logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Partia totalnej negacji

Wtorek, 4 sierpnia 2020 (21:53)

Aktualizacja: 5 sierpnia 2020 (07:58)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym Sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Wybory prezydenckie są ważne, stwierdził w orzeczeniu Sąd Najwyższy…

– Innego rozstrzygnięcia trudno się było spodziewać. Z jednej strony akcja składania protestów wyborczych będąca wynikiem apelu polityków Koalicji Obywatelskiej, akcja na zamówienie sztabu Rafała Trzaskowskiego, której wynikiem było blisko 6 tys. protestów wyborczych. Jak się okazało, w zdecydowanej większości były to nieistotne zastrzeżenia, które w ocenie Sądu Najwyższego nie miały jakiegokolwiek wpływu na przebieg wyborów prezydenckich. Co prawda, uwzględnionych zostało kilkadziesiąt protestów, ale nie mogły mieć wpływu na ostateczny wynik głosowania. Nic zatem dziwnego, że orzeczenie jest takie, a nie inne.

Rozstrzygnięcie to kończy sprawę…?

– Dokładnie. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej został wybrany – jest nim Andrzej Duda, który przez kolejną kadencję będzie piastował najwyższy urząd w państwie. Wybór ten odbył się zgodnie z obowiązującymi standardami, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

Wybory – jak stwierdził Sąd Najwyższy – są ważne, ale okazuje się, że nie dla wszystkich. Część opozycji podważa bowiem uchwałę Sądu Najwyższego…

– Opozycja od wielu lat kontestuje wszelkie działania instytucji państwowych, ale jak widać kwestionuje również przeprowadzone w zgodzie z prawem wybory prezydenckie. Nie ma ku temu podstaw, ale opozycja totalna już wielokrotnie dała dowody swojej nieodpowiedzialności poprzez kwestionowanie podstaw ustrojowych państwa, poprzez kwestionowanie konstytucyjnych organów, takich jak Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa, ale także poprzez donosy na własny kraj do instytucji europejskich oraz kwestionowanie wymiaru sprawiedliwości i niezależności sądów czy niezawisłości polskich sędziów. Opozycja działa w myśl zasady – im gorzej, tym lepiej. Jednak zdecydowana większość polskiego społeczeństwa podchodzi do tych usiłowań z dużym dystansem i myślę, że dla znakomitej większości Polaków wybór Andrzeja Dudy jest – jak to stwierdził Sąd Najwyższy – absolutnie poza wszelką dyskusją. Mamy prezydenta RP i Polacy z całą pewnością ten wybór uszanują.

Chyba trafnie do protestów odniósł się rzecznik Sądu Najwyższego, sędzia Aleksander Stępkowski, który stwierdził, że opozycja, która podważa decyzję Izby Kontroli Nadzwyczajnej Sądu Najwyższego w sprawie wyboru Andrzeja Dudy, zapomina, że to ta sama Izba stwierdziła ważność wyborów parlamentarnych, a więc ich mandatu…

– To pokazuje hipokryzję totalnej opozycji, która goni w piętkę – szuka powodów do kolejnej awantury. Te działania mają – jak sądzę – jedno na względzie: prowokować, utrzymywać w stanie ciągłej niepewności tę część elektoratu, która popiera totalną opozycję. Z jednej strony jest to próba mobilizowania tego elektoratu, a z drugiej utrzymywanie stanu histerii, który pozwala łatwo manipulować ludźmi. Niestety, jest to w stosunku do części polskiego społeczeństwa skuteczne. Oczywiście nie byłoby tak, gdyby bzdury wypowiadane przez przedstawicieli opozycji nie były multiplikowane przez przyjazne jej media, na czele ze stacją TVN i „Gazetą Wyborczą”. Politycy opozycji mają ciągle nadzieję, że będą mogli wyprowadzać ludzi na ulice oraz przedstawiać w instytucjach Unii Europejskiej swoje postulaty kwestionujące praworządność funkcjonowania organów państwowych w Polsce.

Czy Platforma w ogóle wie, jaką opozycją chce być?

– To jest problem Platformy i szerzej Koalicji Obywatelskiej, które poza pomysłem z poprzedniej kadencji zamykającym się w haśle – ulica i zagranica, żadnego innego pomysłu na funkcjonowanie w polityce nie mają. Nie przedstawiają żadnych merytorycznych propozycji, jeśli chodzi o ustawy, o rozwiązanie problemów, które sami generują i próbują artykułować. Wszystko, co robi rząd, jest na nie, ale to droga donikąd, co pokazują wyniki kolejnych bodajże szóstych z rzędu przegranych wyborów. Również w gronie opozycji nie ma zgody, jaki kierunek obrać, a propozycja Rafała Trzaskowskiego  „Nowej Solidarności” to jakaś kompletna aberracja. To wewnętrzny problem Platformy, co analitycy komentują, że lepszej opozycji niż Platforma Prawo i Sprawiedliwość wymarzyć sobie nie mogła. W innym krajach opozycja poważna, to ta, która ma program, która zgłasza kolejne propozycje, której krytyka władzy jest konstruktywna. Oczywiście w każdym demokratycznym kraju opozycja ma prawo do krytyki rządu, do protestów i artykułowania różnych zastrzeżeń pod adresem władzy, ale to wszystko musi być oparte na faktach, oparte na dogłębnej analizie sytuacji. Tymczasem mamy do czynienia z piaskownicą, z przedszkolem i działaniem na zasadzie: nie, bo nie.

Co ze wspomnianym przez Pana planem Rafała Trzaskowskiego i projektem ruchu obywatelskiego „Nowa Solidarność”? Mija kilka tygodni od wyborów i nic się nie dzieje…

– Myślę, że było to raczej rozładowanie frustracji po przegranych wyborach prezydenckich, próba rzucenia w przestrzeń hasła, z nadzieją, że ktoś to hasło podejmie. Rafał Trzaskowski – tak naprawdę nie jest liderem, który mógłby za sobą porwać tłumy – to po pierwsze, a po drugie, musi się zdecydować, czy chce być prezydentem Warszawy i poważnie traktować swoje obowiązki włodarza, bo prezydentura stolicy jest zajęciem, które absorbuje całkowicie kogoś, kto sprawuje taki urząd. Byłem burmistrzem małego miasteczka i gminy, dlatego wiem, ile czasu pochłania praca na rzecz wspólnoty. Natomiast być prezydentem stolicy Polski, to wyzwanie, które nie pozwala, żeby zajmować się jakąkolwiek inną aktywnością.

Czyżby zatem idea – tak szumnie zapowiadana – legła w gruzach, zanim została zbudowana? 

– Projekt rzucony przez Rafała Trzaskowskiego dotyczący stworzenia nowego ruchu obywatelskiego był jedynie próbą rozładowania frustracji i sprawdzenia, na ile można liczyć, jeśli chodzi o niezadowolonych. Tych, którzy zagłosowali na kandydata Koalicji Obywatelskiej. Na ile są gotowi wziąć udział w nowym projekcie. Okazuje się jednak, że nic z tego nie wychodzi. Co by nie powiedzieć – musi być lider, musi być absolutna determinacja, aby tego rodzaju ruch obywatelski powołać. Przede wszystkim jednak niezbędne są autentyczne podstawy, aby taki projekt miał szanse powstać i zadziałać. Takich podstaw – jak widać – nie ma. Wbrew temu, co głosi totalna opozycja, Polska jest państwem demokratycznym, w którym nie są zagrożone jakiekolwiek podstawy konstytucyjne, co pokazuje, że cały ten projekt nie ma fundamentów. Tak jak wyglądało to chociażby podczas marszu w rocznicę Powstania Warszawskiego, kiedy mieliśmy próbę prowokacji, wywieszania tęczowych flag. Tylko, że to wszystko nie porwie ludzi do działania.  

Czy Koalicja Obywatelska wciąż jeszcze jest monolitem?

– Jedyną poważną strukturą w ramach Koalicji Obywatelskiej jest Platforma. To właściwie jedyna partia, która ma struktury, środki i członków, natomiast pozostałe ugrupowania wchodzące w jej skład to formacje kanapowe. Można rzec od Sasa do Lasa, bo reprezentujące różny poziom liberalnego zacietrzewienia. Zresztą u wielu członków Platformy, którzy przystępowali do tego ugrupowania jako ludzie o poglądach umiarkowanie konserwatywnych lub centrowych, tego rodzaju polityczna zbieranina też mogła budzić poważne wątpliwości. W obozie, w którym są tak daleko idące rozbieżności, różnice światopoglądowe, trudno przez dłuższy czas utrzymać jedność. Tę jedność mogłaby scementować zdobyta władza, natomiast funkcjonowanie w opozycji jest jednak znacznie trudniejsze. Niełatwe jest też nie tylko pozyskiwanie nowego elektoratu centrowego, ale utrzymanie dotychczasowego poparcia. Trzeba mieć program, trzeba mieć jednolite przesłanie, natomiast tutaj tego nie ma. Można tylko domniemywać, że po przegranych wyborach prezydenckich ten obóz wcześniej czy później się rozpadnie.           

Gdyby wybory prezydenckie odbyły się 10 maja – tak jak to pierwotnie planowano, to dzisiaj najprawdopodobniej mówilibyśmy o Platformie w czasie przeszłym…

– Na pewno byłoby to bardzo trudne doświadczenie dla Platformy, bo rzeczywiście wszelkie sondaże pokazywały, że Małgorzata Kidawa-Błońska przegrałaby te wybory zdecydowanie, z kilkuprocentowym wynikiem. To z kolei mogłoby oznaczać duże przewartościowania w szeregach Platformy, mogłoby nawet oznaczać rozpad tego ugrupowania. Jednym słowem przesunięcie terminu wyborów i de facto stworzenie możliwości resetu w ramach Koalicji Obywatelskiej było kołem ratunkowym dla tonącej formacji. Dzięki temu Platforma może dzisiaj mówić – osiągnęliśmy poparcie sięgające blisko połowy Polaków. Oczywiście takie myślenie jest złudne, bo dobrze wiemy, że poparcie dla Platformy oscyluje w granicach do 30 proc., a raczej mniej, bo 27-28 proc. Tak czy inaczej jest to poparcie i tak znaczące w porównaniu do tego, jaki wynik osiągnęłaby kandydatka tej formacji, gdyby wybory odbyły się 10 maja. Inna kwestia, że jest to poparcie utrzymujące się na poziomie ostatnich wyborów parlamentarnych. Przesunięcie wyborów prezydenckich dzisiaj jest kwestionowane przez liderów Platformy, m.in. przez szefa tego ugrupowania Borysa Budkę. Twierdzenie, że wybory nie odbyły się w konstytucyjnym terminie – jako przesłanka nieważności wyborów prezydenckich – znów trąci karygodną hipokryzją. Dzięki temu Platforma się uratowała.

           Dziękuję za rozmowę.       

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl