logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Łukaszenka nie odpuści

Środa, 12 sierpnia 2020 (11:03)

Aktualizacja: Środa, 12 sierpnia 2020 (14:58)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Protesty na Białorusi, po niedzielnych wyborach prezydenckich nie ustają, a sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Co może przesądzić o tym, kto wygra tę próbę sił?

– Protesty na Białorusi na taką skalę to nowe zjawisko. To może być początek przełomu w świadomości Białorusinów, w ich dążeniu do wolności, do wybicia się na suwerenność. Nie sądzę jednak, żeby protesty doprowadziły do upadku reżimu Aleksandra Łukaszenki. Przez 26 lat dyktatorskich rządów Łukaszenki na Białorusi została stworzona rozbudowana nomenklatura państwowa i silny aparat bezpieczeństwa – wojsko i milicja, które w tej fazie pozostaną wierne władzy. To wskazywałoby, że Łukaszenka nie odpuści, stawia na jedną kartę i zrobi wszystko, żeby nie oddać władzy.

Czy białoruskie społeczeństwo stać na solidarność i konsekwentną walkę, czy tak naprawdę dojrzeli do tego, żeby obalić reżim Łukaszenki, przejąć władzę i uzdrowić kraj?

– Realnym zagrożeniem dla białoruskich władz byłby strajk generalny. Wprawdzie słyszymy, że ma stanąć kilka zakładów pracy, ale nie wydaje się jednak, żeby białoruskie społeczeństwo było na tyle zorganizowane, aby doprowadzić do ogólnokrajowego strajku i sformułowania postulatów natury politycznej. Przede wszystkim brak jest wiarygodnych ośrodków opozycyjnych. Zbyt dużo pojawia się niejasności związanych z powiązaniami wyborczymi konkurentów Łukaszenki. Siarhej Cichanouski, główny kandydat opozycji na prezydenta, aresztowany przez władze i aktualnie przebywający w areszcie, większość swoich biznesów, w tym wytwórnię nagrań wideo, prowadzi w Rosji. Również niedopuszczony do wyborów prezydenckich Walery Capkała, to były współpracownik Łukaszenki i ambasador Białorusi w Stanach Zjednoczonych. Wielu działaczy opozycji zarzuca mu prorosyjskość. Z kolei uchodzący pierwotnie za najpoważniejszego kontrkandydata Łukaszenki Wiktor Babaryk (aresztowany pod zarzutem korupcji) przez 20 lat kierował Biełgazprombankiem, przedstawicielstwem rosyjskiego Gazpromu. To pokazuje, że wiele rzeczy jest niejasnych – głównie jeśli chodzi o tzw. przywódców białoruskiej opozycji.

Swiatłana Cichanouska – symbol oporu Białorusinów przebywa na Litwie. Czy to może wpłynąć na rozwój wydarzeń?

– We wtorek powiązany z białoruskimi władzami kanał opublikował dwa nagrania z wystąpieniami Swiatłany Cichanouskiej. W jednym zapewniała, że wyjazd z kraju był jej własną decyzją, ale w drugim wezwała do poszanowania prawa i wyniku wyborów. Możliwe jednak, że została zmuszona przez białoruskie siły bezpieczeństwa do opuszczenia kraju. Tak przynajmniej jest to przedstawiane. Reżim Łukaszenki ma swoje metody, aby wywierać presję, także na liderów opozycji.

Czy pozbycie się liderki jest ciosem zadanym protestującym?

– Jest wiele wątpliwości związanych z taktyką liderów białoruskiej opozycji. W kampanii wyborczej najbliższymi współpracowniczkami i twarzami sztabu Cichanouskiej były Wieranika Capkała, żona wspomnianego Walerego Capkały i Maria Kalesnikowa, szefowa sztabu niedoszłego kandydata Babaryki. Co ciekawe, Wieranika Capkała wyjechała do Moskwy tuż przed wyborami i oświadczyła, że w stolicy Rosji odda swój głos. To też wiele mówi...

Świat potępia przemoc wobec protestujących na Białorusi, ale konkretnych działań i presji na władze w Mińsku nie widać?

– Stany Zjednoczone zachowują się powściągliwie. 27 państw Unii Europejskiej wydało oświadczenie, w którym zawarto oczywiste stwierdzenie, że wybory prezydenckie na Białorusi nie były ani wolne, ani uczciwe. Ograniczono się też do standardowego wezwania do natychmiastowego uwolnienia wszystkich zatrzymanych i dialogu ze społeczeństwem. Usłyszeliśmy też, że możliwe jest podjęcie działań wobec osób odpowiedzialnych za przemoc, nieuzasadnione zatrzymania i fałszowanie wyników wyborów na Białorusi, ale to stanowczo za mało. Unia nie podejmuje gwałtownych działań, być może, żeby nie zamknąć drogi dialogu, którego też nie widać. Tymczasem tu potrzeba realnych działań, aby zająć się obroną praw człowieka i podstawowych wolności na Białorusi.

Inicjatywa premiera Morawieckiego, aby zorganizować nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej niby zyskała akceptację Ursuli von der Leyen i Charlsa Michela, ale póki co na tym się kończy, a szczyt ma się odbyć dopiero we wrześniu…

– Z jednej strony apel o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia ministrów spraw zagranicznych państw Unii Europejskiej można traktować jako próbę zaktywizowania rządów krajów unijnych, z drugiej zaś angażowanie Komisji Europejskiej w rozstrzyganie konfliktu na Białorusi to wzmacnianie pozatraktatowych kompetencji tej instytucji i federalistycznych tendencji.

Podczas, gdy na Białorusi wrze, Unia Europejska jest niewydolna, zresztą kolejny już raz…

– Główne kraje Unii Europejskiej – Niemcy i Francja uznają Białoruś za polityczną strefę wpływów rosyjskich, a zatem nie jest w ich interesie, aby wchodzić w otwarty spór z Moskwą, z którą robią różne interesy. Po raz kolejny można też dostrzec asymetrię w działaniach instytucji brukselskich i w unijnej dyplomacji. Doświadczają tego najbardziej takie kraje jak Polska i Węgry oskarżane o naruszanie praworządności. W tym przypadku instytucje i decydenci unijni są bardzo gorliwi, ale gdy chodzi o przeciwdziałanie realnemu łamaniu praw człowieka, to milczą. To pokazuje, jak funkcjonuje bardzo mocno zideologizowana Unia Europejska.

Zastanawiam się, gdzie są obrońcy praw człowieka, którzy tak ochoczo krytykują Polskę, a jakoś nie występują przeciwko łamaniu praw człowieka na Białorusi?

– Tak zwani obrońcy praw człowieka doprowadzili w swoich działaniach do redefinicji praw człowieka. Tam, gdzie są one rzeczywiście łamane, np. jeśli chodzi o prześladowania chrześcijan, czy tam, gdzie łamane są prawa obywatelskie jak na Białorusi – milczą. Potrafią natomiast organizować nagłaśniane przez liberalne media akcje w obronie rzekomo prześladowanych mniejszości, w pierwszej kolejności na rzecz ideologii LGBT.

Czy i jaka może być rola Polski w zażegnaniu tego konfliktu. Czy mamy szansę stać się głównym rozgrywającym w sprawie Białorusi?

– Polska powinna prowadzić własną, aktywną politykę w Europie Środkowej i Wschodniej. Z racji tradycji historycznych – dużej liczby ludności pochodzenia polskiego zamieszkującej na terenie Białorusi, a także z racji bezpośredniego sąsiedztwa – relacje z tym krajem powinny być jednym z priorytetów polskiej polityki wschodniej. Niestety w tym obszarze jest wiele zaniedbań kolejnych polskich rządów na przestrzeni lat. W pierwszej kolejności obok troski o sytuację Polaków na Białorusi powinniśmy zadbać o kształtowanie przyjaznych propolskich elit na Białorusi.

Jak realne jest zagrożenie, że bierność Zachodu sprawi, że Białoruś wpadnie jeszcze bardziej w objęcia Rosji?

– Białoruś – nie od dziś – jest kontrolowana politycznie, militarnie i gospodarczo przez Rosję. Łukaszenka podejmował pewne próby zmniejszania podległości wobec Moskwy, np. w kwestii cen gazu. Trwają też negocjacje z Gazpromem, a Białoruś chce płacić mniej za rosyjski gaz. Oczywiście bierność państw zachodnich wobec Rosji może doprowadzić do umocnienia wpływów Kremla w tym kraju. Podobnie jednak ewentualne sankcje wobec Mińska to rozwiązanie, które również może prowadzić do dalszego uzależnienia Białorusi od Rosji. Niestety Moskwa ma dane, aby mieć największy wpływ na rozwój sytuacji na Białorusi. Trzeba też mieć świadomość, że w interesie Kremla nie jest obalenie, ale osłabienie Łukaszenki, aby móc nim jeszcze bardziej manewrować. Władimir Putin złożył powyborcze gratulacje Aleksandrowi Łukaszence, a jednocześnie lider proputinowskiej partii Jedna Rosja Konstantin Zatulin uważa, że Moskwa nie powinna uznawać wyników wyborów i wyrażać wsparcie dla Łukaszenki. Taka jest strategia Kremla.

                  Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl