logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Chaos informacyjny nie służy nikomu

Poniedziałek, 25 maja 2020 (13:35)

Aktualizacja: Poniedziałek, 25 maja 2020 (22:37)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Oficjalnie wciąż nie wiemy, kiedy odbędą się wybory. Czy cała ta sprawa nie trwa to zbyt długo?

– Muszę powiedzieć, że jestem zniesmaczony tym jak zachowuje się cała klasa polityczna – bez wyjątku, która nie potrafi wypracować konsensusu w sprawie terminu wyborów. Pierwszy raz – w tym względzie – polska klasa polityczna, wszystkie siły w parlamencie nie zdały egzaminu, od prawa do lewa. Pandemia koronawirusa nie może być usprawiedliwieniem całej tej sytuacji. Jestem zwierzęciem politycznym, ciągle aktywnym politykiem, w ubiegłej kadencji byłem posłem na Sejm RP i nawet ja czuję już zmęczeniem tym spektaklem pod nazwą wybory prezydenckie i czuję niesmak.

A co w tej sytuacji mają czuć obywatele, którzy chcieliby wybrać prezydenta, a tak naprawdę nie wiedzą, co się dzieje w sprawie ogłoszenia terminu wyborów, nie są wcale pewni w jakiej formie odbędą się te wybory, bo Senat wciąż proceduje, a na dodatek mieliśmy przewlekanie procesu wyboru pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Mam duży niesmak, czuję rozczarowanie i nie dziwię się, że większość ludzi – zwłaszcza tych, którzy nie obserwują na bieżąco wydarzeń na scenie politycznej – czuje podobnie. Nikt bowiem nie wie o co chodzi i kiedy będzie finał tego męczącego spektaklu, który nie ma już smaku radości święta demokracji jakim są wybory w tym wypadku wybory nowego prezydenta.       

Wspomniał Pan, że winę za ten stan rzeczy ponoszą wszystkie siły polityczne. PiS od początku dążyło, żeby te wybory odbyły się w maju, tymczasem Koalicji Obywatelskiej zależało bynajmniej nie na bezpieczeństwie Polaków, ale na tym, żeby podmienić mizernego kandydata?

– To prawda, że Platformie zależało, żeby zrestartować wybory, co stwarzało im możliwość wymiany kiepskiej kandydatki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i utrzymania się w grze – przynajmniej o lidera opozycji. Ale za ten cały „pasztet” odpowiedzialni są wszyscy łącznie z partią rządzącą, której zabrakło determinacji, wyobraźni i konsekwencji w dążeniu do celu. Tak jak w domu odpowiedzialność ponosi zawsze najstarszy, tak w polityce większość parlamentarna bierze odpowiedzialność za to, co się dzieje w Polsce, także jeśli chodzi o organizację i sprawne przeprowadzenie wyborów. I na tym etapie również PiS nie zdało egzaminu, bo zabrakło siły woli, scenariusza awaryjnego, aby wbrew krytyce sił opozycyjnych dopiąć swego i zorganizować wybory 10 maja.

A Senat i destrukcja w wykonaniu marszałka Grodzkiego, zabójcze koperty itd.?  

– Senat i postawa marszałka Grodzkiego, to jest jeden z elementów całej tej układanki, ale na tym powinna polegać wyobraźnia polityków, że skoro nie ma się większości w Senacie, to trzeba wybierać takie scenariusze, które nie pozwolą opozycji doprowadzić do paraliżu państwa. Jeżeli większość sejmowa wie, że większość senacka może grać kalendarzem, grać na czas, może wprowadzać obstrukcję, co ciekawe, zgodnie z prawem, to nie jest to żadne usprawiedliwienie, żeby wybory się nie odbyły. Sytuacja wygląda tak, że nie wiemy, kiedy pójdziemy do urn, a termin wskazuje premier Morawiecki, co jest nieporozumieniem.

Premier Morawiecki jedynie wskazał 28 czerwca jako termin, w którym te wybory mogłyby się odbyć. Chodziło oto, że przewlekanie sprawy może zawalić wszystkie terminy konstytucyjne…

– Premier jest od rządzenia, a od ogłaszania terminu wyborów jest marszałek Sejmu. Dlatego wolałbym, żeby takie rzeczy ogłaszała marszałek Elżbieta Witek, a prezydent, premier czy ministrowie rządu odsyłali dziennikarzy po odpowiedź do marszałka Sejmu. To pokazałoby, że jest pewien porządek, skład i ład, a nie dawało pożywkę do różnych dywagacji czy spekulacji siłom opozycyjnym. Konstytucyjnie to marszałek Sejmu po konsultacji z Państwową Komisją Wyborczą wskazuje termin wyborów – koniec, kropka.

Natomiast jeśli każdy przedstawiciel środowiska władzy, podczas konferencji prasowych czy wywiadów podaje różne terminy – choćby hipotetycznie, to jest to niepotrzebne zamieszanie. Od tego nie są ani premier, ani ministrowie, ani partie, ale od tego jest marszałek Sejmu. Chaos informacyjny nie służy nikomu. Jest to ważne przy zmęczeniu zarówno gospodarczym wywołanym koronawirusem, bo społeczeństwo nie wie, co ma myśleć, na czym korzysta opozycja, której w sondażach poparcie wzrasta, a rządzącym maleje.

Jest też kwestia kampanii, której, póki co, oficjalnie nie ma, ale kandydaci czy kandydat na kandydata objeżdżają Polskę. Jak to ma się do prawa?

– Takie mamy prawo, że urzędujący prezydent i kandydat na drugą turę prowadzi swoją działalność, wykonuje obowiązki głowy państwa, a przy okazji także jest aktywny. Pozostali kandydaci, którzy wykorzystują fakt bycia politykami, posłami do spotkań z Polakami i nie powiedzą, że prowadzą kampanię, ale że spotykają się ze swoimi wyborcami, ze swoim elektoratem. I na tym polega niespójność polskiego prawa, że każdy z jednej strony nagina prawo, ale z drugiej strony wykorzystuje swoje prerogatywy.

Jak ocenia Pan dotychczasową kampanię prezydencką?      

– To, co było przed 10 maja, a więc przed wyznaczonymi na tę datę wyborami, to już historia. Jak wiemy wybory się nie odbyły, dzisiaj mamy punkt zero, czekamy na oficjalny kalendarz, ale coraz bardziej jestem przekonany, że Platforma gra na to dokonać głębokiego resetu i żeby storpedować wybory, które mogłyby się odbyć 28 czerwca. Zależy im na wywołaniu kolejnego chaosu i na rozpisaniu wyborów, kiedy wszyscy kandydaci – nie tylko Rafał Trzaskowski musieliby zarejestrować swoje komitety i zebrać sto tysięcy podpisów poparcia.

To zaburzyłoby cały kalendarz, przecież kadencja Andrzeja Dudy kończy się 6 sierpnia. Do tego czasu nie udałoby się wybrać głowę państwa?  

– Z chwilą, kiedy wygaśnie mandat prezydenta Andrzeja Dudy – zgodnie z Konstytucją na scenę wchodzi marszałek Sejmu, w tym wypadku Elżbieta Witek, która pełniłaby obowiązki prezydenta, a kampania wyborcza toczyłaby się do dnia wyborów. Według mnie – na dzisiaj – jest realny może nie scenariusz, co plan Platformy.

Czy taka obstrukcja i próba przewlekania wyboru prezydenta nie zahacza o anarchię?

– Niekoniecznie. To jest „bigos”, który zgotowała sobie i nam cała klasa polityczna. Załóżmy, że Senat zwróci ustawę, dajmy na to, za tydzień do Sejmu i dzięki tej ustawie nowy kandydat, czyli Rafał Trzaskowski będzie miał, załóżmy, 10 dni na zebranie stu tysięcy podpisów, to warto się zastanowić, czy – niezależnie od wyniku wyborów – nie będzie podstaw do podważenia wyborów z uwagi na brak równych szans startu, kampanii wszystkich kandydatów.

Nic nie stało przecież na przeszkodzie, żeby Senat uchwalił ustawę wyborczą w ubiegłym tygodniu, a nie odraczał sprawę do wtorku, co wydłużyłoby czas zbierania podpisów przez Trzaskowskiego…

– To wszystko prawda, ale prawo jasno wyznacza ile czasu powinien mieć kandydat na zebranie podpisów, ile ma trwać kampania itd. Dlatego żeby nie dać podstaw do podważania wyborów cały kalendarz wyborczy powinien ruszyć od zera. PKW publikuje swoje stanowisko, marszałek zarządza wybory, Sejm i Senat niech się dogadają w jakiej formule ma się odbyć głosowanie, a wszyscy kandydaci mają czas na zbieranie podpisów. Każdy kandydat na kandydata powinien mieć takie same warunki i taki sam równy start. Wszystko po to żeby naprawić bałaganiarstwo polskiej klasy politycznej – wszystkich bez wyjątku, co spowodowało, że nie doszło do wyborów 10 maja i dzisiaj żyjemy w zawieszeniu i niepewności, kiedy odbędą się wybory.

Jak wytłumaczyć to całe – jak Pan to określił – bałaganiarstwo?

– Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Mianowicie chodzi o fundusze wyborcze, które zostały wpłacone na poczet wszystkich kandydatów i nie mogą być użyte drugi raz, ale muszą być przeznaczone na cele publiczne, cele charytatywne, społeczne. To oznacza, że poszczególne partie, które wyłożyły miliony złotych na kampanię swoich kandydatów – w nowym rozdaniu – musiałyby wyłożyć nowe konkretne kwoty na nowe kampanie. Dlatego dzisiaj w interesie Platformy jest, aby wszyscy kandydaci mieli taki sam strat. Nic zatem dziwnego, że marszałek Grodzki już mówi o tym, żeby wszyscy kandydaci zaczęli od początku rejestrować komitety wyborcze, zbierać podpisy poparcia.

I wszystko zrobią, żeby tak zostało to rozegrane. Niezależnie od czasu, jaki będzie na zebranie podpisów, to Trzaskowski je zbierze, bo struktury Platformy są wciąż znaczne i sobie z tym poradzą, ale kandydaci, którzy nie mają tak rozbudowanego zaplecza politycznego w kraju będą mieli z tym problem. Jeśli tak, to wszyscy, którym nie uda się zebrać wymaganej ilości podpisów, będą składać protesty i będzie to podstawa do unieważnienia wyborów, o czym już wcześniej wspomniałem. W innym wypadku mogą być podstawy do unieważnienia wyborów także przez społeczność międzynarodową. Bruksela tylko czeka na pretekst, który z pewnością totalna opozycja im dostarczy jeśli coś nie pójdzie po jej myśli. Tak czy inaczej, potrzebna jest odpowiedzialność polityczna wszystkich sił, a wszystko po to żeby prezydent wybrany w najbliższych wyborach miał mocny mandat do sprawowania władzy, mandat, którego nikt nie będzie podważał.

           Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl