logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Trzymać się kursu narodowego i nie ulegać presji Brukseli

Sobota, 18 lipca 2020 (08:26)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Rozpoczęła się nowa odsłona walki o jak najlepszy budżet Unii Europejskiej. Jakie są szanse na szybkie porozumienie liderów 27 krajów?

– To jest nie tylko problem Polski. Warto pamiętać, że cały czas toczy się spór „północ – południe”, a więc oszczędnych – skąpców z określanymi jako bardziej rozrzutni. Spór krajów południa Europy, którzy mają spotęgowane problemy wynikające już nie tylko z dawnych zaszłości kryzysowych, ale również z zapaści branży turystycznej, co jest konsekwencją pandemii koronawirusa. Polska nie jest tak turystycznie rozwiniętym krajem jak Grecja, Włochy, Hiszpania czy nawet Francja, dlatego my braki turystów zagranicznych możemy uzupełnić własnymi, którzy zamiast wyjeżdżać na urlopy za granicę, spędzą czas w miejscach turystycznych w Polsce. Inaczej jest w przypadku krajów południa Europy, gdzie dziury są potężne, co powoduje wzrost napięć. Druga sprawa dotyczy tego, że Niemcy chcą uzależnić przyznawanie czy wysokość środków unijnych od tzw. praworządności.

Wydawałoby się, że to temat ograny, że już się wyczerpał, ale widać, że niekoniecznie?

– No nie, to temat ideologiczny, dlatego wciąż nośny. Z tym, że osławioną praworządność należałoby czytać jako podporządkowanie na siłę woli Berlina w różnych sprawach. A zatem ten, kto się podporządkuje, otrzyma większe środki, a kto się postawi, będzie miał mniej pieniędzy. Mało tego, bo powstały nawet pomysły, aby rozróżniać regionalnie przyznawanie środków unijnych. Po tym, jak polskie samorządy zajmowały krytyczne stanowiska, stając przeciw ideologii LGBT, zrodził się pomysł, aby pieniądze do samorządów szły bezpośrednio z Brukseli, a nie za pośrednictwem najwyższych polskich władz. To rzecz kuriozalna nakierowana na to, żeby w ten właśnie sposób dokonywać rozbicia dzielnicowego poszczególnych państw narodowych. Jest zatem kilka rzeczy, które konfliktują północ z południem Europy. Na całe szczęście Polska jest po wyborach prezydenckich, dobrze, że nie wygrał Rafał Trzaskowski. Gdyby było inaczej, to nie wyobrażam sobie sytuacji, w której premier Mateusz Morawiecki przedstawia na szczycie w Brukseli stanowisko polskiego rządu w kwestiach budżetowych, a za chwilę prezydent elekt Trzaskowski ogłaszałby, że ma przeciwne zdanie, bo jak wiemy, prezydent też odpowiada za politykę zagraniczną. W tym momencie warto sobie uzmysłowić, jak wielkie zobowiązania polityczne ma Platforma wobec Brukseli za pięcioletnie wsparcie jej totalności opozycyjnej. To się nazywało walką o praworządność, czyli walką o władzę Platformy w Polsce. I w tym względzie, wybierając na prezydenta Andrzeja Dudę, uniknęliśmy niewyobrażalnego nieszczęścia, jeśli brać pod uwagę naszą politykę zagraniczną, tę europejską.

Wybór Trzaskowskiego byłby na rękę Niemcom, którzy sprawują prezydencję w Unii Europejskiej. Kanclerz Merkel zależy przecież na jednomyślności w sprawie unijnego budżetu, co byłoby spektakularnym sukcesem niemieckiej prezydencji…

– Jeśli mówimy o obecnej polityce Unii Europejskiej, to jest ona tożsama z polityką niemiecką, która jest prowadzona za pośrednictwem Brukseli. W istocie centrum decyzyjne jest w Berlinie. Istotowo nie odróżniam Brukseli od Berlina, to jest to samo. Berlin, wiadomo, jakie ma zaszłości, więc nie chce wywierać wpływu bezpośrednio, tylko ciśnie i realizuje swoją politykę za pośrednictwem Brukseli. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Niemcy mają główne środki, mają nadwyżki finansowe i to oni decydują, jak ma się zachować administracja unijna. Zatem wszystko jedno, czy to jest Frans Timmermans, Vera Jourova czy ktoś z państw Beneluksu, czy dajmy na to, ktoś z Europy centralnej, jak chociażby Donald Tusk, to nie ma żadnego znaczenia, bo ważne, kto im płaci, kto ustawia do prowadzenia takiej, a nie innej polityki – w tym wypadku antypolskiej.

Czy jeśli chodzi o podział budżetu unijnego, a także wysokość środków z Funduszu odbudowy Unii Europejskiej, Grupa Przyjaciół Polityki Spójności, a więc Polska i Grupa Wyszehradzka, mają szanse przelicytować „skąpców” – państwa starej Unii?

– Decyzja w kwestiach budżetowych musi zapaść jednomyślnie, więc w tym względzie trudno powiedzieć, jak ostatecznie zachowają się Niemcy – jak będą próbowali wybrnąć, jeśli chcą ocalić Unię Europejską. Przecież pieniądze na LGBT, choćbyśmy dostali nie wiadomo jakie kwoty w miliardach euro, to wszystkie będą niszczyć struktury życia społecznego. Po co nam zatem takie pieniądze, lepiej ich nie brać. A zatem nie jest to tylko kwestia ilości pieniędzy. Natomiast fundamentalna – priorytetowa rzecz powinna być taka, że nigdy nie powinniśmy się zgodzić na uzależnienie wypłaty unijnych funduszy od tzw. praworządności, co oznaczałoby utratę niepodległości w relacji do Berlina i Brukseli. W żaden sposób nie można się też zgodzić, żeby Bruksela wypłacała środki bezpośrednio regionom, samorządom, bez pośrednictwa polskiego rządu, bo to oznaczałoby rozbicie dzielnicowe. Należy zatem czytać politykę i widzieć zagrożenia, jakie z tego mogą płynąć, dlatego za wszelką cenę trzeba się trzymać kursu, interesu narodowego, nawet gdyby miało to nas kosztować 10 czy 20, a nawet 200 miliardów. Nie ma takiej ceny – w znaczeniu finansowym, którą można zapłacić za niepodległość państwa czy jego spoistość terytorialną.

Czym może grozić zlekceważenie tego zagrożenia?

–Grozi to tym, że wolne miasto Gdańsk, wolne miasto Wrocław, Warszawa czy Poznań odejdą od Polski jak w okresie rozbicia dzielnicowego. Żadne pieniądze nie są tego warte i to jest sytuacja, którą powinniśmy widzieć jako priorytet. Ufam, że rząd Mateusza Morawieckiego, a także prezydent Andrzej Duda będą działać zgodnie z tą zasadą. Dlatego Niemcy są tak niezadowoleni z wyniku wyborów prezydenckich w Polsce.     

Z jednej strony liberalni urzędnicy brukselscy jak komisarz Jourova chcą uzależnić przyznanie funduszy od tzw. praworządności, co więcej, domagają się sankcji wobec Polski, a z drugiej są Węgrzy, gdzie parlament upoważnił premiera Orbána do przyjęcia podczas szczytu w Brukseli tylko takich rozwiązań, które nie są powiązane z żadnymi politycznymi lub ideologicznymi warunkami. Również Polska nie chce zgodzić się na powiązanie wypłat unijnych funduszy z praworządnością. Da się utrzymać tę jedność?

– Dlatego trwają zabiegi, aby Polska wypadła z tej układanki środkowoeuropejskiej, z tego sojuszu polsko-węgierskiego. Oczywiście mamy sojusznika, Węgrzy doskonale czują, czym to grozi. Ponadto na miejscu polskich władz nie przywiązywałbym wagi do tego, co mówi Vera Jourova, bo poziom dyskusji jest zbyt niski. Przypomnijmy sobie wizytę komisarz Jourovej w Polsce, kiedy mówiąc o praworządności, nie miała pojęcia, na czym polega nasz system prawny. Przeczytała kilka artykułów z „Gazety Wyborczej” przetłumaczonych na język czeski i udawała wielką ekspertkę. Jeśli więc zabiera głos krytyczny wobec Polski, to od razu trzeba pytać, czego chce od nas Berlin, którego przedstawicielką jest Jourova i cała Komisja Europejska. Uważam, że w takich właśnie kategoriach należy rozmawiać z Verą Jourovą, a więc zwracać się do jej mocodawców.

Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych (LIBE) przyjęła raport krytykujący stan praworządności w Polsce. Chyba nie powinno dziwić, że o ile europosłowie PiS byli przeciw, to raport poparli europarlamentarzyści Platformy?

– To, że totalna opozycja chce iść drogą targowicy, to wiemy nie od dzisiaj. Natomiast jeśli posługują się terminem „demokracja”, to w demokratycznych wyborach polski Naród wypowiedział się przeciwko ich metodom działania. Jeśli tego nie widzą, to cóż powiedzieć? Nie oznacza to, że polski rząd mający trzy lata względnego spokoju politycznego ma brać pod uwagę tego typu zachowania, skądinąd znane nie od dziś. Co by nie powiedzieć, jest to tragedia, bo mamy najgorszą opozycję, porównywalną do tej z XVIII wieku, która uważa, że władza centralna nad nami – dawniej władza królewska, dzisiaj władza Zjednoczonej Prawicy – jest gorsza niż władza obcych. Nic zatem dziwnego, że mamy starcie obozu patriotycznego z obozem kosmopolitycznym.

Kiedy ta nagonka na Polskę liberałów brukselskich wspomaganych przez totalną opozycję może się skończyć?

– To nie ma większego znaczenia. Jeśli nie ulegamy tym naciskom, jeśli realizujemy swój – polski interes, to jest to tylko element negocjacyjny. Oni chcą poprzez nacisk podwyższyć swoją rangę, swoją pozycję negocjacyjną. Natomiast my powinniśmy iść swoją drogą. Skończy się to wtedy, kiedy jako kraj będziemy coraz silniejsi, będziemy konkurencją w Europie, kiedy będziemy płatnikiem netto i kiedy to my będziemy żądać i nie będziemy wisieć na brukselskiej klamce. Zanim do tej pozycji dojdziemy, to musimy wytrzymać tę presję i budować własne państwo, i pamiętać, że nikt nikomu nie dał niepodległości za darmo. Nawet Stany Zjednoczone nie otrzymały niepodległości w darze, ale musiały ją sobie wywalczyć. Zawsze jest pokusa, oczekiwanie, żeby niepodległość w poważnym, a nie tylko symbolicznym znaczeniu nic nas nie kosztowała, co więcej, żeby inni nam klaskali. To próżne oczekiwania, zważywszy, że jesteśmy w newralgicznym położeniu geopolitycznym i każdy chciałby rządzić na tym terenie. Nic zatem dziwnego, że nasi przeciwnicy najchętniej widzieliby tu chaos, natomiast jeśli chcemy coś znaczyć, to jako państwo musimy wytrzymywać napór tych, którzy chcieliby nas widzieć jakom podwykonawców niemieckiej gospodarki czy najemników na niemieckich polach szparagowych.

Czy za, dajmy na to, 10 lat Polska może dołączyć do grona najbogatszych państw unijnych, państw najlepiej rozwiniętych?

–To jest możliwe. Koronawirus jest dla nas wielkim zagrożeniem, ale z drugiej strony wielką szansą, ponieważ przeżywamy te kryzysy na o wiele niższym poziomie niż większość państw zachodnich. Proszę zwrócić uwagę, że bezrobocie w Polsce wzrosło o dziesiąte procenta, a nie o kilka czy kilkanaście procent, jak się spodziewaliśmy. Papiery dłużne polski rząd sprzedaje po minusowych stopach procentowych, co pokazuje, że zaufanie do polskiej gospodarki w świecie finansów jest bardzo duże. Wcielając w życie wielkie projekty inwestycyjne, jak przekop Mierzei Wiślanej czy budowa CPK, możemy naprawdę stać się ważnym węzłem handlowym, gospodarczym w Europie. Trzeba tylko być twardym, nie wolno też ulegać podnoszonym krzykom komisarz Jourovej, temu, że Frans Timmermans nas strofuje, czy temu, że Parlament Europejski przyjmuje kolejną rezolucję przeciwko Polsce.

             Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl