W końcówce kampanii prezydent Andrzej Duda kieruje swój przekaz wyraźnie w stronę mieszkańców małych i średnich miast, a co z dużymi aglomeracjami. Czyżby PiS odpuszczał elektorat wielkomiejski w większości głosujący za Platformą czy też przeciwko PiS-owi?
– Jeśli chodzi o duże miasta, to Prawo i Sprawiedliwość ma problem. Chodzi o to, że w dużych miastach, takich jak Warszawa, Wrocław, Poznań, czy chociażby Łódź, prezydentami są członkowie Platformy, Nowoczesnej bądź sympatycy tych ugrupowań. Nie zmienia to jednak faktu, że o każdy głos wyborców z miast wojewódzkich, miast prezydenckich trzeba walczyć. Nie zawsze jest bowiem tak, że wyborcy mają myśleć i głosować tak jak włodarz – sympatyk takiej czy innej partii.
Zakładając drugą turę, i że wejdą do niej Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski, co może być rozstrzygające w ostatecznej rozgrywce, czyje głosy mogą zadecydować o zwycięstwie jednego z tych kandydatów?
– Z pewnością będzie to ciekawa walka. Pierwsza tura ma wyłonić dwójkę, bo na dzisiaj nie widzę szans, żeby którykolwiek z kandydatów uzyskał ponad 50-procentowe poparcie rozstrzygające wynik wyborów w I turze. To może oznaczać jedno, mianowicie o ile w wyborach w 2015 roku Andrzej Duda wygrał batalię dwoma, trzema procentami, to tym razem o tym, kto będzie prezydentem Polski mogą zdecydować zaledwie setki głosów. Dlatego każdy głos będzie na wagę złota.
Czyje głosy mogą rozstrzygnąć?
– Głosy niezdecydowanych, a więc tych wyborców, którzy póki co nie są po żadnej stronie. Zatem największa trudność dla faworytów tej rozgrywki będzie polegała na tym, żeby zdobyć poparcie, czyli przekonać do siebie tych, którzy nie są sympatykami żadnej z wiodących formacji, a może do tej pory nie widzieli sensu, żeby się angażować i nie głosowali. Głosy niezdecydowanych, głosy Polaków nieuczestniczących do tej pory w wyborach, głosy tych, którzy pójdą na wybory pierwszy raz, mogą być decydujące. I to oni wybiorą prezydenta na nową kadencję. Zatem nie twardy elektorat, nie osoby będące blisko danej formacji, ale o tym, kto będzie prezydentem RP przez najbliższe pięć lat rozstrzygną głosy niezdecydowanych, okazjonalnie uczestniczących w wyborach, bądź głosy przeciwko któremuś z kandydatów.
Czy można wierzyć obecnym sondażom, które ze względu na pandemię nie odbywają się w tradycyjny sposób, ale drogą e-mailową, SMS-ową, czy są one wiarygodne?
– Życie, doświadczenie, jakie zdobyłem, nauczyło mnie ostrożności do sondaży. Przypomnę tylko, że w ostatnich wyborach prezydenckich nikt nie zakładał, że Paweł Kukiz osiągnie tak dobry wynik, i to było największe zaskoczenie. Mam wrażenie, że we wszystkich sondażach, które bardzo często są zamawiane na zasadzie, kto płaci, ten wymaga, mamy albo niedoszacowania, albo przeszacowanie, dlatego mogą być niespodzianki. Proszę zwrócić uwagę, że oficjalnie mamy 11 kandydatów do fotela prezydenta RP, a we wszystkich przekazach medialnych mówi się tylko o trzech, czterech w porywach o pięciu kandydatach. O pozostałych nie ma mowy, jakby nie istnieli. Natomiast może być jeszcze różnie. Przypomnę, że Władysław Kosiniak-Kamysz jeszcze kilka miesięcy temu czuł się jednym z liderów tego wyścigu, zakładał, że z grona pretendentów może być tym, który ma największe szanse wejść do II tury. Tymczasem dzisiaj jest daleko za podium, a jego wynik jest niższy od poparcia dla Koalicji Polskiej, którą reprezentuje. Ten przykład ilustruje, że może się okazać, iż ktoś spoza podium, z sondażowych dołów, np. Marek Jakubiak, który z poparciem jest niedoszacowany, niedoceniony ku zaskoczeniu wszystkich może się przebić. Dlatego do sondaży należy podejść z dużą ostrożnością, tym bardziej że np. sondaże internetowe, których jest cała masa, przypominają bardziej ankietę dla portali. Nie należy ich zatem poważnie brać pod uwagę, skoro według nich, jak nie Bosak, to Żółtek są liderami. Podobnie może być z innymi sondażami, gdzie liderem jest Andrzej Duda, a Rafał Trzaskowski odzyskał pozycję Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z początku kampanii.
Skąd bierze się nagły wzrost poparcia dla Rafała Trzaskowskiego, czy wciąż mamy efekt świeżości? Jak długo to może potrwać?
– Po pierwsze, Zjednoczona Prawica umożliwiając wymianę kandydata, wręczyła Koalicji Obywatelskiej kupon na szóstkę w totolotka. Dziś, kiedy Małgorzatę Kidawę-Błońską zastąpił Rafał Trzaskowski, już nikt nie mówi o „kopertach śmierci” czy „zabójczych kopertach”. Nie było też problemów ze zbieraniem podpisów, co jeszcze klika tygodni miało być zagrożeniem dla Polek i Polaków. W obozie Platformy zadziałała strukturalna mobilizacja, partia nabrała powietrza w płuca. Tymczasem, gdyby wybory odbyły się w pierwotnym terminie 10 maja, to nie wiem, czy obecnie Platforma jeszcze istniałaby. W mojej ocenie, dzisiaj mówilibyśmy o Platformie w czasie przeszłym. Tymczasem otrzymała kroplówkę polityczną, która pozwoliła jej trwać.
Jarosław Gowin rzucił Platformie koło ratunkowe?
– To, co zrobił Jarosław Gowin z punktu widzenia wicepremiera, członka rządu, koalicjanta, to była dywersja polityczna. Nie ukrywam, że byłem zwolennikiem, że wybory prezydenckie trzeba przesunąć na jesień, że inaczej trzeba to rozegrać, ale czyniłem to jako komentator, ale nie jako członek rządu. Natomiast jeśli ktoś jest członkiem rządu, liderem ugrupowania koalicyjnego, to takie działania dla autora oznaczają polityczne harakiri.
Przed nami kolejna wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu, wizyta, którą opozycja próbuje wykpić. Czy nie jest to jednak oznaka bezsilności opozycji wobec niezaprzeczalnych faktów?
– Rzadko która głowa państwa może się poszczycić 11 spotkaniami z prezydentem największego światowego mocarstwa. Opozycja ma tego świadomość, ale nie ma wyjścia, jak krytykować, bo nic innego im nie pozostało. Gdyby prezydent Duda w trakcie kadencji tylko raz spotkał się z Donaldem Trumpem, to byłby krzyk, że nie jest aktywny, że nie liczy się na świecie itd. Nie można zatem traktować poważnie opozycji, która w swym przekazie jest niepoważna. Opozycja jest owszem od tego, żeby narzekać, krytykować i cokolwiek działoby się, to zawsze i tak będzie szukała powodu do narzekania. Taka jest natura opozycji, nie pozostaje zatem nic innego, jak przyjąć ten fakt jako zjawisko społeczne i spokojnie obserwować wydarzenia na politycznej scenie.
Dlaczego Donald Trump zaprasza prezydenta Dudę do Waszyngtonu?
– Zasadniczy powód jest jeden – mianowicie Polska jest na dzisiaj najważniejszym i najbardziej wiarygodnym partnerem Stanów Zjednoczonych w Europie Środkowo-Wschodniej. I to jest pierwsza sprawa. Po drugie, z Amerykanami łączą nas sojusz militarny, a także interesy gospodarcze. Wystarczy tylko zauważyć, że Amerykanie prowadzą bardzo duże inwestycje na terenie Polski, przykładem jest to, że Microsoft zainwestuje w Polsce miliard dolarów, a celem tej inwestycji jest przyspieszenie innowacji i cyfrowej transformacji na rzecz rozwoju Polskiej Doliny Cyfrowej. Do tego trzeba dodać zakup przez Polskę supernowoczesnego sprzętu obronnego, co tylko potwierdza, że dzisiaj jesteśmy sojusznikami Stanów Zjednoczonych także w wymiarze technologicznym. Polska jest zatem ważnym partnerem USA. Ale trzeba też sobie odpowiedzieć, czy i na ile Polska będzie koalicjantem, który tylko płaci rachunki za technologie, serwisowanie sprzętu itd., czy będziemy sojusznikiem, partnerem w zakresie innowacji, w zakresie badań innowacyjnych, czy to w biznesie, czy w sferze obronnej. I tego oczekiwałbym w miarę zacieśniania wzajemnych polsko-amerykańskich relacji. Z całą pewnością mamy argument, żeby w ten sposób jasno stawiać sprawy.
Może amerykański prezydent obawia się, że w przypadku wygranej kandydata opozycji zmieni się dotychczasowy wektor polskiej polityki na niemiecki?
– Bez wątpienia, gdyby Andrzej Duda nie wygrał zbliżających się wyborów prezydenckich, to Stany Zjednoczone straciłyby ważnego sojusznika. Owszem, politycznie każdy, kto będzie prezydentem Polski, będzie mówił, że jest za poprawnymi, dobrymi relacjami z Waszyngtonem, ale w polityce obok dyplomacji, obok protokołu ważną rolę odgrywa tzw. chemia między przywódcami. I tutaj między prezydentami Dudą i Trumpem taka chemia jest, obaj prezydenci potrafili zbudować bardzo dobre relacje i widać, że obaj prezydenci się dogadują. Jest to bardzo ważne. To, że prezydenci państw się spotykają, wynika z przyjętych zasad obowiązujących w świecie polityki, ale w tych relacjach nie musi iskrzyć, nie widać tam pozytywnych emocji, nie musi być zaufania i poza oficjalnym protokołem nie ma szans na rozwój. Między Andrzejem Dudą i Donaldem Trumpem jest inaczej, więc jeśli Andrzej Duda nie zostałby ponownie wybrany prezydentem, to Amerykanie mogliby mieć problem. Nie można wykluczyć, że straciliby ważnego sojusznika w Europie, a na pewno relacje nie byłyby takie jak obecnie. Zresztą Rafałowi Trzaskowskiemu, czego nigdy nie ukrywał, bliżej jest do Berlina niż do Waszyngtonu. Pamiętajmy również, że w listopadzie tego roku odbędą się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, głosy Polonii też będą ważne dla Donalda Trumpa, ale do tego jest jeszcze trochę czasu.

