logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

UE pod niemiecką prezydencją – szanse czy zagrożenia?

Sobota, 4 lipca 2020 (13:07)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przezwyciężenie skutków epidemii koronawirusa oraz uregulowanie relacji z Wielką Brytanią po Brexicie, to główne priorytety niemieckiej prezydencji w Unii Europejskiej. Czy Niemcy są zdolne do działania na rzecz wspólnoty, skoro tej solidarności europejskiej zabrakło w pierwszej fazie pandemii?

– Prezydencja niemiecka przypada na ważny moment, w którym Unia Europejska próbuje złagodzić negatywne skutki koronakryzysu. Myślę, że Niemcy są w stanie i mogą – żeby nie powiedzieć – muszą działać na rzecz Wspólnoty Europejskiej, bo w przeciwnym razie doprowadzą do jej rozpadu. Jest pytanie, czy zechcą to zrobić, co się dopiero okaże i na jakich ewentualnie warunkach będą to robić. Do tej pory Niemcy starały się pomagać raczej poprzez udzielanie gwarancji kredytowych, a w istocie uzależniać poszczególne kraje od siebie poprzez kolejne długi. Czy są w stanie zmienić swoją politykę, to się dopiero okaże.

Na pewno będą chcieli i pewnie to zrobią będą dążyć do realizacji planów ideologicznych czego symptomem są zapowiedzi walki o praworządność czyli w istocie dążyć do podporządkowania sobie czy też spacyfikowania państw niepokornych. W praktyce chodzi o uzależnienie wypłaty środków unijnych od tzw. praworządności, czyli od woli Niemiec, od ich polityki. Jeśli ten scenariusz miałby się ziścić, jeśli tak miałoby to wyglądać, to może to powodować ogromne konflikty, perturbacje na arenie unijnej. Zobaczymy.

Czy uzasadnioną nie jest obawa, że Niemcy wykorzystają prezydencję do narzucania swojej woli, w tym uznania przez innych projektu Nord Stream i sprzeciwu wobec amerykańskiej blokady dla niemiecko-rosyjskiego projektu?  

– Niemcy wchodzą w obszar sporu ze Stanami Zjednoczonymi i ten spór się coraz bardziej nasila. Nawet pojawiły się pomysły żeby zarządzić ogólnounijne sankcje wobec Waszyngtonu jako retorsja za amerykańskie sankcje wobec firm uczestniczących w realizacji projektu Nord Stream 2. Rzecz jest skrajnie kuriozalna i trzeba powiedzieć bardzo niekorzystna dla Polski, która trwa w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Zatem wątków i znaków zapytania jak Niemcy chcą dalej prowadzić Europę – nie tylko w kontekście pandemii, ale tych wszystkich spraw, które z realną polityką się łączą – jest dużo.

Realne zatem jest, że Niemcy mogą próbować nastawiać państwa unijne przeciwko Amerykanom. Sytuacja geopolityczna jest bardzo dynamiczna, zmienna, więc nie sądzę żeby po stronie Niemców był jakikolwiek hamulec, żeby nie realizować i dopiąć swoich planów, nawet za cenę pogorszenia relacji z Waszyngtonem, które i tak nie są tak dobre, jak to było chociażby za prezydentury Baracka Obamy. Jest pytanie jaką drogę wybierze Berlin, który jest pod presją Waszyngtonu, który ogranicza liczebność swoich wojsk stacjonujących w Niemczech, który nakłada sankcje na firmy budujące Nord Stream 2, który zmusza Niemców do uległości, co nie jest na rękę władzom w Berlinie.

Niemcy mogą zatem pójść drogą konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi?         

– Nie można tego wykluczyć. Jeśli zdecydują się na konfrontację z Waszyngtonem, to z pewnością będą chcieli do tego wykorzystać Unię Europejską, i to jest sprawa oczywista.

Co to może oznaczać dla Polski biorąc pod uwagę strategiczne partnerstwo Warszawy i Waszyngtonu?

– Jeśli Niemcy zdecydują się na konfrontację z Waszyngtonem, to musiałyby doprowadzić do pewnego, strategicznego wyboru wewnątrz państw wspólnoty europejskiej. Byłoby to szczególnie trudne dla krajów środkowoeuropejskich, w tym dla Polski.

Sytuacja nie jest jednoznaczna i w tym kontekście Niemcy mogą mieć problem, bo prezydencja Niemiec w Unii Europejskiej zbiega się z rozpoczętą dzisiaj polską prezydencją w grupie Wyszehradzkiej. Czy będziemy mogli zatem występować nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu Grupy V-4…?

– „Powrót na właściwe tory”, to hasło jakie przyświeca polskiej prezydencji, co, jak podkreślił dzisiaj w Warszawie prezydent Andrzej Duda, który podczas spotkania szefów państw Grupy Wyszehradzkiej powiedział, że hasło to pozwoli naszym państwom na powrót na ścieżkę rozwoju wstrzymana przez pandemię koronawirusa. Grupa Wyszehradzka, to ważna inicjatywa, ale póki, co nie dysponuje takimi środkami jak Niemcy, a Stany Zjednoczone nie zaangażowały w tej chwili jakichś znaczących pieniędzy, które mogłyby Grupę V-4 umocnić i uwolnić od ewentualnych ciężarów i sankcji niemieckich.

Sytuacja zatem nie jest zero jedynkowa. Z polskiego punktu widzenia, na tym etapie, postawienie się Niemcom byłoby niezwykle trudne, ale trzeba też pamiętać, że Niemcy nie są dzisiaj aż tak mocni, żeby pozwolić sobie na sankcje wobec Stanów Zjednoczonych. Faktem jest bowiem, że gdyby Amerykanie rzeczywiście zastosowali całkowite sankcje wobec gospodarki niemieckiej, to wątpliwe żeby Berlin to wytrzymał. Warto zauważyć, że Niemcy są nastawione na eksport i wysyłają ogromne ilości towarów za Ocean, do Stanów Zjednoczonych, więc wojna handlowa nie jest dla nich korzystna.

Na kanwie prezydencji Niemiec chciałbym Pana Profesora zapytać o debatę na temat reformy Unii Europejskiej. Jakie zmiany są konieczne i czy Niemcy nie będą, czy już nie są hamulcowym przemian, które są niezbędne w coraz bardziej pogrążonej w kryzysie Unii?

– Niemcy na obowiązującym w tej chwili modelu Unii Europejskiej skorzystali bardzo dużo, chyba najwięcej spośród wszystkich państw członkowskich. Dlatego w ich dobrze pojętym interesie jest żeby nic się w tym względzie nie zmieniało, żeby było tak jak było. To znaczy chcieliby żeby ich gospodarka była wciąż kluczowa, żeby to Berlin był w roli rozgrywającego, a wszystkie inne gospodarki były podporządkowane właśnie Niemcom i ich polityce.

Zmiana tego paradygmatu, czyli pozwolenie na konkurencyjność takim gospodarkom jak chociażby gospodarka polska, narazie nie jest brane pod uwagę. Niemcy widzą bowiem siebie w roli lidera, a wszyscy inni mogą być co najwyżej podwykonawcami ich gospodarki, co więcej, mają pretensję, jeśli inni nie chcą zbierać szparagów na ich polach. To jest mentalność, którą można porównać z naszą wewnętrzną mentalnością „warszawki” czy „krakówka” – środowisk, które się oburzają, że zwykłym ludziom na skutek polityki polskiego rządu żyje się dzisiaj lepiej, że zwykli ludzie coraz częściej jeżdżą na wypoczynek nad morze i tworzą tam kolejki zamiast pilnować ich domów, albo sprzątać tej elicie mieszkania. To jest dokładnie ta sama mentalność.

Czy Niemcy są zdolne do jakiejkolwiek refleksji?

– Wydaje mi się, że w tym aspekcie Niemcy nie są w stanie się zreformować, a więc zmierzają raczej w kierunku superpaństwa europejskiego, a nie Europy ojczyzn, dlatego można się spodziewać, że będą próbowali wykorzystać swoją prezydencję w Unii Europejskiej do zdyscyplinowania niepokornych państw takich jak Polska. W te działania zostanie wprzęgnięta Bruksela, stąd należy się spodziewać prób i de facto doprowadzenia do uzależnienia wypłaty środków unijnych od tzw. praworządności, a w istocie od widzimisię Niemiec. To ma jeden cel, mianowicie dokończyć rewolucję obyczajową, genderystyczną tam, gdzie ona jeszcze nie jest obecna, pod płaszczykiem walki o prawa człowieka.

Niestety tak to wygląda na dzisiaj. Natomiast u Niemców jest jeszcze coś takiego, że oni liczą się z siłą i jeśli udałoby się nam rzeczywiście – mimo ich zabiegów – ich siłę zrównoważyć i utrzymać presję wobec Berlina, to może się cofną w tych swoich zapędach. Tak czy inaczej wszystko odbywa się w pewnej dynamice i nie jest to tylko kwestia Grupy Wyszehradzkiej, bo też nie wiemy, co dalej będzie się działo we Włoszech, co politycznie stanie się w Hiszpanii, i to wszystko są pytania otwarte, na które Berlin będzie musiał reagować. A zatem wiele scenariuszy jest możliwych. Jeśli Niemcy nadal będą ciągnęły politykę według starego wzorca, to mogą doprowadzić do kolejnych exitów i kolejnego rozpadania się Unii Europejskiej.

Problemem, z którym Niemcy w czasie prezydencji w Unii będą się musiały zmierzyć jest problem migracyjny. Na Lampedusę przybywają kolejne grupy imigrantów. Czy nie ma obawy, że za prezydencji niemieckiej Unia będzie spolegliwa wobec problemu migracyjnego?

– Trudno powiedzieć. Wydaje się, że raczej nie. Europa trzeszczy, napięcia społeczne są ogromne. Przetacza się fala rewolucji lewackich po pandemii koronawirusa, która wstrząsnęła Ameryką, wstrząsnęła Europą Zachodnią. Stąd takie działania zmierzające do pobłażliwego traktowania problemu migracyjnego absolutnie napotkałyby na ogromny opór społeczny. I Niemcy mają tego świadomość.

              Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl