logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Polska polityka wobec Unii

Niedziela, 11 października 2020 (20:14)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Znów powraca nieśmiertelny temat praworządności, a Polska ponownie staje się obiektem propagandy i hejtu. Czy powinniśmy się już do tego przyzwyczaić, czy może bardziej zdecydowanie zacząć z tym walczyć?

– Dla wielu obserwatorów postawa Unii Europejskiej wobec Polski nie jest żadnym zaskoczeniem. Osobiście też zwracałem uwagę, że mimo zmian personalnych i objęcia funkcji przewodniczącej Komisji Europejskiej przez Ursulę von der Leyen polityka Unii Europejskiej wobec naszej Ojczyzny się nie zmieni. Co więcej, skład nowego Parlamentu Europejskiego – jeszcze bardziej zdominowany przez ugrupowania federalistyczne godzące w istotę suwerenności narodowej, w kompetencje państw członkowskich – sprawia, że te ataki jeszcze bardziej się wzmogły. To pokazuje, że Unia Europejska coraz bardziej odchodzi od modelu wspólnoty, który funkcjonował do połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

To dlaczego Ursulę von der Leyen poparli politycy Prawa i Sprawiedliwości…

– Owszem, przyznawali, że Ursula von der Leyen została wybrana dzięki ich głosom. Wygląda na to, że liczyli na jej przychylność w traktowaniu Polski w kwestii rządów prawa. Rozumiem, że tego typu retoryka mogłaby ewentualnie być kierowana na potrzeby opinii publicznej czy dyplomacji, żeby w ten sposób przedstawiać skomplikowane relacje z Unią Europejską, ale warto przypomnieć, że politycy PiS-u wyrażali też przekonanie, że wraz z wyborem Leyen nastąpi jakościowa zmiana w polityce Komisji Europejskiej wobec Polski. Jednak fakty pokazują co innego. Można zatem powiedzieć, że popełnili daleko idący błąd polityczny. Mówię o PiS-ie, bo politycy opozycji – Platformy, Lewicy, także PSL-u – niestety w tym sporze między Polską a Unią Europejską na ogół stali po stronie Brukseli. Dlatego ta sytuacja związana z atakowaniem Polski nie jest zaskoczeniem, co więcej, uważam, że ten stan będzie się jeszcze pogłębiał.

Jakie są nasze możliwości oddziaływania?      

– Nasze możliwości oddziaływania owszem, są, ale mocno ograniczone. Skuteczna próba ograniczania presji Unii Europejskiej jest możliwa tylko i wyłącznie przy bardzo zdecydowanym, jasnym stanowisku ze strony polskiego rządu, ze strony europosłów – w tym wypadku PiS-u, po to, żeby mobilizować również polską opinię publiczną. Myślę, że taktyka PiS-u związana z wyborem Ursuli von der Leyen jest usypianiem, uspokajaniem opinii publicznej, że jako Polska odnieśliśmy wielki sukces, że jest to też sukces osobisty premiera Morawieckiego, tyle tylko, że to wszystko ma się nijak do rzeczywistości, co więcej,  demobilizuje Polaków. Nic zatem dziwnego, że z tej strony rząd nie ma wsparcia, bo ludzie nie mają świadomości, jak trudna jest sytuacja, jakie są zagrożenia. Tymczasem te zagrożenia widać dzisiaj wyraźniej, widać też, w jakim kierunku zmierza Unia Europejska.

30 września Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący przestrzegania rządów prawa przez państwa członkowskie, gdzie znów tylko Polska i Węgry znalazły się w ogniu krytyki…

– Myślę, że są dwie przyczyny, dlaczego tylko Polskę i Węgry się krytykuje. Po pierwsze, przyczyną ataków na Polskę i Węgry są historyczne uwarunkowania, tradycja. To nasze państwa realizują tradycyjne wartości cywilizacji zachodniej, łacińskiej, chrześcijańskiej, a po drugie, władzę w Polsce czy na Węgrzech sprawują rządy, które nie godzą się na zakusy ze strony Komisji Europejskiej – szczególnie w zakresie ideologicznym. Stąd też personalne ataki wymierzone zwłaszcza w premiera Viktora Orbána. Obszar tych ataków, co potwierdza wspomniany przez pana redaktora raport Komisji Europejskiej, praktycznie neguje plan naprawy państwa polskiego w zasadniczych kwestiach, obszarach, które absolutnie nie powinny być w kręgu zainteresowań organów unijnych, dlatego że nie są to kwestie uzgodnień traktatowych.

W pierwszej kolejności jest to zarzut nieprzestrzegania rządów prawa, zarówno pod adresem Polski, jak i Węgier. Jeśli chodzi o nas, to jest cały szereg zarzutów – przede wszystkim jest mowa o osłabieniu niezależności sądownictwa i tutaj Komisja Europejska neguje poszczególne elementy wprowadzanej od 2015 roku i pogłębionej w roku 2018 przez rząd Zjednoczonej Prawicy reformy i zmiany w tym obszarze. Mamy zatem krytykę legitymacji i niezależności Trybunału Konstytucyjnego – najważniejszego, suwerennego organu w państwie, również powołania takich organów jak Krajowa Rada Sądownictwa, nowych izb Sądu Najwyższego, jak chociażby Izba Dyscyplinarna czy Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, ale także procedury wyboru I prezesa Sądu Najwyższego itd. Krytyki nie ominęło też połączenie w jednym ręku funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Zatem mamy zanegowanie całości zmian, do których rząd, wybrany przez większość społeczeństwa polskiego, ma absolutnie prawo, co więcej, są to wyłączne kompetencje państwa członkowskiego.

Dlaczego te ataki na Polskę koncentrują się zwłaszcza wokół sądownictwa?        

– Absolutnie nie ma to nic wspólnego z rzekomą troską o nieprzestrzeganie rządów prawa, co zresztą nie ma pokrycia w rzeczywistości. Chodzi o to, żeby wyrwać cały system sądownictwa z kompetencji państwa, po to żeby za pomocą sądownictwa posłusznego Unii Europejskiej wprowadzać rozwiązania legislacyjne, które zmienią zupełnie porządek prawny w naszym kraju. Chodzi tu przede wszystkim o przeforsowanie zmian w obrębie rodziny, a zatem legalizację związków jednopłciowych z dalszymi etapami w tym zakresie – łącznie z adopcją dzieci przez pary homoseksualne itd. Tu mieści się też cały obszar ruchów rewolucyjnych, neomarksistowskich spod znaku tęczowej flagi. Stąd cała ta rewolucja kulturowa, neomarksistowska w krajach zachodniej Europy posługuje się przede wszystkim narzędziem sądownictwa i to jest cel w tym planie.

Oczywiście są także inne, mianowicie nieprzypadkowo Komisja Europejska krytykuje plany polskiego rządu dotyczące zmian legislacyjnych w obszarze koncentracji mediów o zagranicznym kapitale, a zatem ograniczenia roli obcego kapitału – przede wszystkim niemieckiego – w tym obszarze. Proszę też zwrócić uwagę, że rząd mówi o dekoncentracji, a więc o walce z monopolizacją w naszym kraju kapitału zagranicznego w mediach na rzecz pewnego pluralizmu. W tej chwili nie ma nawet mowy o polonizacji mediów, co jest jednak innym zjawiskiem niż poddawana krytyce dekoncentracja. Ten fakt dekoncentracji mediów jaką chce przeprowadzić polski rząd, jest poddany krytyce w Unii, mimo iż rozwiązania w tym zakresie obowiązują w wielu krajach zachodnich, w tym także w Niemczech. Unii zależy, żeby media nie były narodowe, z polskim kapitałem, a wszystko po to, żeby były narzędziem na usługach lewicowych ideologii. Nic zatem dziwnego, że krytykuje się powołanie Rady Mediów Narodowych i odebranie części uprawnień Krajowej Radzi Radiofonii i Telewizji.

Z tym się wiąże kolejny zarzut Komisji Europejskiej, mianowicie że polskie prawo karne wpływa rzekomo na ograniczenie ochrony działalności dziennikarzy…     

–Komisja Europejska uważa, że Kodeks karny w Polsce obejmuje przestępstwa polegające na obronie symboli religijnych oraz narodowych i obronie funkcjonariuszy publicznych. Ten zarzut jest zupełnie absurdalny, co tylko pokazuje, w jakim kierunku te zarzuty przeciwko Polsce zmierzają. Jeśli do tego dodamy zarzuty o rzekome dyskryminowanie środowiska lgbt, gdzie mówi się o rzekomej kampanii oszczerstw przeciwko tym osobom, aresztowaniach i zatrzymaniu przedstawicieli tego środowiska, czy piętnowanie przyjęcia uchwał o tzw. strefach wolnych od LGBT, to widzimy, że cała ta akcja Komisji Europejskiej ma charakter absolutnie ideologiczny.

Jakie mogą być konsekwencje, czym może się skończyć uleganie ideologii lewackiej forsowanej przez zachodnie elity?

– Każde ustępstwo, pokazanie słabości, będzie tylko rozzuchwalało wszystkie ośrodki zmierzające do zburzenia ładu prawnego respektującego zasady chrześcijańskie, narodowe, respektującego prawa rodziny, tym bardziej w sytuacji nieudolności czy bezsilności – mimo istniejącego prawa – ze strony państwa polskiego. Myślę, że to może stworzyć odpowiedni klimat dla tych środowisk.

Kolejna kwestia – i to też będzie powracało – mianowicie sprawa powiązania funduszy unijnych z zasadą przestrzegania tzw. praworządności w rozumieniu Komisji Europejskiej, o czym już mówiliśmy. Zatem będą podejmowane wobec Polski różne działania, które nie mają jakichkolwiek podstaw w unijnym prawie, ale pamiętajmy, że cały czas mamy do czynienia z poszerzaniem bezprawnych działań Unii Europejskiej i każdy miesiąc przynosi w tym zakresie nowe informacje. Stąd nieprzypadkowo Komisja Europejska podnosi również jako zarzut kwestię podziału funduszy unijnych przez Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego – instytucję powołaną przed kilku laty, operującą programami umożliwiającymi pozyskanie dotacji. Instytucja ta wspiera programy w zakresie szeroko rozumianej kultury, m.in. ostatni – Program Wspierania Rozwoju Uniwersytetów Ludowych na lata 2020-2030.

Widać, że Bruksela zmierza do tego, żeby środki unijne szły na cele ideologii lewicowej, żeby były do dyspozycji Unii bądź też podmiotów – także w Polsce, które będą realizowały ideologiczne oczekiwania w tym zakresie. Zatem nie lekceważyłbym możliwości powiązania praworządności z kwestiami finansowymi. Coś, co być może dzisiaj wydaje się odległe czy wręcz niemożliwe, w niedługiej przyszłości może się okazać dla Polski bardzo niekorzystne. Wszystko, co dzisiaj obserwujemy, o czym w tej chwili rozmawiamy, odbywa się również w szerokiej perspektywie działań Unii Europejskiej związanej m.in. z długofalową polityką klimatyczną wyznaczaną przez Unię.

Czy to oznacza, że na tę ofensywę Komisji Europejskiej musimy patrzeć w perspektywie, a nie tylko doraźnie?    

– Dokładnie. Dlatego mając tego świadomość, musimy mieć też przygotowaną odpowiednią strategię – jaka będzie Polska w roku 2030 i Polska w roku 2050. To są daty, które mają nieco zmienić sytuację krajów członkowskich, chociażby w zakresie wspomnianej przed chwilą polityki klimatycznej, która w różnych aspektach de facto jest zagrożeniem dla krajów Unii Europejskiej. Co by nie powiedzieć, w tej chwili mamy do czynienia z ostrzałem wręcz artyleryjskim, jeśli chodzi o kwestię tzw. praworządności. Tutaj jestem nie tyle pesymistą, co realistą i uważam, że sytuacja ulegnie pogorszeniu – mam na myśli perspektywę 2030 czy 2050 roku, oczywiście o ile Unia Europejska przetrwa, bo te działania, które przez elity europejskie są dzisiaj podejmowane, są absolutnie destrukcyjne, wręcz samobójcze dla samej Unii. Jeśli Unia ma być tworem lewackim, ideologicznym, to taka Unia jest nam niepotrzebna.       

Jaką strategię obrać, aby nie dać sobie narzucić tego neomarksistowskiego porządku i czy w ogóle – po drugiej stronie – jest z kim rozmawiać?

– Działania są ograniczone, ale z całą pewnością powinny to być działania na zasadzie małych kroków, ale zarazem bardzo konkretne, bardzo jednoznaczne, jak chociażby szybkie, ale skuteczne przeprowadzenie pewnych zmian. Tymczasem jeśli od kilku już lat rząd polski nie wypowiada konwencji stambulskiej, to pokazuje pewną słabość, i siła Unii Europejskiej wynika ze słabości, z braku zdecydowania ze strony polskich władz. Jeżeli rząd nie potrafi czy nie chce wypowiedzieć – w imię niepojętej taktyki – konwencji stambulskiej zalecanej do przyjęcia przez Unię Europejską, to ta bezczynność tylko rozzuchwala elity brukselskie i daje wręcz przyzwolenie, że mogą sobie pozwolić na wiele różnych, jeszcze ostrzejszych działań. I takich przykładów rozzuchwalających jest pewnie więcej, jak np. taktyki wspomnianej na wstępie naszej rozmowy reformy wymiaru sprawiedliwości, choć oczywiście kierunek zmian jest z pewnością słuszny.

Tak czy inaczej nasze działania wobec Unii w różnych obszarach muszą być bardziej dynamiczne, bardziej zdecydowane, bardziej wyraziste. To oczywiście nie spowoduje, że presja ze strony Brukseli będzie mniejsza – ona cały czas będzie trwała, ale nie dziwmy się, w końcu mamy do czynienia ze starciem, dlatego brak zdecydowania, uległość, próby przedstawiania jako sukcesu czegoś, co sukcesem nie jest, z pewnością nie przyczyni się do naszej większej niezależności. Myślę, że Polakom należy się rzetelna wiedza na temat Unii Europejskiej, na temat zagrożeń, bo doraźne próby zaklinania rzeczywistości, PR-owskiego pokazywania wyboru Ursuli von der Leyen jako sukcesu, to raz, że są nieprawdziwe, a po drugie, nie spełniają swojej roli.

Kto zatem powinien być tym odniesieniem?  

– Myślę, że przede wszystkim Polacy. Powinna się odbyć szeroka debata nie tylko obywatelska, ale także samorządowa, organizacji pozarządowych, która wskazałaby na zasadnicze różnice natury cywilizacyjnej między nami a skręcającą mocno w lewo Unią Europejską. Myślę, że w pewnym momencie powinno nas też stać na to, żeby powiedzieć słowa – znane z naszej historii – non possumus! Są pewne sprawy, pewne obszary, które powinniśmy określić tym słowem, i Unia Europejska oraz opinia publiczna w zachodniej Europie powinny wiedzieć, jakie jest stanowisko Polski w sprawach zasadniczych. To jest jedna z tych metod konfrontacji – mamy bowiem konfrontację z Unią Europejską, której członkiem jesteśmy. Mamy zatem nie tylko obowiązki, ale też prawo do kształtowania Unii zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Wiemy, że znaczna część Polaków w referendum poparła akcesję Polski do Unii Europejskiej, ale warto też zwrócić uwagę, że to poparcie wynikało z różnych powodów ,m.in. z upadku komunizmu i chęci związania się ze strukturami euroatlantyckimi, co jest naturalne. Trzeba również powiedzieć, że w trakcie procesu akcesyjnego Polacy byli jednak mamieni przez wówczas dominującą propagandę prounijną w Polsce i do końca nie mieli świadomości konsekwencji wejścia do Unii i związanych z tym zagrożeń. Społeczeństwo, które nie ma pełnej wiedzy, jest bardziej podatne na manipulacje, stąd też pierwsza kwestia to dostarczanie wiedzy bez retuszu, pokazanie jej taką, jaka jest.

Awanturników też w Unii nikt nie lubi, a możemy być o to oskarżani…

– Tu nie chodzi o prowadzenie polityki awanturniczej wobec Unii Europejskiej, o stawianie się, absolutnie nie. Natomiast w obecnych działaniach strony rządowej brakuje mi komunikacji ze społeczeństwem, przekazu – takiego bardzo rzetelnego, do którego my, Polacy, mamy prawo. A to jest rola i obowiązek władz Rzeczypospolitej, żeby taki rzeczywisty obraz tych relacji, strategii działań Polski jednak przedstawić. Wszystko po to, żeby mieć wsparcie ze strony znacznej części polskiego społeczeństwa.

                Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl