logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Przetasowania w Platformie

Wtorek, 29 września 2020 (21:10)

Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Cezary Tomczyk nowym szefem Klubu Parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej. Nowa twarz, nowa jakość?

– Z całą pewnością nie możemy tu mówić o żadnej nowej jakości. Cezary Tomczyk jest – można powiedzieć – moim kolegą z okręgu wyborczego – sieradzkiego. Był liderem listy Koalicji Obywatelskiej w tym okręgu, pochodzi, zdaje się, z Sieradza – mówię zdaje się, bo przyznam, że choć pięć lat jestem posłem na Sejm, to nigdy go nie widziałem na jakichkolwiek uroczystościach. Widać sprawy „wielkiej” polityki tak bardzo go pochłaniają, że jakoś specjalnie się nie pokazuje w swoim okręgu wyborczym. Natomiast znany jest mi głównie z tego, że był rzecznikiem rządu premier Ewy Kopacz, że od jakiegoś czasu jako młody zdolny jest twarzą medialną – celebrytą Platformy Obywatelskiej. Chyba do końca życia zapamiętam, jak w ubiegłym roku tuż po wyborze prof. Tomasza Grodzkiego na marszałka Senatu zaintonował z mównicy sejmowej hymn Polski. Fałszując, próbował śpiewać, posiłkując się tekstem „Mazurka Dąbrowskiego” ze smartfona, tym samym pokazując całej Polsce, że nie zna treści hymnu państwowego.      

Co wybór Cezarego Tomczyka oznacza dla Borysa Budki?

– Cezary Tomczyk to – rzecz można – człowiek Borysa Budki. Borys Budka, który – wydaje się – czując ciśnienie wewnątrz Koalicji Obywatelskiej po fiasku wyborów prezydenckich, gdzie była potrzeba ofiary, chęć, żeby kogoś ukarać za kolejną już wyborczą porażkę, dokonał sprytnego ruchu i wystawił zaufanego sobie, bliskiego współpracownika na stanowisko przewodniczącego klubu parlamentarnego. Wszystko po to, żeby nie urósł mu żaden nowy konkurent, który z pozycji startowych mógłby mu zagrozić jako przewodniczącemu Platformy.

Funkcja przewodniczącego klubu parlamentarnego jest dosyć istotna. Szef klubu wpływa na kształt bieżącej polityki, to on inicjuje pewne ustawy w Sejmie, a w przypadku Platformy, gdzie, jak wiadomo, trudno mówić o projektach ustaw, bardziej inicjuje pewne wydarzenia medialne – mam na myśli aktywność kontestacyjną tej formacji na forum publicznym. Przewodniczący klubu ma także za zadanie układanie bieżącej polityki, tego, na co należy położyć nacisk, kogo trzeba ostrzej zaatakować, kogo mniej, na co zwracać baczniejszą uwagę. I pod tym względem Cezary Tomczyk jest dla Borysa Budki idealnym przewodniczącym klubu – w żaden sposób mu nie zagraża, jest z nim w jednej politycznej rodzinie, co więcej, jest też pewnym wyjściem z sytuacji dla tych, którzy żądali głowy Borysa Budki i jego dymisji z funkcji przewodniczącego Klubu Parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej.

Czy z tej wewnętrznej rywalizacji, wręcz nawet wewnętrznej kłótni, także po sobotniej konwencji, Platforma wychodzi wzmocniona, czy wprost przeciwnie?

– Konwencja programowa Platformy była wielkim rozczarowaniem. Formacja ta kolejny już raz pokazuje, że w jej szeregach brakuje zdolności do refleksji, co więcej, ten stan utrzymuje się już co najmniej od pięciu lat. Platforma nie ma żadnego realnego programu i trzy zaakcentowane podczas konwencji kwestie, to znaczy: rozłączenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, oświadczeń majątkowych rodzin polityków, czy szerzej – funkcjonariuszy publicznych, oraz stworzenie instytucji, która miałaby być swoistym rzecznikiem praw podatnika, aby – jak twierdzą – pomagać zainteresowanym de facto w walce z wiatrakami, czyli z administracją skarbową, to wszystko jest niczym innym jak biciem piany.

To znaczy?

– Każdy z tych przypadków należy ocenić indywidualnie. I tak, podnoszenie hasła rozłączenia funkcji prokuratora generalnego od Ministerstwa Sprawiedliwości to nic innego jak powrót do państwa z dykty i paździerzu, co oznacza powrót do przeszłości, do Polski sprzed 2015 roku, a więc do rządów koalicji PO – PSL, gdzie prokuratura była niema, głucha i ślepa. Miałem okazję obserwować to z bliska jako wiceprzewodniczący sejmowej komisji śledczej do zbadania prawidłowości i legalności działań organów i instytucji publicznych wobec podmiotów wchodzących w skład Grupy Amberd Gold, gdzie prokuratorzy – włącznie z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem – tłumaczyli się, że nic nie mogli zrobić.

