromny jest egoizm, jak bardzo suwerenność nie jest w cenie, jak bardzo chciałoby się zdusić w zarodku wszystko, co jest niezależne. Ale tak nie można.

Czy i w jakim stopniu pandemia koronawirusa – i wszystko, co się z nią wiąże – może zrewidować podejście państw członkowskich i wpłynąć na kształt przyszłej Unii Europejskiej?

– Powinno się tak stać, ale wszystko zależy od ludzi, od tego, czy będzie wola zobaczenia dalej i głębiej i w konsekwencji przemodelowania europejskiej sceny. Czy będzie wola działania solidarnościowego, czy może będą próby, aby pod płaszczykiem solidarności zyskać jeszcze większą dominację jednych kosztem drugich?

Przypomnę tylko, że dominacja na kontynencie nigdy nie kończyła się dobrze, zawsze wywoływała wojny, wstrząsy, konflikty. Miejmy nadzieję, że Niemcy będą w stanie i będą mieli wolę to zauważyć. Racjonalnie patrząc, trzeba powiedzieć, że oczywiście potrzebujemy Niemiec, bo jesteśmy z nimi bardzo silnie powiązani gospodarczo, np. chociażby przez dużą wymianę handlową, ale z drugiej strony Niemcy potrzebują też Polski, bo polski bufor – w tej części Europy – jest dla nich wręcz konieczny dla prawidłowego rozwoju przy niestabilności sytuacji na Wschodzie – w Rosji, na Ukrainie, Białorusi itd.

Tylko że Niemcy chcieliby, żeby ten bufor był od nich całkowicie zależny, całkowicie przez nich zdominowany, wykonujący wprost ich polecenia. Niemcy nie chcą mieć w postaci Polski państwa podmiotowego, które zgłasza swoje uwagi, chce negocjować i realizować swoje interesy. I albo Berlin się do tego przyzwyczai i zaakceptuje, że mają obok siebie partnera podmiotowego, albo będzie tę naszą podmiotowość próbować dusić, co z kolei spotęguje nasz opór.

Niemcy zapominają jednak, że w dłuższej perspektywie suwerenny, podmiotowy partner – Polska – będzie się im opłacał, tylko trzeba patrzeć szerzej, a nie pod hasłami kosmopolitycznymi forsować swój prymitywny nacjonalizm.

A zatem argument rozumu, a nie siła?

– Argument rozumu, czyli sprawiedliwości. Sprawiedliwość, a zatem sprawiedliwy podział rynku pracy, także kapitału każdemu umożliwia rozwój. Proszę zwrócić uwagę, że kiedyś w historii, kiedy zawarliśmy unię z Litwą na linii Kraków–Wilno, to ta unia polsko–litewska przetrwała próbę czasu, bo było poszanowanie podmiotowości, interesów obu partnerów.

Natomiast jeśli ktoś chce się unifikować, czyli używać Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu czy innych instytucji unijnych tylko po to, żeby uzurpować sobie kompetencje i wkraczać w podmiotowość, samostanowienie – jakby nie było wielkiego kraju w środkowej Europie – i robi się to wszystko na bezczelnego, co aż krzyczy, w dodatku odbywa się to pod hasłami tzw. praworządności, to jakie to jest partnerstwo…?

Albo się dogadujemy, albo współpracujemy na zdrowych zasadach, albo dzielimy jeszcze bardziej i tak mocno już podzieloną Europę. Te wszystkie działania destrukcyjne, podporządkowujące sobie innych, są tak infantylne, tak czytelne dla racjonalnie myślących ludzi, że nikt tego nie weźmie na serio i nie zaakceptuje. Takie traktowanie i narzucanie swojej woli innym musi budzić opór i budzi, musi potęgować i potęguje nastroje antyniemieckie.

Współpraca tak, ale podmiotowa, na zasadach partnerskich…  

– Właśnie. Jeszcze raz chcę podkreślić, że partnerskie relacje polsko-niemieckie są dla Polski – w dłuższej perspektywie – korzystne, bo jak wspomniałem, Berlin chce mieć bufor między tym, co się dzieje na wschodzie, Niemcy chcą też realizować swoje interesy, i dobrze, ale musi się to odbywać przy poszanowaniu interesów Polski.

Polska nie chce być buforem wasalnym, ale chcemy być podmiotem, który jak kiedyś Republika Federalna Niemiec była wschodnią flanką NATO i granicą między Zachodem a blokiem sowieckim, na czym zresztą bardzo wiele skorzystała, bo nikt im nie podkupował firm, nikt im nie bronił samostanowienia o sobie – chociażby w sferze biznesowej, a wręcz odwrotnie, tak samo dzisiaj w ten podmiotowy sposób muszą potraktować nas – Polskę, a nie na zasadzie, że mamy być landem niemieckim i najlepiej podzielonym na mniejsze kawałki. Na to zgody nie ma i nie będzie. Polska nie chce być i nie będzie landem niemieckim.

              Dziękuję za rozmowę.                  

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl