logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Mobilizacja na ostatniej prostej

Piątek, 10 lipca 2020 (12:54)

Aktualizacja: Piątek, 10 lipca 2020 (14:58)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Dobiega końca kampania prezydencka, kończąca długi wyborczy marsz. Polacy są już chyba zmęczeni tym maratonem?

– Polacy są zmęczeni i chyba jeszcze bardziej podzieleni niż wcześniej.

To znaczy…?

– Właściwie wszystkie sondaże dają remis ze wskazaniem, ale badania pokazują także, że wciąż jest duża grupa osób niezdecydowanych, które jeszcze nie podjęły decyzji. I tak naprawdę, to oni wybiorą prezydenta RP. Stąd tak ważna na koniec kampanii jest mobilizacja elektoratu.

Co może przeważyć jeśli chodzi o niezdecydowanych, że dokonają takiego, a nie innego wyboru?

– Emocje. Proszę pamiętać, że niezdecydowani wyborcy podejmują decyzje przy urnie, w ostatniej chwili. Co więcej te decyzje bardzo często są nie do przewidzenia, często są nieracjonalne. Wśród tej części społeczeństwa obowiązuje zasada pierwszej decyzji, pierwszego wyboru na podstawie skojarzeń, czasem też odruchu. Może się zatem okazać, że prezydent na kolejną kadencję zostanie wybrany przewagą kilku tysięcy głosów czy kilkudziesięciu tysięcy głosów. Wcale nie zdziwiłbym się gdyby tak się stało.

Czego Panu zabrakło w kampanii prezydenckiej, a czego było za dużo?

– Po pierwszej turze było bardzo dużo emocji, czarnego PR, bardzo dużo fake newsów i to po obu stronach, natomiast bardzo mało merytoryki. Tak naprawdę zabrakło bezpośredniej debaty obu kandydatów, prawdziwej debaty, starcia na programy. Skończyło się debatą mediów przychylnych jednej bądź drugiej stronie. Zabrakło merytorycznej dyskusji na programy i tutaj Rafał Trzaskowski pobił wszystkie rekordy, bo nie przedstawił żadnego spójnego programu. Nic zatem dziwnego, że jego „program” nazywa się anty-PiS i anty-Duda. Przyglądałem się kampanii kandydata Koalicji Obywatelskiej i nie zauważyłem tam żadnych autorskich pomysłów słyszałem natomiast wystąpienia szkalujące prezydenta Dudę i obóz Zjednoczonej Prawicy. To, że prezydent nie spełnił obietnicy wobec Frankowiczów, to wiem i nie trzeba mi było przypomnień Rafała Trzaskowskiego, bo sam – jako poseł na Sejm RP – wielokrotnie o tym mówiłem i prosiłem żeby prezydent tego postulatu pilnował. Natomiast od Rafała Trzaskowskiego, poza krytyką nie dowiedziałem się jak – w przypadku, gdyby został prezydentem RP ma zamiar ten postulat zrealizować. Sama krytyka nie wystarczy. Również zapowiedź utworzenia centrum inicjatyw w każdej miejscowości jest dla mnie niezrozumiała. Samorządowcy w każdej gminie mają zdefiniowane najpilniejsze potrzeby i nie trzeba im kolejnego pustego obiektu, lokalu, gdzie można wypić kawę czy herbatę i pogadać. Im są potrzebne pieniądze na inwestycje. W osobie Rafała Trzaskowskiego widzimy zatem kandydata bez charyzmy, bez wizji, mętnego w swoim przekazie, bez formatu prezydenckiego za to uśmiechniętego, ale to za mało.

A jeśli chodzi o prezydenta Dudę?   

– W przypadku prezydenta Dudy obok wizji zabrakło mi szczegółów dotyczących wychodzenia z kryzysu. Prezydent owszem dużo mówił o kołach ratunkowych rzuconych w kierunku przedsiębiorców, ale zabrakło mi gospodarczych pomysłów na Polskę, która, jak słyszymy, ma ogromne szanse na to, że z pandemii koronawirusa wyjdzie silniejsza. Komisja Europejska w swoim raporcie stwierdziła, że Polska spośród wszystkich państw Unii Europejskiej najlepiej radzi sobie z sytuacją kryzysową i to nasze finanse są najlepsze. To ważny argument dla obozu rządzącego, który w sposób nieudolny próbował podważać Trzaskowski. Muszę przyznać, że dziwię się, że prezydent Andrzej Duda i PiS mocniej tego nie akcentowali, pokazując ten wątek jako obiektywną ocenę sytuacji wyrażoną przez instytucje unijne. Retoryka Trzaskowskiego polegała na stawianiu otwartych pytań, niedomówień typu „nie wiemy, co wymyślą” jak chociażby temat likwidacji powiatów, który przecież nie istnieje w żadnych planach, który nie ma racji bytu, ale taki temat rzucony w przestrzeń ma zasiać niepokój i rozbudzić wyobraźnię ludzi. Na marginesie dodam, że jako poseł i przewodniczący Sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej w poprzedniej kadencji Sejmu, o likwidacji powiatów najwięcej słyszałem nie od polityków, tylko w kręgach samorządowych. Tak czy inaczej Trzaskowski jawi się jako kandydat uśmiechnięty, wyluzowany, miły, ale dla jakiej Polski miałby to być prezydent…? Nie usłyszałem też nic o wizji Polski tego kandydata. Jeśli zaś chodzi o prezydenta Dudę, to myślę, że więcej powinno być ukłonów w kierunku niezdecydowanych wyborców, więcej konkretnych pomysłów, a nie tylko haseł. Ale tego mi zabrakło u obu kandydatów.

Dla przeciwników PiS-u i prezydenta Dudy nie potrzebny jest program wystarczy, że kontrkandydat jest antypisowski?

– Jest część ludzi, dla których Trzaskowski nie jest dobrym kandydatem, ale liczy się nie to jaki jest, ale to żeby prezydent Duda przegrał, żeby odsunąć PiS od władzy. Mamy zatem wybór negatywny. „Mam dość” – to ma być odpowiedź na wszystko, a więc totalny sprzeciw tylko, że to za mało żeby zostać prezydentem RP. Powiedzieć „mam dość” to za mało, powiedzieć „chcę zmiany”, to też za mało. Polsce potrzebne są dwa płuca władzy – parlament i prezydent. W ubiegłym roku naród wybrał parlament podzielony dziś między Zjednoczoną Prawicę, która ma większość w Sejmie i opozycję, która ma przewagę w Senacie. Mam wrażenie, że obie strony mają pretensję, że nie one rządzą samodzielnie – w jednej i drugiej izbie. Tyle, że nie wolno się obrażać na obywateli i to jest grzech obu stron. Zjednoczona Prawica ma pretensje do wyborców w dużych miastach, gdzie większość to zwolennicy Platformy, opozycji, ale na nich nie można się obrażać. Trzeba pokazać alternatywę i przekonać, że w przypadku wygranej Andrzeja Dudy władza nie zapomni o tych samorządach, co więcej, że nie ograniczy im dostępu do różnych funduszy, czym z kolei straszy Rafał Trzaskowski.   

Takiego zagrożenia przecież nie ma, a wsparcie dla samorządów gwarantuje i swoimi działaniami potwierdza rząd Mateusza Morawieckiego…

– Zgadza się, tylko te akcenty powinny być mocniej stawiane. Ponadto prezydent Duda ostatnie godziny kampanii powinien spędzić w dużych miastach, w których przegrał, aby pokazać im, że jest i chce być nadal prezydentem wszystkich Polaków, także tych, którzy nie głosowali na PiS. Co więcej sądzę, że w przypadku wygranej, w drugiej kadencji możemy zobaczyć nieco innego prezydenta Dudę.  

Co Pan przez to rozumie?

Proszę pamiętać, że w drugiej kadencji urzędowania każdy prezydent walczy o przejście do historii. Sądzę więc, że prezydent Duda może mieć inne oblicze, prezentować inną jakość i nie wszystko, co na stole położy mu obóz rządzący podpisze. Chodzi tu o większą niezależność, większą determinację do działań, które zapiszą go na kartach historii jako mądrego, dobrego, uczciwego prezydenta RP.

Jakiego zatem wyboru dokonamy w niedzielę, czy będzie to tylko wybór polityczny?

– Mam wrażenie, że w dużej mierze może to być wybór nie za danym kandydatem, ale przeciwko. Oczywiście niewiele ma to wspólnego z racjonalizmem. Nie będzie to zatem głosowanie z sympatii, tylko z rozsądku. Możemy mieć głosujących nie za Rafałem Trzaskowskim, ale przeciwko Andrzejowi Dudzie. Z całą pewnością większość będzie jednak głosowała zgodnie ze swoimi przekonaniami, a nie przeciwko komuś. Zapewne będą też tacy, którzy oddadzą głos na prezydenta Dudę, bo nie wyobrażają sobie głosowania na Trzaskowskiego. Zatem zarówno za jednym jak i za drugim kandydatem będą stały grupy wyborców, ale też grupy głosujące na zasadzie mniejszego zła. Pytanie, dla kogo ten bilans będzie bardziej korzystny. I tak jak wspomniałem już wcześniej, że o tym, kto będzie prezydentem RP na kolejną kadencję mogą zadecydować niewielkie ilości głosów.   

Niebawem rozpocznie się cisza wyborcza, która wymusza zakaz agitacji wyborczej, od której powoli się odchodzi także w Europie. Czy cisza wyborcza to konieczność, czy w dobie internetu i mediów społecznościowych nie jest to archaiczny, martwy przepis?

– Zlitujmy się nad wyborcami, którzy dobre siedem miesięcy są w ogniu kampanii wyborczej. I chyba wszyscy są już zmęczeni. Tak naprawdę wszyscy jedziemy już na oparach – łącznie z kandydatami. Do tego mamy wakacje, sezon urlopów wprawdzie nieco zmącone przez pandemię, ale odpoczynek wszystkim się należy, także od polityki. W tej sytuacji wyobraźmy sobie, że nie ma ciszy wyborczej i dzień w dzień także w sobotę i niedzielę wyborczą jesteśmy katowani ulotkami, plakatami, reklamami i agitacją wyborczą. Myślę, że to byłoby za dużo. Po wielu miesiącach kampanii prezydenckiej, a wcześniej kampanii samorządowej, do Europarlamentu, oraz do Sejmu i Senatu Polacy chcieliby jednak spędzić te dwa dni w spokoju. Jestem przeciwnikiem łamania ciszy wyborczej, jestem też przeciwnikiem jej ograniczania. Uważam, że po to jest czas kampanii, żeby kandydaci zaprezentowali swój program, a cisza wyborcza ma na celu uszanowanie prywatności, jest to czas, który wyborcy mogą poświęcić na przemyślenie, przedyskutowanie w rodzinach swoich decyzji bez dodatkowego dopalacza jakim jest kampania w telewizji czy innych mediach także mediach społecznościowych. Polacy są na tyle inteligentni i mądrzy, że na ostatniej prostej nie trzeba ich bombardować politycznymi przekazami. Dlatego warto uszanować nasze prawo do ciszy, aby w spokoju móc się zastanowić, rozwiać wątpliwości i w niedzielę pójść do lokali wyborczych i zagłosować. Również sami kandydaci zasłużyli na to żeby odpocząć, wyspać się i czekać cierpliwie na pierwsze wyniki niedzielnych wyborów.

                  Dziękuję za rozmowę.

      

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl