logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Znużeni oczekiwaniem

Niedziela, 31 maja 2020 (23:32)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jeszcze parę dni temu politycy Platformy Obywatelskiej zapewniali, że wybory powinny się odbyć 28 czerwca, ale ostatnio zmienili zdanie i przetrzymują ustawy o wyborach prezydenckich. Skąd ten nagły zwrot, nie pierwszy zresztą?

– To jest polityka i wszystko, co się dzieje w polityce, jest odwrotnością życia codziennego. Czyli to, co jest cnotą w życiu codziennym jest czy może być słabością w polityce. To, co się dzisiaj dzieje, czego wszyscy jesteśmy świadkami, pokazuje, że wszystkie siły polityczne, wszyscy pretendenci do fotela prezydenta Polski prowadzą swoją grę i chcą przechytrzyć przeciwników politycznych.

Jeśli jednak brak konsekwencji w działaniu Koalicji Obywatelskiej, dla której raz wybory nie mogą się odbyć ze względu na pandemię, po czym zmieniają kandydata i niby wszystko jest już dobrze, po czym wstrzymują – kolejny raz – prace w Senacie nad ustawą, to jak taki polityczny roller coaster mają odbierać wyborcy?

– Wciąż czekamy na ustawę o organizacji wyborów prezydenckich, która leży w Senacie, a która już dawno powinna wrócić do Sejmu po to, żeby można było w spokoju ogłosić termin wyborów i wyznaczyć ich termin tak, żeby nikt nie kwestionował możliwości zbiórki podpisów poparcia, żeby móc oficjalnie prowadzić kampanię itd. Tyle że Senat mimo okrągłego stołu i – jak się wydawało – porozumienia znów usnął, odkładając prace na przyszły tydzień, a ustawy jak nie było, tak nie ma.

Co chce przez to osiągnąć marszałek Senatu? 

– Nie wiem, ale wiem jedno, że dzisiaj tak naprawdę cała dziesiątka łącznie z Małgorzatą Kidawą-Błońską są na tzw. liście praw nabytych. To znaczy, że mają uzbierane listy ze stu tysiącami podpisów poparcia i niezależnie od konferencji prasowej, na której Kidawa-Błońska ogłosiła, że rezygnuje z kandydowania o najwyższy urząd w państwie, to ona ciągle widnieje na liście praw nabytych – kandydatów w wyborach prezydenckich. Co ciekawe, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej jest niejako podstrona zatytułowana – „Kandydaci w wyborach 2020 r. Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”, gdzie nie ma daty wyborów, ale jest dziesiątka kandydatów na dzień dzisiejszy, którzy chcą nabyć prawa do startu w związku z brakiem możliwości odbycia wyborów 10 maja br. To oznacza, że Platforma ciągle ma tego samego kandydata – Małgorzatę Kidawę-Błońską, który czekając na rozstrzygnięcia w Senacie cały czas ma prawo wystartować w wyborach prezydenckich.

To zatem jaką rolę ma do odegrania Rafał Trzaskowski?

– Rafał Trzaskowski na dzisiaj ma zadanie w sensie politycznym reanimowania Platformy. Jego rolą jest odzyskanie pozycji Platformy utraconej na skutek fatalnej kampanii Kidawy-Błońskiej. Platforma musi uwierzyć, że wciąż jeszcze istnieje, bo w terenie została właściwie rozgrabiona pomiędzy elektorat Szymona Hołowni, Władysława Kosiniaka-Kamysza i tych, którzy powiedzieli, że nie pójdą na żadne wybory. Dlatego to, co dzisiaj robi Rafał Trzaskowski, to – w moim odczuciu – jeszcze nie jest kampania, ale zwieranie szyków i mobilizowanie własnego elektoratu, żeby ludzie uwierzyli, że Platforma jeszcze istnieje. Może się bowiem okazać, że Trzaskowski nie zbierze wymaganych podpisów, bo zabraknie czasu, bo mogą zostać zakwestionowane, w związku z tym nieprzypadkowo Małgorzata Kidawa-Błońska wciąż widnieje na liście PKW jako ewentualny awaryjny kandydat. Myślę, że nikt jej nie wycofa, dopóki Trzaskowski nie będzie oficjalnie zarejestrowanym kandydatem.

Tylko czy plan z Trzaskowskim, który ma odrobić straty, się powiedzie?

– Póki co, to robi. Już sam fakt, że kandydat Platformy z pozycji szóstej w porywach piątej znalazł się na pozycji drugiej czy trzeciej świadczy, że ten plan jest realizowany. Teraz będą próby umocnienia się na drugiej pozycji i zdyskwalifikowania Hołowni i Kosiniaka-Kamysza.

A zatem trwa wewnętrzna rozgrywka między kandydatami opozycji, a nie z kandydatem Zjednoczonej Prawicy Andrzejem Dudą – przynajmniej w pierwszej turze?  

– Dokładnie. Wszystko do momentu wyjaśnienia sytuacji z wyborami polega na tym, że Trzaskowski musi uratować sytuację dla Platformy.

A jeśli to się nie uda?

– To zobaczymy, co się wydarzy, sytuacja jest dynamiczna. Na 1-3 czerwca zaplanowano najbliższe posiedzenie Senatu. Z kolei Sejm jest w gotowości, żeby rozpatrzyć decyzję Senatu w sprawie ustawy dotyczącej wyborów prezydenckich w 2020 roku. Jeśli chodzi o kampanię, to 11 czerwca wypada Boże Ciało i dłuższy ogólnonarodowy weekend, a za dwa tygodnie – 28 czerwca mamy wybory. Czasu jest zatem niewiele i pytanie, jak kandydat na kandydata Trzaskowski chce się zmieścić z podpisami, które PKW musi jeszcze zweryfikować i zatwierdzić kandydaturę. Jest zatem pytanie, ile dni po zarejestrowaniu będzie miał Rafał Trzaskowski na kampanię.      

Kampania już trwa i – jak słyszymy – podpisy, a przynajmniej ich część, też są już zebrane…

– Kampania nie może trwać, podobnie podpisy też nie mogą być zbierane, bo nie ma jeszcze ogłoszenia nowych wyborów. Na razie mamy sytuację, że istnieje lista kandydatów z wyborów 10 maja, które – jak wiemy – nie doszły do skutku i którzy to kandydaci – w ramach nowej ustawy – mają tzw. prawa nabyte. Taka jest na dzisiaj sytuacja, a Rafał Trzaskowski jest kandydatem na kandydata. Wszelkie działania mające na celu zbiórkę podpisów są w tym momencie bezprawne. Przecież równie dobrze posłowie mogliby już dzisiaj zbierać podpisy pod swoimi kandydaturami, mimo że wybory odbędą się za trzy lata. To jest taka sama sytuacja. Tak się jednak nie robi, tak to nie działa. W tej sytuacji to, co się dzieje, wszystkie przecieki i ewidentne wpadki Platformy związane ze zbiórką podpisów, pokazują, że politycy i sympatycy tej formacji chcą działać tyle, że w tej nadgorliwości wiele osób łamie prawo. Również Hanna Gronkiewicz-Waltz – nie mając świadomości, że wybory nie zostały ogłoszone – sama „wkopała” kandydata Trzaskowskiego, mówiąc w mediach od serca i szczerze, że podpisy poparcia dla niego już są zbierane.     

Marszałek Grodzki nie mówi NIE, jeśli chodzi o przyjęcie urzędu Prezydenta RP...

– To, co chciałby – znany ze swoich wybujałych ambicji – marszałek Grodzki, to jedno, ale prawo i zasady konstytucyjne mówią jasno, że w sytuacjach nadzwyczajnych obowiązki głowy państwa przejmuje druga osoba w państwie – marszałek Sejmu i marszałek Senatu – trzecia osoba w państwie powinna mieć tego świadomość. Konstytucja RP jest tutaj bezwzględna, a ambicje marszałka Grodzkiego nie mają tu nic do rzeczy. Pierwszy jest prezydent RP, drugi marszałek Sejmu, a trzecią osobą w państwie jest marszałek Senatu – taka jest kolejność, i koniec kropka.

Jak Polacy oceniają ten spektakl w wykonaniu opozycji?

– Polacy są bardzo znużeni, obserwując wydarzenia na scenie politycznej. Myślę, że im cieplej zacznie się robić, zwłaszcza teraz, kiedy kolejne obostrzenia są znoszone, i będzie możliwość wyjścia w przestrzeń, na świeże powietrze, tym większa będzie obojętność na to, co robią politycy. Wszyscy jesteśmy już zmęczeni fizycznie i psychicznie tą kwarantanną, stąd coraz więcej osób uodparnia się na to, co wyprawiają politycy. Mam czasem wrażenie, że politycy tak naprawdę zajmują się sami sobą i nikt się tym specjalnie nie przejmuje.

Czy i jak może się to przełożyć na frekwencję wyborczą?

– Wszyscy politycy od lewa do prawa mogą otrzymać czerwoną kartkę od wyborców, a to będzie skutkowało bardzo niską frekwencją przy urnach.

Komu to może sprzyjać, a komu zaszkodzić bardziej?

– Nie o to tu chodzi, ale jest to pewien sygnał. Wyborcy wysyłają sygnały w dwojaki sposób, albo poprzez głosowanie, albo poprzez milczenie. Niska frekwencja nie musi świadczyć, że naród jest obojętny i nie chce zabierać głosu, bo brak głosowania też jest formą oddania głosu czy odpowiedzi wobec tego lub innego polityka bądź formacji, którą prezentuje. To też jest forma przekazu i forma komunikacji, tylko niestety rzadko poddajemy to analizie, a lekceważymy i traktujemy to jako niedojrzałość polityczną wyborców.

Z drugiej strony, czy politycy są zdolni do refleksji? Był Pan przez cztery lata posłem na Sejm…

– Polityk powinien być zdolny do refleksji, ale życie pokazuje, że różnie z tym bywa. Wszyscy, a więc cała klasa polityczna także, są zmęczeni tym niekończącym się spektaklem. Proszę zwrócić uwagę, że kampania prezydencka trwa już właściwie pięć miesięcy od momentu ogłoszenia, i po 10 maja cała polityczna maszyneria jest w stanie zawieszenia, zamrożenia, a z drugiej strony sami kandydaci, bądź kandydaci na kandydatów, pod płaszczykiem różnych działań, czy to pełnienia obowiązków posła, europosła, samorządowca, i tak prowadzą działalność publiczną. A co za tym idzie – każdą taką działalność można nazwać kampanią wyborczą, i tak to się kręci.

Kampania trwa już właściwie nieprzerwanie dwa lata…

– Zgadza się. Zaczęło się od wyborów do Parlamentu Europejskiego, potem były wybory do Sejmu i Senatu, teraz czekamy na rozstrzygnięcie wyborów prezydenckich, a wcześniej były jeszcze wybory samorządowe. Zatem mamy maraton wyborczy, gdzie wszyscy mają prawo być zmęczeni i znudzeni. Dlatego marzymy, aby rozstrzygnięcie wyborów prezydenckich było jak najszybciej, żebyśmy mogli ochłonąć, odpocząć, pomyśleć o rodzinie.

Polityka to służba, więc politycy może w pierwszym rzędzie powinni pomyśleć o Polsce?

– To jest oczywiste, tylko że mówimy o kampanii prezydenckiej, która ma być niejako wisienką na torcie. Można się spodziewać rozgrywki kandydatów dwóch obozów, które o tę wisienkę walczą. Prawo i Sprawiedliwość, żeby potwierdzić po raz drugi z rzędu, że wygrywa ich kandydat, że jest on gwarantem, że ustawy, jakie wyjdą z Sejmu będą mieć polityczne poparcie prezydenta. Z kolei Platforma, mająca większość w Senacie, dzięki konsolidacji sił opozycyjnych też liczy na zwycięstwo swojego kandydata, czym chciałaby podkreślić czy rozpocząć marsz ku zmianie władzy w Polsce. Mamy zatem bój między dwiema siłami, które chcą podkreślić swoją pozycję.

28 czerwca pójdziemy do urn?

– Myślę, że tak. Determinacja obozu rządzącego jest bardzo silna i uważam, że te wybory się odbędą, żeby nie przeciągać struny. Rozgrywki, które mają na celu niedopuszczenie czy niedoprowadzenie do wyborów – na miesiąc przed terminem, próba doprowadzenia do kryzysu politycznego w Polsce, to jest „jazda bez trzymanki”. Ta rozgrywka i tego typu działania pokazują, że tanimi chwytami można – właściwie w nieskończoność – przeciągać wybory, że można to robić do momentu, aż sondaże będą dla tej czy innej formacji korzystne. Z tym że nie ma to nic wspólnego z demokracją, a bardziej zakrawa na anarchizację życia politycznego. Na to zgody być nie może.

Dziękuję za rozmowę.     

   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl