Posłowie z sejmowej Komisji Obrony Narodowej poznali główne tezy sprawozdania prac podkomisji ds. ponownego zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Wnioski to dwa wybuchy, do których miało dojść na lewym skrzydle oraz w centropłacie tupolewa?
– Pirotechniczne materiały znaleziono już wcześniej w wielu miejscach. Dlatego dla mnie te informacje były nie tyle zaskakujące, ale baliśmy się takich wniosków, że przyczyną katastrofy TU-154M był wybuch czy wybuchy na pokładzie samolotu. Gdyby był to tylko jeden wybuch, to można by sądzić, że spowodowany został awarią czy czymś w tym rodzaju, ale jeśli – jak słyszymy – były dwa wybuchy, i to w różnych miejscach, to można domniemywać, że to nie był przypadek, ale działanie celowe. Przy czym ważne jest teraz, żeby ustalić, czyje to było działanie.
To może być trudne?
– Zgadzam się, to będzie bardzo trudne. Przy czym bylibyśmy dzisiaj w zupełnie innym punkcie – jako rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej. Zainteresowanie na przestrzeni lat naszymi problemami i wyjaśnieniem przyczyn katastrofy było bardzo różne. Na początku, za poprzedniej władzy, traktowano nas jako zło konieczne, co potem się zmieniło i zaczęto nas traktować poważnie, z szacunkiem i wyrozumiałością. Dzisiaj, z perspektywy, widzimy to lepiej i wniosek jest jeden, że w pierwszych dniach po katastrofie robiono wszystko, żeby pozbyć się tego problemu jak najszybciej. Trzeba być kompletnym ignorantem, żeby sądzić, że po tak wielkiej tragedii, kiedy zginęło 96 najważniejszych osób w państwie z urzędującym prezydentem RP oraz ostatnim prezydentem RP na uchodźstwie, ktoś tę sprawę zostawi bez wyjaśnienia. Jednak liczono, że po oddaniu śledztwa w ręce rosyjskie temat zostanie zamknięty, ale to było błędne myślenie. My, rodziny ofiar, stale utrzymujemy kontakt – w czasie pandemii – telefoniczny, ale te relacje są i temat wyjaśnienia przyczyn ciągle jest obecny.
Czy w ubiegły czwartek wzięła Pani udział w posiedzeniu sejmowej Komisji Obrony Narodowej, kiedy w formie materiału filmowego zostały zaprezentowane wnioski sprawozdania podkomisji smoleńskiej?
– Nie mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu w Sejmie, ale zapoznałam się z tymi informacjami, które przywołują smutek z pierwszych dni po katastrofie.
Wcześniej powiedziała Pani, że rządowi PO –PSL zależało na tym, żeby jak najszybciej zamknąć temat katastrofy smoleńskiej, ale patrząc na kolejne ustalenia, jakie do nas docierają, wygląda na to, że nie tylko chcieli zakończyć, ale wręcz zataić pewne fakty…
– To była droga, to był sposób, aby zakończyć sprawę katastrofy smoleńskiej. Natomiast dzisiaj widzimy, kto był zaangażowany w przygotowanie wizyty w Katyniu, jakie osoby brały udział w tych pracach czy kto uczestniczył w podejmowaniu decyzji o przekazaniu tupolewa do remontu w Samarze. W mojej ocenie jeśli samolot, który służy do przewozu najważniejszych osób w państwie, ma być remontowany – w dodatku w Rosji, to chyba wypadałoby, żeby ten proces był ściśle nadzorowany przez stronę polską, a nie był. Tak na marginesie, trzeba było dużo wcześniej zakupić inny samolot na Zachodzie i naprawiać, serwisować go w niezależnym warsztacie, bo na Wschodzie – w Rosji nic nie dzieje się w sposób przypadkowy, co widzimy chociażby przy okazji wyjaśniania okoliczności katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.
Ma Pani nadzieję, że sprawa ta zostanie wyjaśniona dogłębnie?
– Mam wątpliwości, czy jak po nitce do kłębka dojdziemy do osoby czy osób, które odpowiadają za katastrofę. Wnioskuję, że to było kilka osób, dlatego że tchórze nigdy nie podejmują decyzji w pojedynkę, natomiast żeby odpowiedzialność była mniejsza, rozmyta, naradzają się w gronie kilku osób. Ostatnio w jednej ze stacji wypowiadał się Maciej Lasek – członek rządowej komisji Millera, osoba w naszych oczach kompletnie skompromitowana, podobnie jak wielu członków rządu Donalda Tuska. Interesujące, że tacy ludzie mają czelność występować jeszcze przed kamerami, i to w roli ekspertów, ale widać, że jaka stacja, tacy eksperci.
W Senacie, gdzie kruchą, ale jednak większość, ma opozycja, często padają zarzuty wobec rządu Zjednoczonej Prawicy. Jak Pani to odbiera?
– Z zażenowaniem. Rząd Beaty Szydło czy rząd Mateusza Morawieckiego zrobiły tak wiele dla Polski, że ja nigdy nie będę się za to wstydzić – jestem o tym głęboko przekonana. Natomiast mądrych, dobrych dokonań poprzedniego rządu, rządu koalicji PO - PSL, sobie nie przypominam zbyt wiele. Jeśli zaś chodzi o zabezpieczenie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w kwietniu 2010 roku w Katyniu i tego całego spektaklu, który się wcześniej rozegrał z rozdzieleniem wizyt, z udziałem i obecnością Putina na miejscu uświęconym krwią ofiar naszych bliskich, to wszystko ludziom zdroworozsądkowym przez te 10 lat i dzisiaj daje dużo do myślenia.
Niejednemu mocarstwu zależało na tym żeby Polska była krajem słabym, żeby była krajem podległym, ale to się nie spełni. Dzisiaj w Polsce jest stabilny rząd, wkrótce rozpocznie się druga kadencja prezydenta Andrzeja Dudy i to wszystko gwarantuje Polakom bezpieczne życie i rozwój we własnym, niepodległym kraju. Jestem już 10 lat w krajowej polityce i przyznam się panu, że nigdy wcześniej w Senacie – nawet mimo ostrych wystąpień – nie było takiej – ujmę to delikatnie – niechęci do Prawa i Sprawiedliwości. Teraz jest to bardzo widoczne i przyznam, że dla mnie bardzo bolesne. Nigdy bowiem nie sądziłam, że na Wiejskiej, gdzie jeżdżę od 1991 roku, kiedy mój śp. mąż był parlamentarzystą, że dzisiaj w tym miejscu będzie widoczny tak smutny obraz świata polityki.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pani, to co wydarzyło się po katastrofie?
– W Moskwie wypytywano nas o wszystkie szczegóły, począwszy od koloru włosów, w przypadku kobiet pytano nawet o kolor lakieru na paznokciach, a wszystko po to, żeby później było łatwiej spisać protokoły. Tak widzę to z perspektywy czasu. Nie powiem, bo w Moskwie byliśmy traktowani dobrze, natomiast później był cały szereg działań pogardliwych, celowych, żeby nie wykryć prawdy, żeby wszystko zatuszować, ukryć. Nie było w tym widać fachowości, ale dało się wyczuć, że wszystkie czynności, które były zadane osobom przygotowującym informacje, zmierzały do zatajenia wielu niewygodnych dla władzy faktów.
Dla porównania powiem, że dzisiaj też otrzymuję dokumenty z Prokuratury Krajowej, gdzie są informacje o o czynnościach wobec osób, które w sposób nierzetelny wykonywały czynności w pierwszych latach po katastrofie smoleńskiej. I widać różnicę między tym, co było tuż po 10 kwietnia 2010 roku, a tym, co jest dzisiaj.
A co z Pani zaufaniem do śledczych wojskowych?
– Owszem na początku miałam zaufanie do Prokuratury Wojskowej, bo wydawało mi się, że człowiek w mundurze, oficer, ma honor, natomiast jeśli to wszystko się zakończy tak, jak wskazują na to częściowe ustalenia czy wnioski, które poznajemy, to wyjdzie bardzo przykry obraz działań ludzi, którzy zajmowali się katastrofą w początkowej fazie, za rządów PO – PSL. Ludzie, których mam na myśli, jeśli nie chcieli pracować nad tym śledztwem, jeśli widzieli, że podejmowane kroki są sprzeczne z ich sumieniem, to przecież mogli odmówić, wytłumaczyć swoją rezygnację chociażby względami emocjonalnymi. Ale tego nie zrobili i brali udział w czymś, co nie licuje z honorem, z godnością człowieka. Tak to oceniam i jest to bardzo przykre.
Tak jak już powiedziałam wcześniej, że obserwując to, co się działo przed katastrofą i tuż po katastrofie, a tym, co się dzieje dzisiaj, mogę powiedzieć, że ta niechęć wzajemna, ta wręcz wrogość polityczna spowodowały, że nie tylko zginęło 96 niewinnych osób, ale ta katastrofa również zniszczyła sumienia, wpłynęła na postawy wielu osób, które stały za śledztwem i które politycznie popierały obraną wówczas przez rząd Tuska linię. Nie sądzę, żeby ci ludzie, patrząc wstecz, patrząc na swoje dokonania, kiedy na jaw ciągle wychodzą nowe fakty, mieli satysfakcję. Życie pokazuje, że jest sprawiedliwość i prędzej czy później każdy, kto popełnia zły czyn, musi za niego zapłacić.
Wracając jeszcze do sprawozdania prac podkomisji smoleńskiej, z tego materiału wynika, że na szczątkach samolotu miały znajdować się ślady substancji wybuchowych – trotylu, heksogenu i pentrytu. Czy te ustalenia, zważając na skalę zniszczeń Tu-154M, są dla Pani jakimś zaskoczeniem?
– Nie, nie jest to dla mnie zaskoczenie. Czytałam akta niejawne, w których – o ile są prawdziwe – jest mowa o obrażeniach mojego męża. Ciało Stanisława Zająca, oględnie mówiąc, było mocno pogruchotane. Widziałam też zdjęcia ze śladami zakrzepłej krwi i zestawiałam to ze zdjęciami różnych wypadków lotniczych, ale takich zniszczeń, takich obrażeń jak w Smoleńsku nie widziałam. Ciała naszych bliskich były osmolone, częściowo nadpalone. Nie były to zatem obrażenia charakterystyczne dla tego typu wypadków. Otrzymałam też dokument świadczący, że mój mąż miał na pokładzie nadpaloną, mocno skręconą, zwiniętą pod wpływem temperatury skórzaną saszetkę, o bardzo dziwnym chemicznym zapachu. Nie jestem specjalistą, ale na podstawie tego wszystkiego, co powiedziałam wcześniej i co wynika z ustaleń prac podkomisji mogę powiedzieć, że wybuch jako prawdopodobna przyczyna katastrofy jest bardzo możliwy. Natomiast co się faktycznie stało, tego nie wiemy – jeszcze.
Opozycja twierdzi, że tezy przedstawiane przez podkomisję smoleńską są wyssane z palca. Ale przecież są wnioski z badań naukowych z ośrodków w Polsce, Stanach Zjednoczonych i innych państwach NATO…
– Muszę powiedzieć, że choć zdajemy sobie sprawę z wagi tych badań i ogromu pracy podkomisji smoleńskiej oraz międzynarodowych ośrodków badawczych, to jednak – dla nas, rodzin ofiar – to czekanie jest bardzo nużące. Jeśli chodzi o mojego męża, to wciąż nie mam wyników. Być może w pierwszej kolejności badane są szczątki najważniejszych osób, jak para prezydencka czy chociażby piloci. Błędem było oddanie śledztwa w ręce Rosjan, bo gdyby sprawą zajęła się komisja międzynarodowa, to już wcześniej znalibyśmy fakty, do których dochodzimy dzisiaj. Dane, jakie poznajemy, nie budzą wątpliwości, liczę zatem, że zaangażowanie międzynarodowych podmiotów, laboratoriów i instytutów naukowych przyniesie efekty.
Wierzy Pani, że poznamy całą prawdę o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku?
– Mam taką nadzieję, choć z drugiej strony nie wiem, czy chciałabym znać prawdę, jeśli ona miałaby być przykra do tego stopnia, że ktoś zaplanował działania, które doprowadziły do katastrofy rządowego TU-154M. Nie wiem, kto mógłby coś takiego zaplanować. Nie jestem też pewna, czy mogliby to zrobić cudzoziemcy, a zatem, że mogli w tym uczestniczyć również Polacy. Jeżeli te fakty się potwierdzą, to nie chodzi mi o to żeby łapać winnych i karać, ale tego typu działania – jeśli nasze myślenie się potwierdzi – muszą być napiętnowane. Nie może być tak, że ktoś z premedytacją, bezkarnie działa przeciwko Polsce. Chcę powiedzieć, że wobec ogromu tragedii tej katastrofy, liczby i rangi osób, które znajdowały się na pokładzie, to był zamach nie tylko na życie ludzi, ale także na naszą Ojczyznę.
Dziękuję za rozmowę.