To było ciągłe podkreślanie imposybilizmu państwowego, gdzie prokurator generalny nie był w stanie wpłynąć na prokuraturę rejonową, aby podjęła właściwe, adekwatne do sytuacji działania. Byliśmy świadkami sytuacji, gdzie rząd nie miał wpływu na politykę państwową, bo była ona sztucznie oddzielona tak, aby rozproszyć odpowiedzialność, żeby nikt nie musiał ponosić konsekwencji.

Druga kwestia pokazuje hipokryzję Platformy, mianowicie na początku poprzedniej kadencji Sejmu rozszerzaliśmy dostęp do informacji na temat stanu majątkowego funkcjonariuszy publicznych: prokuratorów, sędziów oraz innych osób zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych, które nie widniały w przestrzeni publicznej. I wówczas Platforma grzmiała, że absolutnie nie można tego robić, że jak to może być, że służby nie mogą sprawdzić majątku, a sąsiad będzie mógł to uczynić i sprawdzić, czy dany sędzia jeździ mercedesem czy bmw. Tymczasem dzisiaj ta sama Platforma domaga się, aby ten zapis jeszcze bardziej rozszerzyć. To zdumiewające, zwłaszcza że taka ustawa została przez Sejm uchwalona i obecnie jest badana przez Trybunał Konstytucyjny po tym, jak prezydent Duda ją tam skierował w ramach kontroli prewencyjnej.

O co zatem chodzi Platformie, skąd ta hipokryzja?

– Myślę, że Platformie chodzi o zaatakowanie premiera Morawieckiego, rządu Zjednoczonej Prawicy, także poszczególnych ministrów. Mamy próbę szukania dziury w całym przy jednoczesnym braku właściwego zachowania wtedy, kiedy taka ustawa była procedowana w Sejmie. Jestem ciekaw, bo nie przypominam sobie, jak w VIII kadencji Sejmu – przy okazji tej ustawy – głosowali politycy Platformy, którzy dzisiaj domagają się jawności majątkowej funkcjonariuszy publicznych…

Pozostaje jeszcze trzecia kwestia wymieniona przez Pana, mianowicie dotycząca rzecznika podatkowego, który miałby się zajmować wsparciem dla podatników…                  

– Platforma zachowuje się niczym znachor, czyli nie leczy przyczyn choroby, tylko chce podać środek uśmierzający ból. To znaczy, gdyby Platforma była odpowiedzialną formacją polityczną, to zaproponowałaby reformę systemu podatkowego, administracji skarbowej, zmiany procedur podejścia urzędnika skarbowego do obywatela, do przedsiębiorcy. Natomiast proponuje stworzenie kolejnej instytucji, która będzie pisać listy do instytucji skarbowych bez jakiegokolwiek wpływu na te instytucje. Chodzi zatem tylko o to, żeby interpretować przepisy w sposób korzystny dla obywatela. Takie podejście to kompletny bezsens, co pokazuje miałkość intelektualną Platformy, brak jakiejkolwiek refleksji. Aczkolwiek pewne przebłyski refleksji podczas tej konwencji też dało się zauważyć.

Ma Pan na myśli wystąpienie Rafała Trzaskowskiego, który mówił m.in. o tym, że Platforma powinna mniej zajmować się sobą?

– Dokładnie. To można odczytywać jako pewien przebłysk i próbę wycofania się z nieracjonalnej narracji Grzegorza Schetyny, która głosi, że Platforma ma być opozycją totalną. Wszyscy chyba pamiętamy to przemówienie, kiedy przed dwoma laty podczas konwencji wyborczej ówczesny przewodniczący Platformy mówił, że musimy strząsnąć ze zdrowego drzewa naszego państwa PiS-owską szarańczę itd. Czy teraz Platformę stać na refleksję… Przyznam, że trudno mi w to uwierzyć. Platforma jest tak zapiekła, tak zradykalizowana, tak przestawiona na tory kontestowania wszystkiego, co robi PiS, że trudno jej będzie wyjść poza utarte ramy z jakąś pozytywną propozycją do Polaków, do swoich wyborców, albo przedstawić jakieś konstruktywne rozwiązania. Uważam, że Platforma za długo była w stanie totalności, żeby nagle przeistoczyć się w gołąbka pokoju.

Jest jeszcze projekt Rafała Trzaskowskiego Nowa Solidarność…

– Uważam, że żadnej Nowej Solidarności nie będzie, może być co najwyżej ruch społeczny „Czajka”. W sobotę, poruszając się samochodem po Warszawie i widząc opady deszczu, powiedziałem do swojej małżonki, że niebawem prezes Wód Polskich pewnie poinformuje o kolejnym zrzucie ścieków do Wisły. Zabrzmiało to proroczo, bo tak się stało i w niedzielę rzeczywiście pojawił w mediach komunikat o kolejnym zrzucie ścieków do największej polskiej rzeki, bo magistrale podziemne nie są w stanie przejąć i przesłać całej tej masy ścieków do oczyszczalni. Jesteśmy świadkami katastrofy ekologicznej, która zagraża nie tylko rybom, zwierzętom, ale także ludziom, którzy korzystają z ujęć wody na Wiśle poniżej Warszawy.

                 Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl