logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Prosta droga do anarchii

Czwartek, 30 kwietnia 2020 (07:23)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Do czego faktycznie nawołuje w swoim wystąpieniu Donald Tusk?

– Z jednej strony nawołuje do wyborczej katastrofy Platformy, a z drugiej do swoiście rozumianego zachowania targowickiego na arenie międzynarodowej. Przecież tego typu w istocie bojkot wyborów ma być pretekstem, aby Polskę – przez najbliższe lata – ponownie grillować.

Ponieważ Donald Tusk piastuje taki a nie inny urząd [przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej] – do czego się zresztą nadaje i po to de facto został powołany na to stanowisko – to będzie nadal zajmował się tego typu działalnością zaczepną, szkodliwą dla Polski. Myślę, że nie bez powodu jest określany mianem brukselskiego hejtera. Możemy się zatem spodziewać atakowania Polski, w czym Tusk będzie odgrywał istotną rolę, twierdząc, że wybory prezydenckie były niedemokratyczne, że w istocie są nieważne.

A jeśli chodzi o Platformę?

– Jeśli mówimy o Platformie, to wczorajsze wystąpienie Donalda Tuska, to nic innego jak pocałunek śmierci. Jeśli były lider tej formacji, mentor, autorytet dla tego środowiska mówi, że nie idzie głosować, i to nie na tego czy innego kandydata, ale wprost mówi, że w ogóle nie weźmie udziału w tym, jak to określa, procederze, to jest to jasny przekaz adresowany do elektoratu Platformy, że jedynym sensownym zachowaniem w tej sytuacji jest bojkot i niepójście na wybory.

Kogo dzisiaj w Polsce obchodzi to, co mówi i robi Donald Tusk? Adam Bielan mówi, że w taki sposób odreagowuje swoje polityczne frustracje po tym, jak wypadł z krajowej polityki…

– Na pewno to, co mówi Donald Tusk, obchodzi stacje komercyjne, takie jak TVN, obchodzi Małgorzatę Kidawę-Błońską, która niczym echo powtarza pewne rzeczy, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co to dla niej znaczy, obchodzi też Borysa Budkę, obchodzi całe zaplecze biznesowo medialne, czyli elektorat, gdzie Tusk w dalszym ciągu ma większe oddziaływanie niż wspomniany Borys Budka czy Małgorzata Kidawa-Błońska.

I dla tego środowiska to, co się dzieje z Platformą, jest bardzo bolesne. Proszę też zwrócić uwagę, że postawa Tuska w sposób znaczący ogranicza manewrowość Budki, który po słowach szefa EPL nie ma innego wyjścia, jak tylko ogłosić bojkot wyborów i wycofać Kidawę-Błońską. Trudno to jednak zrobić, dopóki nie wie, kiedy wybory prezydenckie realnie się odbędą. Załóżmy, że te wybory miałyby się odbyć np. w sierpniu, a Budka wycofałby teraz Kidawę-Błońską, to nie mógłby jej powtórnie „włożyć” do tego procesu wyborczego.

Czy można zatem powiedzieć, że działania Donalda Tuska są obliczone na przemodelowanie całej liberalnej sceny politycznej w Polsce?  

– Owszem tak, ale przede wszystkim są to działania, a w istocie manifestacja nieuznawania wyborów prezydenckich, z czym w dalszej kolejności Tusk i politycy totalnej opozycji będą jeździć po całej Europie. Z tym że jest to działanie bardzo szkodliwe dla Polski – zwłaszcza w sytuacji pandemii czy w momencie wychodzenia z pandemii koronawirusa, gdzie pozycja polskiego rządu powinna być jak najmocniejsza, bo na gruncie europejskim będą się rozstrzygać istotne sprawy, dlatego pozycja negocjacyjna i silny rząd jest tutaj bardzo potrzebny. Tyle że nie w tych kategoriach Donald Tusk myśli o Polsce.

Czy można zatem powiedzieć, że Tusk i Platforma złożyli już broń, a wystąpienie byłego premiera było niejako dogaszaniem kandydatury Kidawy-Błońskiej? Komu to służy?

– Trudno powiedzieć, co Donald Tusk ma w głowie oprócz swojej kariery politycznej, o czym już mówiliśmy, podkreślając, że będzie miał z czym jeździć po  Europie, narzekając na Polskę. Natomiast jeśli patrzymy na polską scenę polityczną, to z pewnością jest to szansa dla Władysława Kosiniaka-Kamysza, także dla Szymona Hołowni, na zbudowanie na gruzach Platformy jakiejś siły.

Jeśli bowiem PO się wyzeruje w wyborach prezydenckich, a załóżmy też, że jeśli odbyłyby się połączone wybory prezydenckie i parlamentarne, to Hołownia z pewnością będzie dążył do zbudowania swojej listy wyborczej, ale tak czy inaczej będzie to kosztem Platformy, którą czeka rozbiór. Cześć elektoratu przejdzie do Lewicy i twardych zwolenników PO zostanie garstka.

Oczywiście póki Platforma ma pieniądze, to jeszcze będzie wegetować, ale jeśli chodzi o wizerunek, to już bardziej niż przy okazji kampanii prezydenckiej zniszczyć się go nie dało, do czego Tusk wydatnie przyłożył się swoimi wypowiedziami. Gdyby wzywał on do walki chociażby przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, byłaby to jakaś mobilizacja elektoratu i nawet po przegranej można byłoby osiągnąć jakiś przyzwoity wynik, ale jeśli ten wynik oscyluje – jak mówią sondaże – w okolicach 4 procent, to nie pozostaje nic innego jak wycofać Kidawę-Błońską.      

Tylko czy wycofanie Kidawy-Błońskiej, w obliczu kiedy inni kandydaci startują, będzie wiarygodne?

– Oczywiście, że nie będzie. Inni kandydaci zdobędą swoje głosy i w dużej mierze będą to głosy sporej części byłego elektoratu Platformy.

Żeby wybory 10 maja się odbyły, to kluczowe jest pytanie, co w momencie kiedy ustawa o głosowaniu korespondencyjnym wróci do Sejmu zrobi Jarosław Gowin i posłowie Porozumienia? Opozycja bardzo liczy, żeby zburzyć tę koalicję…

– Proszę pamiętać, że kij zawsze ma dwa końce, że jest to miecz obosieczny. Jeśli bowiem rzeczywiście to zostanie zblokowane, a na stole są wybory 10 maja, które fizycznie się nie odbędą, bo – jak wiemy – nie ma dostatecznej ilości komisji itd., to generalnie wszystko może prowadzić do przyspieszonych wyborów parlamentarnych połączonych z prezydenckimi, które – załóżmy – odbyłyby się w sierpniu. W tej sytuacji, kto zagwarantuje opozycji, że nie powtórzy wyniku z poprzednich wyborów bez Gowina, a może nawet zwiększy swój stan posiadania.

Zważając na znużenie społeczne, zmęczenie pandemią i kryzysem na horyzoncie, za co zawsze odpowiada rząd, to realne?    

– Owszem może tak być, bo ludzie bardzo krytycznie patrzą na wszelkie działania opozycji destabilizujące państwo, co widać chociażby w sondażach. Borys Budka, nawet zakładając, że nie odwołuje Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, bo do sierpnia nie może, to zostaje z niczym. Nie wierzę w to, żeby do tego czasu udało się odbudować wizerunek kandydatki, która przez trzy miesiące kampanii zrobiła wszystko, by osłabić samą siebie.

Jest to więc niemożliwe, niewykonalne. Dlatego wcale nie jest tak, że rozbicie większości parlamentarnej i przyspieszone wybory muszą od razu oznaczać klęskę Prawa i Sprawiedliwości i sukces opozycji. A nawet gdyby opozycja w nowym rozdaniu miała sumarycznie więcej głosów niż PiS, to czy byłaby zdolna stworzyć rząd zdolny do rządzenia państwem. Przy sprzecznych programach, różnych osobowościach czy w obliczu kryzysu gospodarczego jakoś trudno mi sobie wyobrazić Roberta Biedronia w jednym rządzie z Krzysztofem Bosakiem. Wybory parlamentarne są korzystne dla opozycji w momencie, gdyby PiS stracił zaufanie społeczne i lokował się na dnie sondaży. Teraz takiej sytuacji nie ma.

Czy Pana zdaniem wybory prezydenckie 10 maja się odbędą?

– Myślę, że to jedynie Pan Bóg wie, bo nie wiem nawet, czy bezpośrednio zainteresowani liderzy partyjni to dzisiaj wiedzą. Myślę, że PiS ma kilka wariantów możliwych do zrealizowania i – co ważne – ma inicjatywę w swoich rękach. Zakładając, że jeśli wybory się nie odbędą, to PiS zawsze może wprowadzić stan wyjątkowy i powiedzieć, że o to przecież chodziło opozycji, a w między czasie może doprowadzić do połączonych wyborów prezydenckich i parlamentarnych.

Zatem trzeba te kwestie rozpatrywać w sposób wielowariantowy. Tak czy inaczej, niekoniecznie wszystko zależy od postawy Jarosława Gowina, co raczej od posłów Porozumienia, którzy w przypadku rozpadu koalicji, w nowym rozdaniu nie wrócą już do koalicji rządowej. Szok czeka też działaczy terenowych tego ugrupowania. Jeśli nawet, to ich pozycja w nowym rozdaniu będzie skrajnie marginalna, nieporównywalna do tej, jaką ma Porozumienie w koalicji z PiS.       

Jak patrzy Pan na możliwość przeprowadzenia wyborów w formie tradycyjnej 10 maja? Skoro mamy redukowanie obostrzeń, krzywa zachorowań wypłaszcza się, skoro ostatnio odbyły się wybory uzupełniające, to, co stoi na przeszkodzie, aby przy zachowaniu rygorów epidemicznych przeprowadzić wybory prezydenckie w tej formie…

– Jeśli takie wybory się odbędą, to zostaną unieważnione. Chodzi o to, że partie nie współpracowały i nie wysyłały swoich kandydatów do komisji wyborczych, dlatego wiele komisji jest nieobsadzonych. A bez tego w wielu lokalach wyborczych nie da się skutecznie przeprowadzić wyborów.

Nawet jeśli takie wybory odbyłyby się, to będą one nieskuteczne, bo wyborcy – w wielu miejscach – nie będą mogli oddać głosów. Do takiego stanu doprowadziła opozycja i dlatego pojawiły się inne rozwiązania, nie tylko ze strachu przed zarażeniami koronawirusem. Osobiście spodziewałem się, że z czasem ludzie przywykną do pewnych zachowań, do przestrzegania reżimów sanitarnych, higienicznych i wtedy wybory w tradycyjnej formie mogłyby się odbyć – zwłaszcza że ludzie starsi i objęci kwarantanną mogliby oddawać głos korespondencyjnie.

Warto też sobie wyjaśnić, że zmiany ustaw dotyczące sposobu liczenia głosów i komisji były po to, bo partie i niektóre samorządy lokalne, gdzie dominuje totalna opozycja, nie chciały współpracować. W związku z tym, co powiedziałem wcześniej, jeśli wybory w formie tradycyjnej się odbędą, to nie będą miały skutku, i to jest problem.

Tylko do czego taka postawa destrukcji, blokady w Senacie, brak delegacji ludzi do komisji wyborczych prowadzi?

– To jest prosta droga do anarchii, tak jak już było w XVIII wieku. Ci, którzy stosują te metody, liczą – jak ich poprzednicy w historii – że jeśli poproszą kogoś z zewnątrz, to zaprowadzi w Polsce porządki. Cień Targowicy ciąży na naszej polityce już ponad dwa wieki i takie postawy są ponawiane, a przykładów mamy wiele. Niestety, tak to wygląda. Mamy do czynienia z anarchicznym stosunkiem do własnego państwa części elit politycznych. Tak nie ma chyba nigdzie na świecie, żeby ktoś tak lekceważył własne państwo. Również niepokojące jest to, że nie ma kary na tych, którzy w ten sposób łamią prawo czy odmawiają wykonywania obowiązków wobec państwa.         

Może zatem warto zastanowić się nad doprecyzowaniem prawa, żeby takie sytuacje były piętnowane i eliminowane?

– To jest wręcz konieczność, bo albo państwo polskie będzie stabilne i silne, albo go nie będzie wcale. Na anarchię w tej części Europy nie może być miejsca.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl