Wiele kontrowersji budzi ustawa o podwyżkach m.in. dla parlamentarzystów. Czy to dobry pomysł?
– Po ostatnim głosowaniu w Sejmie u wielu parlamentarzystów odezwało się sumienie – swoisty „moralniak”. Fakt faktem, dla wielu ludzi, a szczególnie dla posłów, dyskusja o pieniądzach to temat wstydliwy.
Wstydliwy dla polityków…?
– Wstydliwy na zasadzie – nie możemy, nie powinniśmy zabierać głosu, bo jeśli zaczniemy mówić o pieniądzach, to wyjdzie, że jesteśmy zachłanni, łapczywi, zaborczy, że myślimy tylko o sobie i że interesują nas tylko pieniądze, a nie dobro publiczne. Jednym słowem, wychodzi na to, że każdy, kto mówi o pieniądzach, to egoista – a polityk w szczególności – tak się utarło. Dlatego jeśli pada hasło podwyżek, to oficjalnie nie znajduje ono akceptacji. Ja mam komfort, że jestem byłym posłem, mam zatem dystans i postaram się być obiektywny. Każdy polityk – parlamentarzysta czy minister – wykonuje obowiązki, co sprawia, że nie jest on w stanie podejmować innych prac, a jednocześnie obowiązki te absorbują go na tyle, że mniej czasu, a przynajmniej niewystarczająco, poświęca swojej rodzinie.
Dla jasności skupmy się może na sprawach poselsko-senatorskich. Jak to wygląda od strony posła?
– Problem nie jest w pieniądzach, w cyfrach, problem jest w tym, że na polskiej scenie mamy dwa rodzaje parlamentarzystów. Mamy leni i obiboków oraz pracoholików. Moim zdaniem dla leni i obiboków to nawet sto złotych podwyżki jest za dużo. Natomiast dla posłów pracowitych, bo są tacy, którzy ciężko pracują merytorycznie w komisjach, podkomisjach, którzy naprawdę się starają i wbrew pozorom nie jest ich wcale mało – dodatkowe pieniądze to byłoby coś, na co autentycznie zasługują. Nawet 12,5 tysiąca złotych brutto to jest godne wynagrodzenie za ich pracę.
Mówiąc o zarobkach parlamentarzystów, warto też pamiętać o jeszcze jednej zasadzie – mianowicie, że posłem się bywa, to nie jest zawód, to nie jest etat. Bycie posłem to jest wyróżnienie, zaszczyt, ale to nie jest miejsce zatrudnienia na stałe i tego też trzeba mieć świadomość. Jest też kwestia prywatności posła czy senatora, która jest teorią. W trakcie kadencji posła miałem wiele spotkań, dajmy na to, z młodzieżą i temat pieniędzy też się pojawiał. Kiedy pytałem o prywatność, to w ustach moich odbiorców kwestia ta nie została wyceniona niżej niż 10 tysięcy złotych. Co ciekawe, ta kwota rosła, kiedy miała dotyczyć prywatności posła czy senatora. Chcę powiedzieć, że istotą bycia osobą publiczną jest brak prywatności. Posłem jest się 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.
Tyle że to jest rekompensowane i przekłada się na wyższe pensje…
– Kiedy byłem posłem, z tabloidów dowiadywałem się, że zarabiam 25 tysięcy złotych miesięcznie, podczas gdy dzisiaj słyszę, że jest to 8 tysięcy złotych. To świadczy o tym, że ktoś przez cztery lata, kiedy ja zasiadałem w Sejmie, okłamywał Naród i wlewał ludziom do głów, że posłowie to zarabiają krocie, tak duże sumy, że tym samym okradają ludzi. Na tym polega różnica, że teraz padła cyfra ponad 8 tysięcy, a nie 25 tysięcy.
Z czegoś się to jednak brało?
– Owszem, to brało się z tego, że każdy poseł oprócz tego, że ma to uposażenie podstawowe, które wynosi ok. 8,5 tysiąca złotych, otrzymuje też dietę poselską, która przysługuje osobom pełniącym różne funkcje publiczne – jest to kwota nieopodatkowana i wynosi 2,5 tysiąca złotych.
Co zatem powoduje, że podawana cyfra zarobków parlamentarzysty jest dużo wyższa?
– To jest 15 tysięcy złotych, które każdy poseł czy senator otrzymuje na prowadzenie swojego biura, ale uściślając, są to pieniądze, których poseł nie ma prawa dotknąć prywatnie. To są pieniądze przeznaczone na działalność, na to, aby dotrzeć do wyborców i być jak najbliżej nich, to są pieniądze na biuro, na wynagrodzenia pracowników, z których każdy parlamentarzysta musi się rozliczyć. Nie są to zatem pieniądze będące prywatną własnością posła czy senatora. Kto się nie rozliczy, musi się liczyć z zarzutami prokuratorskimi.
Warto o tym pamiętać, bo jak przemnożymy te 15 tysięcy złotych razy 12 miesięcy i razy cztery lata trwania kadencji, to robi się z tego bardzo duża suma, tyle że każdy poseł musi się z tych pieniędzy rozliczyć. Jest to zatem bardzo poważna sprawa i dyskutując o zarobkach parlamentarzystów, też warto o tym pamiętać. Jednak problemem nie jest cyfra czy cyfry zarobków, ale problemem jest brak w Polsce tradycji rozliczania posłów czy senatorów. Przyjmujemy założenie – niestety, że raz na cztery lata wyborca podejmuje decyzję, a potem właściwie nie ma kontaktu z posłem. Warto zatem zadać sobie pytanie, czy wiemy, gdzie nasz poseł, senator ma biuro, czy bywa na sesjach gminy, w której mieszkamy, czy jest aktywny w pracach Sejmu? Mam tu na myśli składanie interpelacji, zapytań, oświadczeń, a nie tylko bycie przysłowiową maszynką do głosowania czy zabieranie głosu z mównicy, bo to nie wyczerpuje znamion aktywności posła.
Innymi słowy zachęca Pan do rozliczania posłów i senatorów?
– Dokładnie, zacznijmy ich pytać, co robią w Sejmie, bądź czego nie robią i dlaczego. Jeśli okaże się, że robią za mało, to zacznijmy od nich wymagać większej aktywności. Posłowie bowiem otrzymują pieniądze od podatników, to nie są pieniądze, które spadają z nieba. Dlatego podatnicy i wyborcy mają prawo wiedzieć, czym zajmuje się, co robi poseł, i wymagać od niego.
Czy jest to dobry moment na dyskusję o podwyżkach w sytuacji, kiedy mamy koronakryzys? Może trzeba było poczekać na bardziej odpowiedni czas…
– Podwyżki dla przedstawicieli władzy czy administracji nigdy nie wzbudzają dobrych emocji. Każdy czas jest zły. Zapewniam, że gdyby ta dyskusja odbyła się w ubiegłym roku, bezpośrednio po wyborach, to słyszelibyśmy przekaz, że dopiero co dorwali się do władzy, a już robią sobie podwyżki. Zatem w tej materii każdy czas jest zły. Mamy 460 posłów – i być posłem to zawsze jest zaszczyt, godność, ale żeby wymagać od wybrańców Narodu poświęcenia, wysiłku, który – proszę mi wierzyć, podobnie jak stres towarzyszy pracy każdego posła, który poważnie traktuje swoją misję, to trzeba, aby godnie zarabiał. To w jakimś stopniu zrekompensuje wspomniany przeze mnie brak prywatności, rozłąkę z rodziną, co jest bardzo odczuwalne.
Polityk jest narażony także na nie zawsze uczciwe podejście mediów, paparazzich i często jedyną formą obrony jest po prostu milczenie. Przyznam się panu redaktorowi, że po zakończeniu kadencji posła najbardziej cieszyłem się z jednej rzeczy, mianowicie z odzyskanej wolności w sensie prywatności. Moi koledzy, którzy powtórnie zostali posłami, tego niestety nie mają. Dlatego zanim zaczniemy oceniać i wyrażać swoje opinie o podwyżkach i pieniądzach dla posłów, senatorów, członków rządu itd., powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie: jaka jest cena naszej prywatności, na ile wyceniamy swoją prywatność, czy i na ile zgodzilibyśmy się być poddanymi ocenie społecznej, publicznej 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu?
Tylko że nikt nikogo nie zmusza do kandydowania, do wyboru drogi politycznej?
– To prawda, nikt nie zmuszał nas do pretendowania do roli posła czy senatora i jak wiemy, chętnych do tej roli nie brakuje. Tylko wiele z tych osób nie ma świadomości, że bycie posłem czy senatorem, obok zaszczytu, to jest także ogromny balast psychiczny i fizyczny. I bardzo dużo osób, o czym mało się mówi, bardzo szybko ma problemy z układem krążenia. Udary i zawały serca w tej grupie nie są zjawiskiem rzadkim, a powodem tego jest właśnie stres. Ponadto w tej grupie chorobą bywa też alkoholizm, który bierze się m.in. z samotności, bo posłowie czy senatorowie, choć otaczani przez media, tak naprawdę są bardzo samotni. W tym świecie górę często biorą interesy, a brakuje czysto ludzkich relacji. I ktoś, kto jest długi czas poza domem, z dala od rodziny, może mieć poważny problem. Życie posła nie jest zatem usłane różami, tylko że o tym się nie mówi i o tym się nie pisze.
Tak czy inaczej ustawa, Pana zdaniem, porządkuje sferę wynagrodzeń polityków?
– Ta ustawa, która nie mówi tylko o posłach czy senatorach, nie tylko mówi o prezydencie, premierze, ministrach, wiceministrach, ale także o samorządowcach, wprowadza – na dzisiaj – jedną ważną rzecz, mianowicie rozpoczyna dyskusję o tym, jak osoby odpowiedzialne – na różnym stopniu politycznej hierarchii – powinny być wynagradzane. Ta ustawa mówi przecież także o prezydentach miast, burmistrzach, wójtach, bo w wielu przypadkach burmistrzowie czy wójtowie odpowiadają za wielomilionowe budżety i sprawy kilku czy kilkunastu tysięcy osób, a zarabiają na poziomie pięciu tysięcy złotych. Przy czym – tak jak wspomniałem – mają ogromną odpowiedzialność prawną, a także działają pod presją psychiczną, bo każda decyzja może się kończyć prokuratorem.
Mówię o tym, dlatego żeby skończyć z traktowaniem osób władzy jako tych, którzy nic nie robią. Nie pozwólmy też, aby ocena marginesu zdominowała fakty i ocenę osób, które na różnym szczeblu chcą coś dobrego zrobić. Potraktujmy zatem te podwyżki jako coś, na co ci ludzie zasługują. Jeśli nie sprowadzimy tej rozmowy do normalnej, merytorycznej dyskusji, ale zaczniemy oceniać emocjonalnie, to okaże się, że równie dobrze ci ludzie będą mogli pracować za przysłowiową czapkę śliwek. Oczywiście także prestiż zajmowanego stanowiska wymaga, aby zarobki otrzymywane za pracę nie szły do dołu, a do góry. Jeśli dyskusje sprowadzimy do status quo w zarobkach bądź wyjdziemy z założenia, że zarobki trzeba jeszcze obniżyć, to może się okazać, że nie będzie chętnych do podejmowania działalności publicznej. Tego wszystkiego nie powiedzą obecni posłowie, którym może nie wypada mówić o tych sprawach, ale my możemy. Dlatego nazywam rzecz po imieniu.
Co sądzi Pan o akcji „Ubierz swojego posła” zapoczątkowanej przez internautów?
– Muszę w tym miejscu bronić posłów i senatorów. Faktem jest, że eleganckim strojem w przypadku mężczyzny jest garnitur. Poseł czy senator – rzec można – żyje na dwa miasta – Warszawę, a więc parlament, i miasto, gdzie jest jego dom rodzinny i okręg wyborczy. Ze swojego doświadczenia parlamentarzysty wiem jedno, że nie wspominając o domu i okręgu, ale tylko w Warszawie musiałem mieć przynajmniej dwa komplety garniturów, koszule spodnie, buty itd., które w każdej chwili, jeśli tylko zaszła taka potrzeba, można założyć. Te rzeczy przez fakt codziennego bardzo intensywnego użytkowania się zużywają, więc średnio co pół roku dokupywałem trzy, cztery garnitury. Garnitur dla posła jest jak mundur dla żołnierza, jak biały fartuch dla lekarza czy pielęgniarki.
Źle czuliby się wyborcy, gdyby poseł przychodził na spotkanie z nimi czy na sesję rady miasta w dżinsach i flanelowej koszuli. Z pewnością czuliby się urażeni, bo nie tak powinien wyglądać człowiek, który ich reprezentuje. To samo dotyczy prezydenta czy pierwszej damy, także premiera, a Polacy, widząc, jak się prezentują ich przedstawiciele, są dumni, że wyglądają oni godnie. I zapewniam pana, że tego właśnie oczekują wyborcy. Co ciekawe, że polscy parlamentarzyści nie mają – tak jak w innych krajach – możliwości odpisania sobie zakupów tych rzeczy: garniturów, koszul, krawatów, butów, od podatku, bo nie jest to uznawane jako część wyglądu podczas reprezentowania państwa. Tymczasem posłowie też mają spotkania w ambasadach, wyjazdy zagraniczne itd., gdzie reprezentują nas i nasz kraj na zewnątrz. Muszą więc wyglądać godnie, a to kosztuje, i to nie mało. Ponadto poseł, tak jak każdy człowiek, płaci rachunki za media, za mieszkanie itd., musi więc godnie zarabiać. Jest to też argument za tym, aby walczyć o lepsze życie, o godne zarobki dla obywateli, których reprezentują.
Dziękuję za rozmowę.

