logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: twitter.com/ Inne

Zdecyduje mądrość polskiego społeczeństwa

Czwartek, 2 lipca 2020 (08:22)

Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak podsumuje Pan wyniki I tury wyborów prezydenckich? Co one mówią nam w kontekście ostatecznej rozgrywki?

– Coraz bliżej 12 lipca, kiedy czeka nas dogrywka wyborów prezydenckich. Wiemy, że żaden z kandydatów nie osiągnął wymaganego poziomu 50 procent, więc walka o głosy wciąż trwa. Odnosząc się do wyników niedzielnego głosowania, trzeba powiedzieć przede wszystkim, że wygrał prezydent Andrzej Duda – faworyt i pretendent w walce o reelekcję. Urzędujący prezydent osiągnął bardzo dobry wynik 43,5 procent głosów poparcia i brakuje jeszcze 6,5 procent, aby osiągnąć granicę 50 procent. Co bardzo ważne, ten wynik Andrzej Duda osiągnął przy bardzo wysokiej frekwencji, bo 64,51 procent uprawnionych Polaków poszło do urn, co jest rekordem porównywalnym z wyborami z 1995 roku. Drugi w stawce jest Rafał Trzaskowski, który wynikiem 30,46 procent zrealizował jeden z dwóch celów – mianowicie zdeklasował pozostałych konkurentów, zjednoczył różne obozy opozycyjne wokół Platformy – partii, której jest wiceprzewodniczącym.

Ale z prezydentem Dudą dzieli go dystans ponad 13 procent…

– Ten dystans myślę, że nie przekreśla jego szans na zwycięstwo, ale są one bardzo niskie. Trzecie miejsce zajął kandydat TVN-owo-obywatelski, czyli Szymon Hołownia, z wynikiem, co trzeba podkreślić, dużo słabszym niż przed pięciu laty osiągnął Paweł Kukiz, zarówno w liczbach bezwzględnych, jak i procentach. Jak można było przypuszczać Hołownia w II turze poprze Rafała Trzaskowskiego i zważywszy na zaplecze, w którym znaleźli się chociażby gen. Mirosław Różański, były minister w rządzie Donalda Tuska, Jacek Cichocki, cel był prosty – zebrać taki elektorat, który w I turze nie jest zainteresowany głosowaniem na kandydata opozycji totalnej i przekierować go w II turze właśnie na tego kandydata – Rafała Trzaskowskiego.

Tylko czy da się przekazać głosy, w sytuacji gdy świadomość ludzi jest coraz większa?

– Oczywiście, zaordynowanie swoim wyborcom – idźcie i głosujcie teraz na tego, kogo ja wam wskażę – to nie jest tak prosty mechanizm. Tym bardziej że z jakiegoś powodu ci wyborcy nie głosowali na Rafała Trzaskowskiego w I turze.

Pozostali kandydaci już znacząco odbiegali od podium…

– To prawda, ale wynik Krzysztofa Bosaka zarówno w procentach 6,78, jak i w liczbach bezwzględnych 1 milion 317 tysięcy 380 głosów powtórzył wynik Konfederacji z wyborów parlamentarnych, a nawet nieco go poprawił. I jest to niewątpliwie sukces, tym bardziej że klęskę poniosło dwóch kolejnych kandydatów: Robert Biedroń i Władysław Kosiniak-Kamysz. Wynik liderów w porównaniu z poparciem ich formacji z wyborów parlamentarnych jest wielokrotnie mniejszy. Są to wyniki bardzo słabe, rozczarowujące zwłaszcza w przypadku Władysława Kosiniaka-Kamysza, który apetyt miał wielki – mówiło się o jego wejściu do drugiej tury czy nawet o zwycięstwie. Zderzenie z rzeczywistością pokazało jednak, że Król jest nagi. Pozostali kandydaci zdobili mniej niż jeden procent głosów, ale nie jest to nic zaskakującego.

Przed nami II tura wyborów prezydenckich, o co tak naprawdę toczy się bój?

– Bój toczy się o wizję Polski, o przynależność cywilizacyjną i kurs polityki państwowej. Chodzi o to, czy ma być kontynuowany kurs polityki państwowej zapoczątkowany przez Andrzeja Dudę w wyborach w 2015 roku i kontynuowany oraz wzmocniony przez rząd Zjednoczonej Prawicy czy to Beaty Szydło, czy Mateusza Morawieckiego, czy może mamy wrócić do recydywy Platformy. Rafał Trzaskowski jest przedstawicielem tej partii, jest wiceprzewodniczącym Platformy, był też ministrem administracji i cyfryzacji, a potem wiceministrem spraw zagranicznych w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz, odpowiedzialnym m.in. za relokację islamskich imigrantów ekonomicznych. Z kolei jako prezydent Miasta Stołecznego Warszawy – dla przypomnienia urząd ten pełni od półtora roku – w zasadzie ze swoich postulatów wyborczych zrealizował jedynie te ideologiczne, dotyczące karty LGBT. Uczestniczył też w marszach równości, gdzie ośmieszano czy wręcz profanowano Mszę św. i symbole religijne. A zatem czekające nas wybory to nic innego jak starcie cywilizacji. I choć Rafał Trzaskowski dzisiaj łasi się do elektoratu i Krzysztofa Bosaka, i Szymona Hołowni, chce pozyskać te głosy, dlatego łagodzi swój wizerunek, ale jest to tylko i wyłącznie gra pozorów.

Polacy dadzą się nabrać?      

– Uważam, że mądrość polskiego społeczeństwa, co można było zauważyć już w I turze, da o sobie znać także 12 lipca, i prezydent Andrzej Duda wygra te wybory pomimo zmasowanego ataku na jego osobę.

Kto zatem zdecyduje o zwycięstwie któregoś z kandydatów?

– Przede wszystkim ważna będzie frekwencja, ilu wyborców pójdzie do urn. Poprzeczka jest bardzo wysoko zawieszona, to jest próg 64,51 procent, rzec można próg rekordowy. Do tej pory frekwencja w II turze wyborów prezydenckich zawsze była większa, jest zatem pytanie, czy teraz będzie podobnie. Osobiście mam wątpliwości, czy 12 lipca uda się powtórzyć wynik frekwencyjny z I tury.

Co może być przeszkodą?

– Powody są dwa – mamy okres wakacyjny, okres urlopowy i wyjazdy na wypoczynek, tak więc nie wszyscy, którzy głosowali 28 czerwca, w II turze ponownie zagłosują. Z drugiej strony zagłosują tacy, którzy w niedzielę nie wzięli udziału w wyborach. A zatem ostateczny wynik będzie zależał od niezdecydowanych oraz od mobilizacji poszczególnych elektoratów. To znaczy, czy i jak mocno zmotywowany będzie elektorat Andrzeja Dudy, aby jeszcze raz pójść i oddać głos na urzędującego prezydenta, oraz jak zmobilizowany będzie elektorat Rafała Trzaskowskiego. Te elektoraty – moim zdaniem – zdecydują, więc jeśli one się popiszą, to wynik będzie przesądzony. Natomiast wyborcy niezdecydowani i wyborcy, którzy w I turze głosowali na innych kandydatów, będą tylko dopełnieniem tego wyniku.

Jak mogą zachować się wyborcy Krzysztofa Bosaka?

– Jestem przekonany, że duża część wyborców Krzysztofa Bosaka zagłosuje przeciwko Rafałowi Trzaskowskiemu, i może bez entuzjazmu, ale oddadzą głos na prezydenta Dudę. A zatem zagłosują na Dudę przeciwko Trzaskowskiemu chociażby z tego powodu, że Platforma robiła wszystko, aby ośmieszyć, upokorzyć, przeszkodzić w organizacji Marszu Niepodległości. Teraz próbuje czynić różne umizgi do tego środowiska, zmieniając zdanie w sprawie Marszu Niepodległości. Przypomnę tylko, że z ust polityków Platformy, w tym też Rafała Trzaskowskiego, padały różnej maści inwektywy pod adresem tego środowiska narodowego, więc tutaj miłości nie będzie. Nawet jeśli koledzy narodowcy mają jakieś zarzuty do prezydenta Dudy, to są one nieporównywalne z tym, co dzieli ich z Trzaskowskim.

A jeśli chodzi o wyborców Szymona Hołowni, który już opowiedział się po stronie Trzaskowskiego?    

– Myślę, że podobnie, bo trudno mi jest uwierzyć, że osoby, które popierały Szymona Hołownię, a są związane – w mniejszym bądź większym stopniu – ze środowiskiem katolickim, mogą zagłosować na Rafała Trzaskowskiego. Uważam zatem, że część tego elektoratu pójdzie zagłosować na Andrzeja Dudę, tym bardziej że duża część wyborców Hołowni, to są wyborcy, którzy pięć lat temu w I turze poparli Pawła Kukiza, a w II turze oddali głosy na Andrzeja Dudę.  

Jak odebrał Pan naśmiewanie się z wyborców z niższym wykształceniem czy mieszkańców wsi i mniejszych miast, którzy w I turze głosowali na prezydenta Dudę?

– To jest obraz, stan polskich pseudoelit społecznych, politycznych po 1989 roku. To są ludzie, którzy z pogardą podchodzą do osób słabiej wykształconych, zamieszkałych w mniejszych ośrodkach – zwłaszcza na terenach wiejskich czy w małych miasteczkach. Postawa zdradza podejście tych elit do znaczącej części Narodu Polskiego, ale z drugiej strony – w sposób niezamierzony – pomaga prezydentowi Andrzejowi Dudzie, którzy w swoim programie, w swoich działaniach, także podczas spotkań ujmuje się właśnie za tą częścią naszego społeczeństwa. To społeczeństwo od wieków mieszka w tych samych miejscowościach czy na wsi, ciężko pracuje, ale ma także swoje ambicje, kultywuje polskie zwyczaje i tradycje. Co więcej, są to ludzie konserwatywni negatywnie usposobieni do wszelkich prób przemycania na polski grunt różnych nowinek europejskich, całej rewolucji kulturowej, obyczajowej. I stąd całe to wycie i jazgot salonów III RP, które prowadzą walkę o rząd dusz, a z największym oporem spotykają się właśnie ze strony mieszkańców polskiej prowincji. Akurat to słowo traktuję bardzo pozytywnie, bo sam jestem prowincjuszem i uważam, że to, co najcenniejsze w polskim społeczeństwie, to właśnie polska prowincja, która jest potężna.

Można powiedzieć, że prowincja z zasadami, z kręgosłupem moralnym gwarantuje suwerenność i niepodległość Polsce?

– Dokładnie. Natomiast to, co ma miejsce w dużych miastach, często godzi w nasz interes narodowy. Siły tzw. postępowe, najbardziej proeuropejskie i zaangażowane w ruch rewolucyjny czy to społeczny, czy obyczajowy, są zlokalizowane głównie w dużych miastach, na prowincji tego się nie uświadczy, bo ludzie wiedzą, czym to grozi, czym grozi zmiana relacji społecznych i uderzenie w rodzinę. Salon atakuje, ale tym samym pokazuje dobry kurs prezydenta Andrzeja Dudy. Z perspektywy Rafała Trzaskowskiego wcale mu to nie pomaga, a wręcz przeciwnie odstrasza, demotywuje mieszkańców małych ośrodków, aby głosować na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Dla Salonu III RP i Trzaskowskiego, ci ludzie są obywatelami drugiej czy trzeciej kategorii.

Wybór Andrzeja Dudy jest też nie na rękę unijnym decydentom, szczególnie zaś Niemcom. Świadczą o tym chociażby przekazy medialne po I turze m.in. w Niemczech, we Francji, ale także tytuły anglojęzyczne…

– Elitom zachodnim, niemieckim nie jest na rękę to, że prezydent Duda reprezentuje obóz konserwatywny, niepodległościowy – obóz, który chce suwerennego państwa polskiego. Andrzej Duda reprezentuje też tę część polskiego społeczeństwa, która ma wielkie ambicje, aby Polska była państwem niezależnym ekonomicznie, aby sukcesywnie podnosić poziom życia i bogactwa Polaków. Co więcej, nie jest zwolennikiem polityki kolonialnej i podległości w relacjach międzypaństwowych. Natomiast uważa, że Polska powinna być traktowana równorzędnie tak jak inne państwa świata. Siłą rzeczy przedstawiciel państwa silnego, niepodległego, suwerennego w polityce wewnętrznej i zagranicznej, nie może się spotkać z sympatią innych państw, które uważają Polskę za quasi-kolonię, obszarem eksploatacji czy wyzysku, gdzie można robić korzystne interesy, korzystać z taniej siły roboczej i lokować tu swoje zakłady produkcyjne i zalewać polski rynek swoimi produktami.

Nic zatem, że takie inwestycje, jak przekop Mierzei Wiślanej czy budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, spotyka się z protestami…

– To, co uniezależnia Polskę, nie jest na rękę tym, którzy chcieliby nadal wykorzystywać Polskę i Polaków. Dlatego z sympatią elity Zachodu patrzą na Rafała Trzaskowskiego i z niechęcią na prezydenta Dudę, który wysoko dumnie trzyma sztandar, a nie chowa go i pokazuje w sytuacjach ostatecznych, tak jak czyni to Trzaskowski. Jest też kwestia nastawienia państw i rządów Europy Zachodniej do Polski, która uważa, że naszym strategicznym partnerem i gwarantem naszego bezpieczeństwa militarnego, ale też energetycznego, ekonomicznego są Stany Zjednoczone. My chcemy – w ramach Unii Europejskiej – współpracować, jesteśmy tez członkiem Wspólnoty europejskiej, natomiast Unia nie jest gwarantem naszego bezpieczeństwa militarnego. Jest organizacją międzynarodową o charakterze ekonomicznym, co jest także ważnym elementem naszej strategii bezpieczeństwa, ale nie jeśli chodzi o bezpieczeństwo militarne. I tutaj NATO oraz Stany Zjednoczone są naszym fundamentalnym gwarantem, a jeśli chodzi o politykę energetyczną, to Unia Europejska tutaj zawiodła, a dowodem jest wspólna inwestycja Berlina i Moskwy – projekt Nord Stream, gdzie Unia nie ruszyła palcem, żeby ten szkodliwy projekt powstrzymać. Nic zatem dziwnego, że Stany Zjednoczone robią wszystko, żeby w kontrze do brukselskiej administracji, która jest pod wpływem Berlina, a w interesie m.in. Polski, zastopować budowę drugiej nitki gazociągu Nord Stream i występują przeciwko planom energetyczno-politycznym Federacji Rosyjskiej i Niemiec. Nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi sprawiają, że duża jest niechęć państw europejskich do polskiego rządu. Po brexicie Polska jest w tej chwili pierwszym w Europie partnerem Stanów Zjednoczonych w zakresie szeroko rozumianej polityki.

                  Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl