logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Zdecydowana postawa prezydenta Trumpa

Wtorek, 2 czerwca 2020 (13:16)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Donald Trump oświadczył, że Stany Zjednoczone zrywają relacje ze Światową Organizacją Zdrowia. Powód to m.in. brak działań WHO wobec pandemii koronawirusa oraz – pod naciskiem chińskich władz – niepodanie na czas informacji, które mogły zahamować rozprzestrzenianie się wirusa. Czy to tylko polityka, czy może zarzuty Trumpa są zasadne?

To jedno i drugie – tak bym powiedział. A więc nie tylko polityka, ale także fakty wydają się mówić same za siebie. Warto przypomnieć, że jeszcze do niedawna Światowa Organizacja Zdrowia utrzymywała, że wirus Sars-CoV-2 jest naturalną mutacją i dopiero pod presją zapowiedzi przerwania finansowania jej przez Stany Zjednoczone zaczęła zmieniać narrację. Jednak zarzuty, jakie są stawiane WHO, nie dotyczą tylko tej sprawy. Już wcześniej środowiska konserwatywne oskarżały Światową Organizację Zdrowia, że promuje tzw. zdrowie reprodukcyjne.

Pojawiały się kwestie związane z antykoncepcją, brakiem szacunku dla życia ludzkiego, a także z promowaniem homoseksualizmu. Problem jest taki, że jeśli mówimy o pochodzie rewolucjonistów, to trzeba zauważyć, że doszli oni ze swoim przekazem również do instytucji międzynarodowych. Wiemy, że obecny dyrektor generalny WHO Etiopczyk Tedros Ghebreyesus ma marksistowskie konotacje ideologiczne. Należy też podkreślić, że Amerykanie łożą wcale niemało na WHO: tylko w 2019 roku przekazali tej organizacji ok. 400 milionów dolarów, co stanowi ok. 15 proc. budżetu tej organizacji, a w zamian nie mają z tego żadnego zysku.

W pewnym momencie ideologia zawładnęła różnymi krajami, także instytucjami międzynarodowymi – jak w przypadku WHO. Nic więc dziwnego, że Donald Trump stara się wykrzyczeć swoją wizję świata, a więc też krytykę.

Fakt, że Amerykanie nie zostali ostrzeżeni przed pandemią, chyba przeważył szalę?

To prawda. Nikt nie został ostrzeżony w porę przed tym, czym w istocie jest COVID-19 i pandemia. Efekt jest taki, że świat się na to nie przygotował, bo WHO nie spełniła swojej roli. Jest to zatem kwestia bardzo poważna. Pieniądze, jakie otrzymuje WHO na działalność, nie są małe; jej możliwości działania w skali globalnej są olbrzymie, zadania oczywiste, a efektów brak. Jeśli przeanalizujemy ostatnie wydarzenia, to warto rozważyć, czy rzeczywiście była to wpadka WHO, czy – jak twierdzi Trump – jest to efekt powiązań z Chinami.

Co z wiarygodnością organizacji, na którą tak potężny wpływ mają Chiny?

Wiarygodność WHO została poważnie nadwątlona. Co więcej, jej wiarygodność podważa największe mocarstwo na świecie. Można przypuszczać, że w tej sytuacji Amerykanie mogą chcieć wykorzystać swoje organizacje, które bez wątpienia mają, aby na sposób konkurencyjny przejąć rolę WHO.

Chińczycy mogą sami przejąć finansowanie WHO, w końcu stać ich na to…

Nawet jeśli Chińczycy razem z częścią Europy wezmą na siebie finansowanie WHO, to nie znaczy, że przez ten fakt zyskają na wiarygodności. Żeby bowiem odzyskać wiarygodność, trzeba by się najpierw rozliczyć z tego, co się stało, tyle że po stronie WHO nie widać żadnych symptomów refleksji .

Na decyzję Trumpa zareagowała Komisja Europejska, wzywając go do przemyślenia tego kroku. Jaki interes w tym, żeby bronić WHO, ma Ursula von der Leyen i szef unijnej dyplomacji Josep Borrell?

Przede wszystkim Unia Europejska jest krytyczna wobec Donalda Trumpa. Unia nie podziela antyglobalizacyjnych działań amerykańskiego prezydenta. Unia Europejska – zwłaszcza ta niemiecka – ma poważny spór z Trumpem, jeśli weźmiemy pod uwagę na przykład relacje z Rosją. Nie można też pominąć aspektu ideologicznego. Donald Trump jest bowiem krytykiem trendów ideologicznych w świecie – może nie w całości, ale w dużej mierze, natomiast Unia Europejska stoi – rzec można – w forpoczcie rewolucji światowej.

Będzie więc bronić instytucji, które w jakikolwiek sposób – wespół z amerykańskimi globalistami – wspierają procesy np. depopulacyjne w świecie, ale na pewno nie wesprze Trumpa. Płaszczyzn sporu jest wiele, a wspieranie bądź niewspieranie WHO jest jedną z nich. Nic zatem dziwnego, że Unia będzie wspierać działania WHO, zresztą już przeznaczyła dodatkowe środki na finansowanie tej organizacji.     

Decyzja Trumpa może skłonić inne państwa do rezygnacji z finansowania WHO? Czy to koniec tej organizacji, przynajmniej w dotychczasowej formie?

Owszem, może to być impuls do wstrzymania finansowania WHO także przez inne państwa. Pamiętajmy, że Stany Zjednoczone to ogromny kraj, o potężnych możliwościach, będący w istocie federacją różnych stanów. I nawet jeśli z finansowania WHO zrezygnują mniejsze kraje, to może to będzie walka nie o pieniądze, ale o autorytet, który poprzez nieodpowiedzialne działania bądź ich zaniechanie został poważnie nadszarpnięty.

Pieniądze – owszem, można uzupełnić. Śmiało mogą to zrobić choćby Chiny. Ale dochodzi tutaj kwestia wiarygodności, autorytetu. Taka organizacja jak WHO powinna być wiarygodna i absolutnie poza jakimkolwiek podejrzeniem – podobnie jak sądy, które nie mogą być stronnicze. Tutaj bez dokładnych rozliczeń, bez zbadania, co się działo w WHO, bez transparentności, dlaczego jej reakcje były spóźnione, dlaczego informacje, jakie się pojawiały w sprawie koronawirusa, były niekompletne – bez odpowiedzi na te pytania nie będzie możliwości przywrócenia zaufania.

Z czego wynika radykalizm prezydenta Trumpa?

Jego radykalizm wynika m.in. z jego poglądów, ale także z sytuacji. Staje on w roku wyborczym, w obliczu reelekcji, i chce odsunąć wszelkie oskarżenia co do swojej osoby o to, że nie zareagował w porę. Przypomnijmy, że skala śmiertelnych ofiar koronawirusa w tym momencie przekroczyła sto tysięcy i ktoś może zapytać, dlaczego nie było w porę reakcji, czy nie można było zatrzymać tej fali odpowiednio wcześnie. Dlatego prezydent Trump swoimi decyzjami m.in. w zakresie zerwania relacji z WHO i zaniechania finansowania jej pokazuje, że nie można było odpowiednio zareagować, bo komunikaty, jakie płynęły z tej instytucji, były fałszywe. A te fałszywe komunikaty z WHO i z Chin wynikają z polityki Pekinu.

Czy może to spowodować wzrost napięcia między Waszyngtonem a Pekinem?

Napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami i bez koronawirusa sięga zenitu, jest na granicy otwartych konfliktów. W końcu mamy do czynienia z absolutną rywalizacją między tymi państwami, rywalizacją, która – jak można przypuszczać – będzie się tylko potęgować.

Co to może oznaczać dla świata?

Dla świata taki stan rzeczy oznacza, że mamy koniec globalizmu, który znamy. Można się spodziewać, że zaczną się rwać konstrukcje globalistyczne, a w to miejsce mogą się zacząć tworzyć nowe układy, w których trzeba się będzie się umieć odnaleźć i dostosować do nowych realiów. Polska, wiadomo, szuka sojuszu z Amerykanami i w dużym stopniu już dokonała wyboru. Natomiast inni jeszcze się zastanawiają, czy nie zagrać z Chinami. Okres globalizmu, jaki nastał po upadku Związku Sowieckiego, był dość długi, ale nie jakoś nadzwyczajnie długi. W historii znamy już epoki rywalizacji wielkich mocarstw – na różnych piętrach.

W  jakiej mierze schyłek globalizmu dotknie Europy, gdzie Niemcy i Francja próbują zacieśnić swoje relacje i podporządkować sobie innych członków Unii Europejskiej?

Zarówno Niemcy, jak i Francuzi działają w tym aspekcie w wymiarze lokalnym – wewnątrzeuropejskim, natomiast w sferze globalnej Berlin i Paryż zastanawiają się, czy opuścić Stany Zjednoczone i związać się z Chinami. Dlatego wciąż stoją w rozkroku, zastanawiając się, co im się bardziej opłaca. Nic zatem dziwnego, że w sporze o WHO państwa te nie opowiedziały się po stronie Stanów Zjednoczonych.  

Co ten brak decyzji „unijnych lokomotyw” może oznaczać dla Polski?

Jest zagrożeniem i szansą zarazem. Zagrożeniem, bo chwiejność zawsze powoduje destabilizację i wzrost napięcia, a nawet możliwość otwartej wojny. Szansą zaś, ponieważ możemy się wydobyć spod dominacji niemieckiej i zagrać podmiotową politykę, szukając coraz bardziej realnego wsparcia Stanów Zjednoczonych w budowie struktury siły w środkowej Europie.                     

A na miejscu, w regionie, u kogo możemy szukać sojuszników?

W Europie, niestety, nie mamy poważnego sojusznika, ponieważ obok mniejszych państw w środkowej części Starego Kontynentu, jak chociażby Węgry, zasadniczo mamy z tym problem – póki jest dominujący układ kosmopolityczny – mam na myśli ideologiczne struktury w różnych państwach zachodnich. Natomiast warto mieć świadomość, że systemy polityczne się destabilizują, i to w wielu krajach, na przykład we Włoszech, więc czas pokaże, czy zawsze będziemy mieć do czynienia tylko i wyłącznie z monolitem niemiecko-francuskim, czy może stworzy się nowy układ sił, w którym Polska ma szanse zajmować czołową i bardziej podmiotową pozycję.

                Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl