logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Co z obiecaną podwyżką kwoty wolnej od podatku?

Piątek, 2 października 2020 (17:23)

Aktualizacja: Piątek, 2 października 2020 (21:06)

Z Marianem Szołuchą, doktorem nauk ekonomicznych z Akademii Finansów i Biznesu Vistula, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Agencja Fitch Ratings podtrzymała rating Polski. Specjalnego zaskoczenia chyba nie ma?

– Owszem nie ma tu zaskoczenia. W Polsce sytuacja gospodarcza, w tym budżetowa nie zmieniła się. Zaznaczam, nie licząc skutków pandemii, bo te, z paroma wyjątkami, poniosły wszystkie kraje na świecie, oczywiście w różnym stopniu. Na ich tle Polska wyróżnia się pozytywnie, nasza produkcja przemysłowa, czym zaskoczeni są nawet profesjonalni analitycy, cały czas rośnie, rosną też wynagrodzenia w gospodarce – oczywiście wolniej niż przed II kwartałem tego roku, czyli przed koronawirusem. Ponadto w ryzach utrzymywana jest inflacja – choć ten wskaźnik uważam za najsłabszy punkt naszych odczytów makroekonomicznych w ostatnich miesiącach i najbardziej groźny na najbliższą przyszłość. Również bezrobocie jest stosunkowo niskie i oscyluje wokół pięciu procent.

Czy to oznacza, że Polska nieźle radzi sobie  z pandemią?

– Jeśli chodzi o ten najgorszy okres, który zdążyliśmy już wstępnie podsumować, czyli miesiące lockdownu – marzec, ale głównie kwiecień i maj, gdzie nasza gospodarka kurczyła się w tempie około 8 procent (rok do roku), co w normalnych warunkach można by uznać za wynik zły, nawet bardzo zły, natomiast w warunkach ekstremalnych, z jakimi mieliśmy wówczas do czynienia, można powiedzieć, że przez tamten okres przeszliśmy względnie suchą nogą. Przypomnę tylko, że gospodarki innych krajów miały się wówczas znacznie gorzej. I tak hiszpańskie PKB w drugim kwartale tego roku zmalało o 22 procent, francuskie o 19 procent, włoskie o 17 procent, niewiele mniej, ale też o kilkanaście procent skurczyły się najsilniejsze gospodarki w Europie, czyli gospodarka brytyjska i niemiecka. Oczywiście jest to porównanie pobieżne, ale chyba bardzo jaskrawo pokazujące, że nasza gospodarka ma zdrowe fundamenty i że pomoc, zwłaszcza pomoc finansowa państwa, była naprawdę wydatna i uchroniła nas przed masowymi bankructwami firm, przed utratą przez nie płynności oraz przed zwolnieniami pracowników na dużą skalę.

Tyle że ta pomoc była niesiona z pieniędzy podatników, względnie z długu, który i tak trzeba będzie spłacić...         

– Owszem, ta pomoc kosztowała nas wszystkich, to prawda, ale jak już kiedyś – w rozmowie z panem redaktorem – powiedziałem, znaleźliśmy się nad przepaścią, przez którą nawet dużym kosztem należało przerzucić most. Ten most został przerzucony i wracamy do normalności – aktualnie dość dynamicznie, choć koszty tej pomocy na kondycji naszych finansów publicznych, budżetu państwa odbiły się bardzo wyraźnie. W tym roku mamy do czynienia z deficytem wynoszącym ponad 100 mld zł, w przyszłym roku – zgodnie z planem – będziemy mieli do czynienia z deficytem przekraczającym 80 mld zł. A przypomnę, że mieliśmy w tym roku mieć budżet zrównoważony. Gdyby jednak wyjąć poza nawias, ten absolutnie nadzwyczajny, w negatywnym tego słowa znaczeniu, okres lockdownu, zamrożenia naszej gospodarki w miesiącach wiosennych – a tak zapewne rozumują analitycy agencji ratingowych – to można by powiedzieć, że w zasadzie w polskiej gospodarce nic się nie zmieniło.

Jednak lockdown ze wszystkimi tego konsekwencjami był faktem. Jak zatem rysuje się nasza najbliższa przyszłość?

– Cała trudność na najbliższą przyszłość polega na tym, że niełatwo jest przewidzieć, co będzie się działo w Polsce z koronawirusem na poziomie medycznym, co będzie ze służbą zdrowia, jaka będzie liczba zakażeń itd. Nie wiemy, też co będzie się działo na tym samym polu za granicą u naszych najważniejszych partnerów gospodarczych i jak ci nasi partnerzy, ich rządy zareagują na drugą jesienną falę koronawirusa, którą, niestety, coraz wyraźniej widać na horyzoncie. Mam nadzieję, że nie będziemy reagować za pomocą środków tak radykalnych dla gospodarki, jak zrobiliśmy to wiosną tego roku. Polskiej gospodarce drugi lockdown tego rodzaju przejść względnie suchą nogą, będzie naprawdę bardzo ciężko.

Tymczasem – jak słyszymy – w 2021 roku płaca minimalna wzrośnie do 2800 zł. Część ekonomistów uważa, że wywoła to zwolnienia, skok bezrobocia i inflację. Podziela Pan ten pogląd?

– 2800 zł, biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń na rynku, wynikających z wolnej gry popytu i podaży na pracę, jest rzeczywiście wzrostem – nazwałbym – na granicy pewnego ryzyka. Chodzi o to, że prowadzi nas do tego, że właśnie w roku 2021 wynagrodzenie minimalne stanowić będzie ponad 53 procent prognozowanego wynagrodzenia przeciętnego. To jest bardzo dużo, nigdy jeszcze wynagrodzenie minimalne w Polsce – w stosunku do rynkowego, tak dużo nie wynosiło. Powiem więcej, że  znam niewiele krajów, gdzie tyle wynosi wynagrodzenie minimalne. To, co proponuje polski rząd, to nawet więcej  niż rekomenduje Międzynarodowa Organizacja Pracy, której wskazania były – do tej pory – dla nas pewnym wyznacznikiem czy też motywatorem do podnoszenia właśnie płacy minimalnej. Proszę zwrócić uwagę, że według ostatnich odczytów, danych Głównego Urzędu Statystycznego, płace w naszej gospodarce rosły w tempie niespełna 4 procent, a wzrost płacy minimalnej z 2600 zł do 2800 zł w roku przyszłym, to będzie wzrost o prawie 8 procent. Zatem będzie dwukrotnie szybszy, niż pokazują trendy rynkowe. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że to spowoduje jakąś katastrofę gospodarczą, bo oczywiście tak się nie stanie, czy spowoduje wzrost szarej strefy, czy skutkiem tego będzie wzrost bezrobocia. Owszem, może to wywołać pewne problemy niektórych firm, np. w słabiej rozwiniętych regionach Polski, gdzie wynagrodzenia rynkowe są niższe. Na pewno trzeba bacznie obserwować to, co będzie się działo w przyszłym roku na rynku pracy. Przypomnę tylko, że w 2020 roku w stosunku do roku 2019 mieliśmy rekordowy wzrost płacy minimalnej – z 2250 zł do 2600 zł.

Organizacje pracodawców apelowały do rządu, aby płacę minimalną w przyszłym roku pozostawić na niezmienionym poziomie, z kolei związki zawodowe apelowały o wzrost do poziomu 3 tys. zł, a pojawiały się nawet wyższe żądania…

– Owszem apele związków zawodowych były niejako odniesieniem do zapowiedzi prezesa Jarosława Kaczyńskiego – z ubiegłorocznej konwencji przedwyborczej Prawa i Sprawiedliwości z Lublina, gdzie prezes Kaczyński mówił wprost o 3 tys. zł płacy minimalnej w kontekście roku 2021. Tyle że nie mógł on wówczas przewidzieć epidemii koronawirusa i skutków pandemii dla polskiej gospodarki. Dlatego też rząd premiera Mateusza Morawieckiego wybrał wyjście dokładnie po środku tych dwóch oczekiwań ze strony pracodawców oraz pracowników i wskazał 2800 zł jako wysokość płacy minimalnej. Jest już oficjalnie decyzja rządu w tej sprawie – zgodna zresztą z założeniami makroekonomicznymi do budżetu na przyszły rok. I tyle właśnie od przyszłego roku będzie wynosiła płaca minimalna w Polsce. Oczywiście to sporo, można nawet rzec – gdzieś na granicy wytrzymałości pracodawców i przedsiębiorców. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to decyzja zła, ale że trzeba będzie na pewno bacznie obserwować jej skutki.

Dobrze jest chyba też podkreślić, ile na rękę otrzyma – po wzroście płacy minimalnej – konkretny pracownik?

– Mówiąc o płacy minimalnej, mówimy oczywiście o kwocie 2800 zł brutto, która jest teoretycznym konstruktem, może nie do końca interesującym zarówno pracownika, jak i pracodawcę. Dla pracownika oznaczać będzie to wypłatę na rękę – jak to się zwykło w Polsce określać – kwoty 2060 zł, a dla pracodawcy będzie to oznaczało koszt w wysokości prawie 3400 zł. Zatem różnica między kosztem pracodawcy a tym, co trafi przelewem na rachunek bankowy pracownika, będzie wynosiła – w przyszłym roku – nieco ponad 1300 zł. To jest klin podatkowy, który moim zdaniem jest sporo za duży. Dlatego powinniśmy się zastanowić – w kolejnych latach – nad tym, może nie jak wysoko podnieść po raz kolejny płacę minimalną, ale jak zmniejszyć wspomniany klin podatkowy, tak aby bez dodatkowego obciążania pracodawcy pracownik mógł zarabiać na rękę – a więc w wymiarze najbardziej go interesującym – więcej pieniędzy.

Jak to zrobić?             

– Ja widzę do tego kilka dróg. Najprostszą, najbardziej oczywistą, jaka się nasuwa, jest podniesienie kwoty wolnej od podatku. Przypomnę, że zapowiadało to PiS jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku.

   Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl