Jest porozumienie między Jarosławem Kaczyńskim a Jarosławem Gowinem. Opozycja, która jeszcze parę godzin wcześniej cieszyła się, że Zjednoczona Prawica się rozpada, teraz musi przełknąć gorzką pigułkę i marzenia o powrocie do władzy odłożyć na półkę…
– Moim zdaniem, jeśli ktokolwiek z polityków opozycyjnych zachował trzeźwość umysłu, to nie miał wątpliwości, że powrót do władzy – w obecnej sytuacji – jest mniej niż mało prawdopodobne. Trudno byłoby sobie wyobrazić większość parlamentarną dla ewentualnego rządu opozycyjnego, w której zapleczu mamy polityków od Grzegorza Brauna po Adriana Zandberga.
To jest nie do połączenia, nie do pogodzenia, po prostu jest nierealne. Natomiast rzeczywiście politycy, zwłaszcza Platformy, czy szerzej Koalicji Obywatelskiej byli przekonani, że Prawo i Sprawiedliwość – obóz Zjednoczonej Prawicy poniesie podczas głosowania w Sejmie uchwały Senatu w sprawie przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych, druzgocącą klęskę.
Tak się jednak nie stało, bo po debacie prezydenckiej – PAP poinformowała o porozumieniu dwóch liderów Zjednoczonej Prawicy Jarosława Kaczyńskiego i Jarosława Gowina oraz o nowym scenariuszu przeprowadzenia wyborów prezydenckich. Stąd wielu polityków Platformy miało nietęgie miny włącznie z Borysem Budką, który wykonał – można powiedzieć – piruet nawołując z mównicy sejmowej do przeprowadzenia wyborów prezydenckich w maju. Jest to niezrozumiałe, bo przez minione dwa miesiące Platforma ciągle powtarzała o konieczności przesunięcia terminu wyborów na termin późniejszy.
Plany rozbicia obozu Zjednoczonej Prawicy się nie powiodły, ale czy monolit Zjednoczonej Prawicy nie został jednak naruszony?
– Nie wydaje mi się, żeby monolit Zjednoczonej Prawicy został naruszony, a głosowanie w sprawie głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich, tylko to potwierdziło. Jarosław Gowin – podczas swoich wystąpień, w czasie całego tego okresu burzy i naporu, kreowanego głównie przez media, wielokrotnie podkreślał, że jest częścią Zjednoczonej Prawicy i uważa, że misja jaką otrzymaliśmy w październiku ubiegłego roku od suwerena, od narodu musi być kontynuowana.
I nie pojawiały się w jego ustach, czy w ustach innych polityków Porozumienia jakiekolwiek sugestie czy wątpliwości, co do tego. To raczej media i politycy opozycyjni kreślili takie wielkomocarstwowe plany zakładające w pierwszym kroku zmianę marszałka Sejmu, a następnie zmianę rządu. Tak czy inaczej była to fantasmagoria i czyste political fiction, bo przy obecnej układance parlamentarnej – jak wspomniałem na wstępie naszej rozmowy – jest to absolutnie wykluczone.
Wyścig rozpoczyna się na nowo?
– Właściwie tak, przy czym będzie to wyścig na krótkim dystansie, używając terminologii sportowej – dogrywka jak w meczu piłki nożnej, która nie trwa jak połowa meczu 45 minut, tylko 15 minut. I podobnie będzie podczas tych wyborów, będzie to dość krótki czas – dwa miesiące, 60 dni, bo zakładam, że również taka deklaracja padła, że nie będzie nadmiernego przeciągania i w pierwszym możliwym terminie, po upływie 60 dni, czyli na najbliższą niedzielę po tym terminie zostanie wyznaczona data przeprowadzenia wyborów prezydenckich. Jest tylko pytanie, kiedy takie zarządzenie marszałka Sejmu zostanie wydane, a wcześniej, kiedy będzie postanowienie Sądu Najwyższego. To są pytania, na które w tej chwili nikt w Polsce nie zna odpowiedzi.
Elementem tej umowy jest kwestia nowelizacji dzisiaj już zakończonego procesu legislacyjnego ustawy o głosowaniu korespondencyjnym. Kwestia jak będą wyglądały te korekty, a przecież będą, bo taka zapowiedź już padła, że eksperci rozpoczną prace. Będzie to decydowało również o kandydatach, czy części kandydatów ubiegających się o mandat prezydenta RP. Przede wszystkim chodzi o przepisy pozwalające na brak konieczności powtórnego zbierania podpisów i rejestrowania komitetów wyborczych tak, aby ci kandydaci, którzy już tę pracę wykonali nie zrobili tego na marne. Moim zdaniem, nie powinno być też przeszkód czy obostrzeń, aby poza pulą 10 kandydatów ubiegających się o fotel prezydenta RP pojawili się również inni, o ile zdążą zarejestrować komitet wyborczy i zebrać niebagatelną sumę stu tysięcy podpisów poparcia.
Ale nie ma też przeszkód, żeby zmiany nastąpiły w „10” już zarejestrowanych kandydatów – mam na myśli Małgorzatę Kidawę-Błońską. Borys Budka mocno dociskany przez dziennikarzy powiedział, że podtrzymuje rekomendację dla kandydatki, ale czy to pewne…?
Najpierw ogólnie – takie zmiany są oczywiście możliwe, bo każdy z kandydatów – właściwie do dnia głosowania może się wycofać. Wystarczy, że skutecznie poinformuje Państwową Komisję Wyborczą o swojej decyzji o wycofaniu swojej kandydatury z wyścigu prezydenckiego.
Natomiast jeśli chodzi o kandydatkę Koalicji Obywatelskiej Małgorzatę Kidawę-Błońską, to mam tutaj mieszane uczucia. Z jednej strony nie tylko politycy Platformy, ale szerzej Polacy – suweren – mają świadomość słabości tej kandydatury, co na antenie kilku kanałów telewizyjnych, podczas debaty prezydenckiej można było zaobserwować.
Z drugiej strony trudno w ostatniej chwili, w dogrywce, zmieniać kandydata, dlatego raczej wątpię żeby Platforma, która wpompowała duże pieniądze w kampanię swojej kandydatki, zdecydowała się na taki ruch. Jest też kolejne pytanie, kto mógłby zastąpić Małgorzatę Kidawę-Błońską, kto podjąłby rękawicę?
A rycerz, który miał wrócić na przysłowiowym białym koniu…?
– Ten, który miał wrócić na białym koniu i uratować totalną opozycję siedzi sobie w wygodnym fotelu w Brukseli i wydaje polecenia, ale żołnierze go nie słuchają, takie mam wrażenie. Myślę też, że Donald Tusk, bo o nim przecież mowa, ma świadomość tego, że polski naród – mówiąc kolokwialnie – już go nie kupi. Co więcej polityk ten zawsze decydował się na start w wyborach, gdzie miał teoretycznie szanse czy wręcz pewność, że wygra.
Tak było w 2005 roku, kiedy startował w wyborach prezydenckich i przez większość kampanii wyborczej był faworytem, w pierwszej turze uzyskał nawet najlepszy wynik, ale na ostatniej prostej, w drugiej turze przegrał z Lechem Kaczyńskim wyścig prezydencki. I choćby z tego powodu, mając w tyle głowy tę porażkę, nie zdecyduje się na powtórny start w wyborach prezydenckich w Polsce. Tym bardziej, że ma wysoką pozycję, wiążącą się z dużymi profitami posadę szefa Europejskiej Partii Ludowej, co pozwala mu na aktywne uczestnictwo w życiu politycznym w Polsce, w dodatku bez żadnych konsekwencji.
Wtedy, kiedy mu się chce, czyni pewne wrzutki, ingerując w polską scenę polityczną, wydając polecenia politykom Platformy czy szerzej opozycji totalnej. Warto też mieć na względzie, że jako szef Europejskiej Partii Ludowej, której członkami są chociażby PSL i Platforma, a zatem jest europejskim zwierzchnikiem zarówno Borysa Budki i Władysława Kosiniaka-Kamysza i może wpływać na te formacje.
Dziękuję za rozmowę

