Jaka była droga dochodzenia do strajków na Wybrzeżu, jak z perspektywy 40 lat wspomina Pan Sierpień 1980 roku?
– Jako odnowienie buntu antykomunistycznego zapoczątkowanego przez Poznański Czerwiec 1956 roku. Bunty, demonstracje niezadowolenia społecznego pojawiły się też w 1968 roku m.in. w Gdańsku, Warszawie i Krakowie, gdzie protestowali studenci, robotnicy. Były krwawo stłumione bunty w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie i Elblągu w grudniu 1970 roku. Kolejne strajki, zwolnienia ludzi z pracy miały miejsce w czerwcu 1976 roku. Warto też pamiętać, że deklarację Wolnych Związków Zawodowych (WZZ) podpisał m.in. Antoni Sokołowski – stoczniowiec, który w 1976 roku niejako wymusił strajk na swoich kolegach i na dyrekcji, przecinając siekierą kable elektryczne, tym samym unieruchamiając pochylnie, na których remontowano statki.
Dzięki temu tysiące ludzi miało pretekst, by przerwać pracę i rozpocząć strajk. Antoni Sokołowski niestety nie dożył powstania NSZZ „Solidarność”, bo zmarł w 1979 roku, ale niewątpliwie jest jednym z bohaterów – ludzi, którzy przedłużali walkę z komunizmem. W końcu przyszedł 1980 rok, kiedy działacze WZZ umiejętnie wpisali się w bunt stoczniowców, robotników Trójmiasta, Pomorza i de facto całej Polski, pokierowali strajkiem w kierunku rozbicia konceptu leninowskiego, że związki zawodowe są transmisją partii komunistycznej do mas. Tymczasem nie. Związki zawodowe mają służyć obronie interesów ludzi pracujących. Okazało się, że to narzędzie, ten kierunek uderzenia jest skuteczny, komunizm został zdemaskowany, co prawda zareagował wprowadzeniem stanu wojennego, represjami, znów były strzelaniny, przelana krew, więzienia, ale to były ostatnie podrygi i w rezultacie komunizm padł.
W dochodzeniu do Sierpnia ’80 wymienił Pan Antoniego Sokołowskiego, a kto dla Pana jest dzisiaj największym bohaterem strajków gdańskich i demokratycznych przemian w Polsce?
– Najgłębiej odczuwam powinowactwo duchowe, ale zarazem zobowiązanie duchowe, moralne wobec Anny Walentynowicz. Anna była najbardziej bohaterska, oddana, pełna poświęcenia i nikt nie może się z nią porównywać, jeśli chodzi o ofiarność i stałą aktywność patriotyczną. Anna działała już przecież podczas strajku w grudniu 1970 roku, gdzie była nieugięta, ale była też najbardziej czynną aktywistką WZZ. Przecież to od jej wyrzucenia z pracy w stoczni w 1980 roku rozpoczęła się akcja strajkowa będąca wyrazem buntu antykomunistycznego, do którego przystąpiły tysiące stoczniowców, a dalej cały kraj.
Również później – już w okresie NSZZ „Solidarność” – Wałęsa wyrzucił Annę z komisji zakładowej i usiłowano ją zniszczyć. Kiedy były próby zniszczenia projektu pomnika Poległych Stoczniowców – sławnych trzech krzyży, które są dzisiaj dumą wszystkich Polaków, a w tym miejscu miał być pomnik pojednania narodowego, gdzie miały widnieć również nazwiska esbeków, milicjantów, którzy zginęli w grudniu 1970 roku – Anna się temu stanowczo sprzeciwiła. Uparła się i nie dopuściła do tego historycznego fałszu. Później, 13 grudnia 1981 roku, została internowana, była więziona i natychmiast po uwolnieniu ta drobna, schorowana kobieta, poruszająca się o kulach, podjęła działalność antykomunistyczną.
Była gotowa zawsze nieść pomoc, w swoim pokoiku z kuchnią, na trzecim piętrze, udzielała schronienia kurierom. To był niezwykły, ofiarny człowiek. Kiedy „Solidarność” się załamywała – był taki czas, po strzelaninie w „Wujku”, to Anna jeździła po Polsce, budząc ducha solidarnościowego w społeczeństwie. Stan wojenny wywołał pewien paraliż i Anna zabiegała o powstanie tablicy poświęconej pamięci zamordowanych górników. To zrobiła Anna, poruszając sumienia ludzi, krążąc od mieszkania do mieszkania, od miasta do miasta i niejako wymuszała te rzeczy.
Spotykał się Pan często z Anną Walentynowicz, jak Pan ją wspomina?
– To był wielki człowiek, choć małej postury kobieta. Pamiętam szczególnie nasze spotkanie w 2010 roku, tuż przed jej wyjazdem do Warszawy, skąd miała wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim i najważniejszymi osobami w państwie lecieć na uroczystości rocznicowe do Katynia. Rozmawiałem z Anną długo w jej mieszkanku i kiedy miałem wychodzić, Anna – jakby przeczuwając nieszczęście – powiedziała: „Krzysiu, ale co będzie z Polską…?”. To dowód, że Anna żyła Polską, żyła troską i walką o demokrację, o wolność, niepodległość naszej Ojczyzny. To była prawdziwa patriotka, która życie oddała w służbie Polsce. Napięcie, entuzjazm, jakimi była przepełniona, którymi emanowała, udzielały się innym ludziom. Tak już w życiu jest, że człowiek dzieli życie między pracę, działalność społeczną, polityczną, także życie prywatne, bo każdy ma prawo do odpoczynku, ale Anna sobie takiego prawa nie dawała. Była bojowniczką stuprocentową.
Anna Walentynowicz żyła Polską, była i jest ikoną, co zatem sprawiło, że przywódcą strajku w Stoczni Gdańskiej został Lech Wałęsa?
– Prawdę mówiąc, niewiele za tym przemawiało. Zdecydowało jego doświadczenie jako człowieka dwóch stron. Dzięki tej grze, kiedy inni zwyczajnie mieli opory, bali się o swój los i swoich najbliższych, on miał komfort, poczucie bezpieczeństwa, i to z obu stron.
W sytuacji przełomowej zawsze jest tak, że ścierają się dwie siły, i tak było wtedy. Z jednej strony mieliśmy społeczeństwo, Naród Polski, Kościół, a z drugiej strony mafię sowiecką i polską agenturę, a pomiędzy byli pośrednicy, którzy robili swoje własne interesy. Takim kombinatorem, który w oku cyklonu założył swój mały interesik, był właśnie Wałęsa. Jako działacz stał się sławnym, majętnym człowiekiem, ale inną kwestią jest moralność. Ale od moralności to była Anna Walentynowicz, która żyła dosłownie w nędzy, nie mając na lekarstwa. Kiedy z uwagi na choroby nie mogła pracować, to Wałęsa publicznie wezwał, że nie wolno jej pomagać, bo rzekomo robiła krzywdę, szkodziła człowiekowi, którego Donald Tusk nazwał „naszą narodową ikoną”.
Tyle że Anna nikomu nie robiła krzywdy, a o Wałęsie mówiła prawdę. Anna do momentu uhonorowania przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego była – rzecz można – pod wodą, była znieważana, poniżana, a tacy ludzie jak Wałęsa nawet do dzisiaj mają swoich apologetów, którzy traktują ich jak ikony. Nie sądzę, żeby mądrzy, wartościowi ludzie uważali Wałęsę za bohatera w rozumieniu polskich, narodowych, patriotycznych tradycji.
Jakie zadania do spełnienia ma „Solidarność” dzisiaj, po 40 latach od powstania?
– Przesłanie „Solidarności” jest cały czas aktualne. „Solidarność” w 1980 roku stanęła wobec tych samych wyzwań, co wcześniej Legiony Polskie w czasie I wojny światowej, czyli walki o niepodległość, o wolność, o demokrację, o Polskę i prawo do jej powrotu na międzynarodową arenę. Te podstawy, które przyświecały legionistom, stoczniowcom, nie zniknęły i są aktualne, także wobec współczesnych – bardzo potężnych – zagrożeń. Polska wciąż znajduje się między Rosją a Niemcami i rurociąg Nord Stream jest współczesnym paktem Ribbentrop-Mołotow skierowanym m.in. przeciwko nam. To są współczesne, ekonomiczne metody wpływania na poszczególne kraje i całe szczęście, że uniezależniamy się od dostaw gazu ze strony Rosji. „Solidarność” jako siła społeczna, jako idea, która poprowadziła Polskę i Polaków do niepodległości w 1980 roku, jest dzisiaj potrzebna – jako związek zawodowy, który buduje fundamentalny patriotyzm, który jest też niezbędny, aby władzy – każdej władzy, patrzeć na ręce i dbać o interesy pracowników.
Gdzie jest miejsce tablic z 21 postulatami „Solidarności”, które Europejskie Centrum Solidarności i gdański samorząd próbują zawłaszczyć?
– To, co się dzieje wokół tablic z postulatami, jest czymś okropnym. Nie może być tak, że Europejskie Centrum Solidarności, które solidarność ma tylko w nazwie, rości sobie prawo do narodowej własności. Tablice jako materiał były własnością Stoczni Gdańskiej, a Arkadiusz Rybicki i Maciej Grzywaczewski – poproszeni – spisali na nich 21 postulatów. Każdy miał wówczas – w trakcie strajku – swoje zadania, ja również, czy zatem wszystkie ulotki, wszystkie pisma strajkowe, za co byłem odpowiedzialny – dzisiaj należą do mnie...? No nie. Dlatego jakieś prawa własności dzisiaj wysuwane co do tych tablic, że należą one do spadkobierców Arkadiusza Rybickiego, do Macieja Grzywaczewskiego czy do Europejskiego Centrum Solidarności, są nonsensem.
Jest to zwykła bezczelność, ale też pogarda dla historii. „Solidarność” była i jest dziełem zbiorowym, to był wspólny wysiłek całego polskiego Narodu – nie tylko stoczniowców, Gdańska, Pomorza, ale całej Polski. Nie byłoby sukcesów Sierpnia 1980 roku, gdyby nie postawa Śląska, Warszawy, Krakowa, Lublina i innych regionów. Współpracowaliśmy, wzajemnie się wspierając, i to, że dzisiaj ktoś próbuje twierdzić, że te tablice mają być eksponowane w Europejskim Centrum Solidarności, jest nieporozumieniem. To, co robi obecnie Europejskie Centrum Solidarności, uważam za poniżanie ducha „Solidarności”. Jeśli to środowisko twierdzi, że jakiekolwiek artefakty z czasów strajków sierpniowych mają pozostać w tym skądinąd bardzo upolitycznionym miejscu, to zachowuje się absurdalnie. Próba zawłaszczenia przeszłości przez ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego, jest nieporozumieniem. Kim w 1980 roku, w okresie strajków gdańskich, był Donald Tusk, kim był obecny szef Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski, żeby się w tych sprawach wypowiadać? Tablice z 21 postulatami „Solidarności” są własnością NSZZ „Solidarność”, są własnością polskiego Narodu.
Jak odebrał Pan pomysł Rafała Trzaskowskiego dotyczący powołania ruchu społecznego „Nowa Solidarność”?
– Ze spokojem… To jest tak absurdalny pomysł, że można go obalić śmiechem. Nie ma żadnej nowej „Solidarności”, „Solidarność” jest jedna. Myślę, że Rafał Trzaskowski powinien się zająć ściekami, jakie znów zalewają Wisłę. To już drugi raz na przestrzeni roku, kiedy włodarz Warszawy nie potrafi zapanować nad sytuacją, zwłaszcza że grozi to poważną katastrofą ekologiczną. Człowiek, który jawnie występuje w obronie uposażeń i przywilejów byłych agentów komunistycznych, nie ma prawa mówić o „Solidarności”.

