logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

PiS posuwa się o jeden most za daleko

Wtorek, 15 września 2020 (13:52)

Aktualizacja: 15 września 2020 (14:10)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czemu ma służyć pomysł Prawa i Sprawiedliwości dotyczący dość radykalnego zwiększenia ochrony, żeby nie powiedzieć, praw zwierząt?

– Prawdę mówiąc, nie wiem. Natomiast mam cały szereg wątpliwości, widzę też cały szereg zagrożeń – i mówię to nie jako polityk, nawet nie jako politolog. Mianowicie moim pierwszym zawodem i pierwszą szkołą, jaką ukończyłem, było technikum hodowlane. Dlatego chciałbym na całą tę sprawę spojrzeć z nieco innej perspektywy. Po pierwsze – warto sobie uświadomić, że zwierzęta futerkowe są jednymi z najbardziej stresogennych zwierząt hodowlanych. To znaczy, że jeśli hodowca chce uzyskać bardzo dobry materiał, produkt, za który otrzyma dobre pieniądze, to musi dbać o hodowlę. Musi bardzo dobrze karmić zwierzęta, dbać o nie i je szanować, zapewniając im możliwie jak najlepsze warunki, a wszystko po to, aby pojawiła się jakość. Te wszystkie filmiki, jakie są nam podsuwane przez media, wszystkie przypadki patologiczne hodowli, że ktoś na żywca ściąga skórę ze zwierzęcia, to jest temat dla prokuratora i psychiatry. Żaden hodowca, który wie, że od tego zależy byt jego i jego rodziny, nigdy nie będzie źle traktował zwierząt, które tak naprawdę są jego żywicielami. To są istoty, dzięki którym on zarabia na życie. Hodowcy doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego to, co widzimy w przekazach chociażby z YouTube dotyczących traktowania zwierząt, to jest patologia, to jest zwyrodnienie i tak do tego trzeba podejść. Z całą pewnością nie jest to norma, natomiast są to przypadki dla prokuratury.

Tymczasem projekt PiS wiąże się z ograniczeniem hodowli zwierząt futerkowych, a tym samym działalności gospodarczej. Czy państwo ma prawo wprowadzać takie ograniczenia?

– Chciałbym powiedzieć o czymś, o czym oficjalnie się nie mówi, a co dotyczy tej wojny, bo mam wrażenie, że prezes Jarosław Kaczyński i PiS dali się wciągnąć w wojnę toczącą się na rynku. Mianowicie warto mieć świadomość, że fermy zwierząt futerkowych są ważnym ogniwem w procesie utylizacji odpadów poprodukcyjnych pochodzących z zakładów drobiarskich, wędliniarskich czy przetwórstwa rybnego. I jeżeli zlikwiduje się fermy zwierząt futerkowych, to trzeba będzie pomyśleć nad innym sposobem utylizacji odpadów wymienionych przeze mnie zakładów, a to oznacza, że czeka nas utylizacja tzw. przemysłowa. Jako poseł na Sejm uczestniczyłem w spotkaniach z przedstawicielami ferm, którzy mówili wyraźnie, że tu nie chodzi o zwierzęta futerkowe, nie chodzi też o żadne humanitarne traktowanie zwierząt, ale rzecz rozbija się o to, aby to, co dzisiaj – w ramach utylizacji odpadów robią fermy – robiły firmy, które prowadzą zakłady do utylizacji odpadów po zwierzęcych. I o to się rozbija cały problem, w myśl starej zasady, że kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Myślę, że warto o tym powiedzieć głośno.

Czym grozi likwidacja ferm zwierząt futerkowych w Polsce? Czy nie ma zagrożenia, że kolejnym etapem będzie zakaz hodowli drobiu itd., pod płaszczykiem, że hodowle te także są niemoralne?

– Zapewniam, że wprowadzanie zakazu hodowli norek, lisów będzie otwarciem furtki do likwidacji polskich hodowli w ogóle. W taki sposób bardzo szybko można budować całą ideologię dotyczącą hodowli kaczek, gęsi, kur, trzody chlewnej itd. Jeśli politycy Zjednoczonej Prawicy uchylą tę furtkę, to za tym pójdzie lawina i polskie rolnictwo, polscy hodowcy mogą mieć bardzo poważy problem. Warto bowiem cały czas pamiętać, że za środowiskami pseudoekologów stoją ci, którzy chcą wyeliminować z rynku polską konkurencję. Wysadzanie w powietrze polskich hodowli zwierząt futerkowych to nic innego jak wsparcie tychże hodowli w innych państwach, na całym świecie, a w pierwszej kolejności w Unii Europejskiej.

Jaką pozycję w świecie mają polskie hodowle zwierząt futerkowych?  

– Polskie hodowle zwierząt futerkowych mają bardzo dobrą renomę i bardzo wysokie notowania na całym świecie. Dlatego zainteresowani hodowcy zagraniczni zacierają ręce, widząc, co próbuje się zrobić w Polsce, bo aż palą się, aby przejąć nasz rynek producencki, ale też rynek zbytu dla swoich wyrobów branży futrzarskiej. Powinniśmy sobie uświadomić, że za przemysłem futrzarskich w Polsce stoją tysiące ludzi, to są miejsca pracy, z tego utrzymują się tysiące rodzin. To są firmy, w których powstanie włożono duże pieniądze, zaciągnięto kredyty, także kredyty hipoteczne. I to wszystko warto mieć na względzie. Jeszcze raz powtórzę, że przypadki patologicznych zachowań, które widzimy w przekazach telewizyjnych ilustrujące temat hodowli zwierząt futerkowych, co ma być rzekomo argumentem za likwidacją takich ferm, to nie jest norma. Sadyści zdarzają się wszędzie i trzeba to ścigać i karać z całą surowością, ale nie można wylewać dziecka z kąpielą.        

Zatem PiS, próbując przeforsować ustawę dotyczącą ochrony zwierząt, brnie w stronę ideologii?

– Mam wrażenie, że ktoś wykorzystuje słabość prezesa Jarosława Kaczyńskiego i jego – skądinąd nigdy nieukrywaną – sympatię do zwierząt. Większość z nas ma kota, psa czy świnkę morską, i każdy normalny człowiek burzy się, gdy widzi znęcanie się nad zwierzętami, co zawsze powinno być ścigane i karane. Co do tego nie ma wątpliwości, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Dzisiaj zakaże się hodowli zwierząt futerkowych, a jutro pojawią się kolejne obostrzenia. I w taki oto sposób, w perspektywie kilku lat, możemy zamknąć całą polską produkcję zwierząt hodowlanych.

Owszem, Jarosław Kaczyński ma wielkie serce dla zwierząt, ale prezes powinien mieć przede wszystkim serce do ludzi, którzy utrzymują się z hodowli zwierząt. Ci ludzie żyją, pracują, płacą podatki i choć sama branża futrzarska może nie jest duża, to stanowi istotny ciąg w produkcji zwierząt w Polsce. Zwierzęta futerkowe są też – o czym wspomniałem wcześniej – istotnym ogniwem w utylizacji odpadów poprodukcyjnych. To jest naprawdę poważny problem, chyba że chcemy mieć padlinę walającą się po lasach, albo padlinę, za której utylizację zakłady mięsne będą musiały płacić bardzo duże pieniądze firmom nie polskim, ale zagranicznym, co więcej, przez to ceny wyrobów na naszym rynku wzrosną, co wszyscy jako konsumenci odczujemy w naszych portfelach. O ile dzisiaj za utylizację zakłady drobiarskie, wędliniarskie czy przetwórstwa rybnego nie płacą, nawet więcej, to hodowcy zwierząt futerkowych płacą im za odpady, tak za utylizację przemysłową będą już musiały płacić, bo to jest biznes. I to jest zasadnicza różnica.

Czy PiS, mając trzy lata do kolejnych wyborów, nie zaczyna eksperymentować – chociażby przez projekt ustawy „Piątka dla zwierząt”, i czy poprzez tę ustawę, którą szumnie nazywa się ekologiczną, nie szuka poparcia młodzieży? Nie jest to jednak błąd?

– PiS, forsując ten pomysł, nie pozyska młodych ludzi zafascynowanych ekologią, w tym względzie nie przelicytuje Lewicy, co więcej, straci wśród konserwatywnej części wyborców. PiS dało się wciągnąć w pułapkę, która ma też podłoże ideologiczne, również emocjonalne, ale nie jest to z pewnością podłoże racjonalne. Nie mylmy szacunku do zwierząt, nie mylmy natury św. Franciszka ze świadomością tego, że Bóg dał człowiekowi ziemię, zwierzęta i kazał ją czynić sobie poddanymi. To są dwa istotne, aczkolwiek różne elementy, które ktoś próbuje wykorzystać, mieszając nam w głowach.     

Owszem, zwierzę nie jest rzeczą i każdej istocie żywej należy się szacunek, ale warto też przyjąć pewną hierarchię wartości. Mianowicie, podczas gdy w szybkim tempie PiS chce przeprowadzić ustawę o ochronie zwierząt, w sejmowej zamrażarce czeka projekt ochrony życia ludzkiego…

– To jest właśnie pułapka. Kiedyś jeden z polityków Koalicji Obywatelskiej powiedział mi: pamiętaj, że dla tzw. ekologów usunąć ciążę to jak wyrwać ząb, a w obronie psów, kotów wytoczą największe działa i zrobią z tego wojnę. Tymczasem życie ludzkie jest najważniejsze, koniec, kropka. Natomiast nie wiem, czy forsując ustawę zwiększającą ochronę zwierząt, prezes Kaczyński nie posuwa się o jeden most za daleko. Naprawdę idzie bardzo niebezpiecznie, wchodzi w bardzo ostry zakręt. W poprzedniej kadencji Sejmu, kiedy byłem posłem, udało się to szaleństwo powstrzymać, bo postawiliśmy na racjonalne, bardzo uczciwe pokazanie, jak wygląda prawdziwa hodowla zwierząt futerkowych, że różni się od patologicznych zachowań, które są marginesem, często niewystępującym nawet u nas, w Polsce. Do znudzenia będę powtarzał, że każdy hodowca związany ze zwierzętami wie, że jeśli nie zapewni się im odpowiednich warunków hodowli, to nie zarobi na tym, bo złej jakości futra, złej jakości produkcja się nie sprzeda, a co za tym idzie, pójdzie z torbami. Polskie firmy, polskie wyroby branży futrzarskiej mają swoją renomę, są cenione. Polska to nie Azja, skąd bardzo często pochodzą filmiki dostępne w internecie o przemocy wobec zwierząt, ale na pewno nie z polskich hodowli. Ktoś jednak próbuje to wykorzystać i sprowadzić odium na całą branżę futrzarską, w tym również na polską.

Pod względem politycznym czym może się skończyć dla PiS forsowanie tej ustawy?

– To spowoduje spadek wiarygodności partii Jarosława Kaczyńskiego w środowiskach hodowców. To wywoła wiele wątpliwości wśród popierających PiS. Jeśli ustawa faktycznie zostanie uchwalona, może to zniechęcić część wyborów. Jest też pytanie, w jakiej formie zostanie uchwalone nowe prawo, czy PiS ugnie się przed protestami, czy pójdzie w zaparte. Tak czy inaczej to może się źle skończyć dla tej partii. Z drugiej strony jest to woda na młyn dla takich środowisk jak Konfederacja, która zrobi wszystko, żeby to wykorzystać dla siebie. Proszę też zwrócić uwagę, że mówimy tu także o prawach zwierząt zabijanych w ramach uboju rytualnego, który ma swoje obwarowania. Polska jest dzisiaj jednym z nielicznych państw na świecie, w którym taki ubój jest prowadzony, podczas gdy wiele państw z tego zrezygnowało. PiS chce też, aby zaprzestano wykorzystywania zwierząt na arenach cyrkowych oraz ograniczenia trzymania zwierząt na stałe na uwięzi – na łańcuchu. Oczywiście ktoś, kto znęca się nad zwierzęciem, trzymając je na stałe na krótkim łańcuchu, powinien być ścigany i co do tego nie ma wątpliwości, ale co do cyrków, to jest to próba zabicia kolejnej gałęzi rozrywki, która funkcjonowała i funkcjonuje od wieków. Jest zatem pytanie, czy wprowadzając zakaz, kolejny raz nie strzelamy sobie w kolano.

             Dziękuję za rozmowę.

 

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl