W rezolucji Parlament Europejski nie akceptuje porozumienia szczytu Rady Europejskiej w sprawie unijnego budżetu. Eurodeputowanym nie podoba się np. zbyt luźne powiązanie między tzw. praworządnością a funduszami unijnymi. Za rezolucją opowiedziała się m.in. Europejska Partia Ludowa, której przewodniczy Donald Tusk, a do której należy Platforma i PSL. Jest Pan tym zaskoczony?
– Po pierwsze, to wstyd, że polscy europosłowie opowiadają się przeciwko budżetowi, który ma służyć Polsce. Moim zdaniem, należałoby upublicznić i nagłośnić nazwiska tych „orłów”, którzy de facto są największymi wrogami Polski w Unii Europejskiej.
Po drugie, wychodzi na to, że 27 premierów państw – członków Unii Europejskiej – zmarnowało kilka dni w Brukseli na dyskusję, bo europarlament wystawił im ocenę niedostateczną. Tymczasem wieloletnie Ramy Finansowe i Fundusz Odbudowy są bardzo potrzebnymi instrumentami – szczególnie w sytuacji, kiedy pieniądze są bardzo niezbędne, zwłaszcza krajom południa Europy w wychodzeniu z koronakryzysu, który spowodował wielkie spustoszenie. Praktyka parlamentarna pokazuje, że różne frakcje, różne ugrupowania przedstawiają swoje różne wnioski, które próbują przeforsować na forum parlamentów narodowych czy europarlamentu.
W tym wypadku traktuję to jako pewną formę demonstracji politycznej, artykułowania swojej roli przez Parlament Europejski, co więcej – demonstracji ideologicznej, pozbawionej racji ekonomicznych, która jest jedynie wyrazem zacietrzewienia, politycznej opinii większości, ale w konsekwencji i tak nie pociąga za sobą skutków prawnych.
Ustalenia szczytu w Brukseli składają się z dwóch elementów: budżetu na lata 2021-2027 oraz budżetu covidowego, na który czeka cała Europa. Czym zatem jest demonstracja europarlamentu?
– To prawda – cała Europa ma mniejsze lub większe problemy gospodarcze wywołane kryzysem pandemicznym i trwa gorączkowe szukanie wsparcia, aby odbić się od dna i wrócić na ścieżkę rozwoju, ale do tego potrzebne są pieniądze. Tymczasem europosłowie podchodzą z lekkością do sprawy, być może uważają, że wszyscy obywatele państw Unii zarabiają i żyją tak jak oni… Tak jak wspomniałem, decyzja Parlamentu Europejskiego nie jest wiążąca, bo i tak sprawa wróci pod obrady Rady Europejskiej, która ostatecznie i tak zrobi swoje. To obrazuje, że europarlament też chce pokazać, że ma coś do powiedzenia, tylko jakim kosztem?
Europejską Partię Ludową mającą większość w Parlamencie Europejskim tworzą m.in. przedstawiciele Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Francji, ale także Polski, którzy głosowali za przyjęciem rezolucji…
– Jestem ciekaw, co dzisiaj ci europarlamentarzyści Europejskiej Partii Ludowej – żołnierze Tuska, który przewodniczy tej formacji, mają do powiedzenia swoim wyborcom – przedsiębiorcom i firmom, m.in. z branży transportowej, turystycznej, które w konsekwencji kryzysu pandemicznego stoją na granicy bankructwa. Jak wytłumaczą, że głosowali przeciw finansowemu wsparciu, jak eurodeputowani Koalicji Obywatelskiej, a więc Platformy, PSL-u i SLD wytłumaczą się polskim przedsiębiorcom, którzy jadą na kroplówce uruchomionej przez rząd z budżetu państwa. Jak wytłumaczą się swoim wyborcom, którzy stracili pracę.
Mówimy o bardzo poważnym problemie gospodarczym w związku z koronawirusem, a nie o zabawie intelektualistów akademickich mających czas, pieniądze i fantazję. Powtórzę raz jeszcze, że nazwiska tych europosłów, którzy opowiedzieli się za przyjęciem rezolucji europarlamentu, powinny zostać upublicznione. Obywatele mają prawo wiedzieć, jak do problemu kryzysu, bardzo poważnego, podchodzą deputowani delegowani przez nich do Parlamentu Europejskiego. Przypomnę, że środki covidowe z budżetu unijnego miały wyrównać budżet państwa, żeby go nie rozchwiać. Innymi słowy, nie tylko polscy przedsiębiorcy stają się zakładnikami fanaberii eurodeputowanych.
Wygląda jednak na to, że kwestie ideologiczne biorą górę nad realnymi problemami. Jak bowiem wytłumaczyć, że jednym z argumentów europosłów, którzy zagłosowali przeciwko unijnemu budżetowi, jest to, że powiązania między budżetem a praworządnością powinny być ściślejsze?
– Zarzuty większości w europarlamencie są bardzo uogólnione i tak naprawdę nie wiadomo, do kogo są skierowane. Czy mają dotyczyć Polski, gdzie rzekomo łamana jest praworządność, czy może Francji, gdzie gnębiony jest Ruch żółtych kamizelek, gdzie prezydent Emmanuel Macron łamie prawa obywatelskie. Jak porównać, to, co robi policja, pacyfikując demonstrantów w Katalonii, z tym, że polscy policjanci w sposób spokojny usuwają z drogi, przenosząc w inne miejsce protestujących, żeby się im żadna krzywda nie stała? O czym zatem mówimy, czy o wyimaginowanych problemach w Polsce, czy o realnym niewykonywaniu orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przez państwa członkowskie, o czym jest cisza.
Czy mimo wszystko luźne zapisy w konkluzjach szczytu w Brukseli dotyczące tzw. praworządności nie są otwarciem furtki do manipulacji, dowolnej interpretacji, nacisków i karania zmniejszeniem funduszy państwom niepokornym Polsce i Węgrom?
– W mętnej wodzie zawsze jest pole do manipulacji. W mojej ocenie, jest jeszcze jeden – ważny aspekt całej tej sprawy, mianowicie w tym momencie ujawniła się frakcja czy frakcje, które chcą rozbicia Unii Europejskiej w formule, jaką znamy. Jeśli chodzi o kwestie ideologiczne, warto pamiętać, że o ile jest jeszcze czas, jeśli chodzi o budżet nowej unijnej perspektywy finansowej na lata 2021-2027, to środki w ramach Funduszu Odbudowy są potrzebne już teraz. Są przygotowane uproszczone procedury i zadaniem europosłów było zagłosować „za” – koniec, kropka. Każda zwłoka może powodować kolejne straty. Natomiast posłowie europarlamentu swoim nieodpowiedzialnym, ideologicznym podejściem hamują, czy mówiąc ostrzej, zabijają gospodarkę nie tylko rodzimych państw, ale szerzej gospodarkę europejską. Ekonomiści z całego świata są zgodni, że mamy globalny kryzys, spadki PKB są faktem, dokonuje się rozbicie wielu branż i działów gospodarek – zwłaszcza tych państw, które żyły z turystyki, jak Francja, Hiszpania, Włochy, Grecja. Ten rok jest stracony, a ludzie muszą z czegoś żyć, tymczasem europosłowie wykazują się skrajną nieodpowiedzialnością.
Czy to nie jest dowód na to, że ideologia zaczyna rządzić, że panuje nad rozumem, rozsądkiem polityków?
– Owszem tak. W mojej ocenie, Parlament Europejski, który z założenia ma stać na straży prawa, sam łamie prawo, bo procedury, traktaty unijne mówią jasno, co, jak ma wyglądać. W tym wypadku europarlament zachował się tak, jakby był parlamentem nie wspólnoty państw, tylko państwa pod nazwą Unia Europejska, którego de facto nie ma. Podejście do prawa, podejście do demokracji nie może być wybiórcze. Trzeba sobie powiedzieć jasno, że o sukcesie negocjacyjnym szczytu w Brukseli pisały nawet media nieprzyjazne Polsce, Węgrom czy szerzej Grupie Wyszehradzkiej, tymczasem europosłowie z Polski, europosłowie Platformy, PSL-u, Lewicy, wbrew ocenie innych, mówią, że jest źle, że jest za mało środków. Tylko nie biorą pod uwagę, że w ramach negocjacji różne grupy nacisku, tzw. grupa skąpców, sama domagała się cięcia środków, a premierowi udało się przekonać i wywalczyć więcej.
Jest też pytanie, co byłoby, gdyby Polska nie wynegocjowała 750 mld zł, a mniej niż wcześniej wynegocjował Donald Tusk? Wtedy podniósłby się krzyk, że rząd premiera Mateusza Morawieckiego jest nieudolny, że nie potrafi zadbać o polskie interesy itd. Dramatem jest to, że w Polsce nie mamy konstruktywnej opozycji, im gorzej dla Polski, tym lepiej dla nich. I tego nie można zrozumieć, bo w kampanii wyborczej – takiej czy innej – można się różnić, można walczyć ze sobą, ale kiedy kurz bitewny opada, kiedy jest zwycięzca, to wszyscy – także przegrani – ramię w ramię walczą na zewnątrz – w tym wypadku na gruncie Parlamentu Europejskiego o polskie interesy. Ale jest, jak widać, inaczej. Dlatego grono europosłów Platformy, PSL-u i SLD powinno się zastanowić, w co i z kim grają, bo na pewno nie w interesie Polski.

