Czy propozycje poprawek do ustawy „Piątka dla zwierząt” przedstawione przez premiera Morawieckiego są w stanie zatrzymać społeczne protesty?
– Z całą pewnością poprawki osłabiają restrykcyjność tej ustawy, ale tak naprawdę problem z nią jest taki, że sama jej idea główna jest nie do obrony. W tym sensie można oczywiście nieco osłabiać strach, lęk czy nawet złość, jaka się pojawiła w kręgach rolniczych, próbować tonować nastroje społeczne, ale trwając przy tym pomyśle, nie da się całkowicie zlikwidować wzburzenia ludzi. Jeśli się czyni wyłom dla drobiu, to jest pytanie, co z wołowiną. Fachowcy wypowiadają się, twierdząc, że śmierć byka czy krowy – w systemie uboju rytualnego – jest lżejsza niż w tradycyjnym uboju, tylko jaka jest racja, jaki jest argument, żeby z tego w ogóle zrezygnować? A zatem problemem jest cała idea ustawy tzw. prozwierzęcej, która jest nie do uzasadnienia, bo w wielu aspektach jest nielogiczna. W konsekwencji musi się pojawić pytanie, po co było forsować takie prawo i denerwować ludzi, notabene macierzysty elektorat Prawa i Sprawiedliwości.
Czy tym ruchem PiS nie otwiera puszki Pandory i jaki był sens manipulowania przy Ustawie o ochronie zwierząt?
– Oczywiście, że PiS samo stworzyło sobie problem, na własne życzenie. Trudno też zrozumieć, jakie był cele tego działania. Jeśli bowiem założyć, że celem było przypodobanie się kręgom unijnym, z nadzieją, że dzięki temu odpuszczą nam one pewne kwestie, że ataki na Polskę, chociażby w związku z nieprzestrzeganiem tzw. praworządności, ustaną czy będą łagodniejsze, to był to na pewno błąd. Widzimy, że Unia Europejska nie ma zamiaru nam odpuścić, wręcz przeciwnie, potęguje swój nacisk na Polskę, zupełnie nie zważając na kwestię ustawy prozwierzęcej. A zatem z jednej strony mocno zdenerwowano własny elektorat, zdenerwowano potężną branżę, która daje nam żywność, daje zatrudnienie, co więcej, przynosi też spore zyski dla budżetu państwa, i to wszystko zrobiono, nie zyskując nic w zamian.
Rząd, premier Morawiecki zapowiadają jednak odszkodowania i rekompensaty…
– Proszę zwrócić uwagę, że z budżetu państwa, z podatków Polaków mamy płacić odszkodowania ludziom za to, że nie będą pracować, mimo że kiedy pracowali, zapewniali byt sobie, swoim rodzinom, przynosili też zysk państwu i nam wszystkim. Czyli tracimy podwójnie – raz, bo zatrzymujemy produkcję, a dwa, bo będziemy tym przedsiębiorcom płacić za to, że zlikwidują produkcję. Jaka jest zatem w tym wszystkim logika?
Jakie jest zatem wyjście z tej sytuacji? Może PiS powinno zawrócić i zrezygnować z forsowania w gruncie rzeczy ideologicznych pomysłów, które nie są akceptowane społecznie, zanim cała wieś odwróci się od tej formacji?
– Wycofanie się z tego pomysłu to jedyne rozsądne rozwiązanie. Oczywiście, mając na uwadze dobrostan zwierząt, można poszerzyć kontrole, ale państwowe, a nie ze strony organizacji lewackich, bo teraz poprawka idzie w zupełnie innym kierunku. I na tym należy się zatrzymać, i nie brnąć dalej. To jest wszystko, co z ustawy proponowanej przez PiS mogłoby zostać, natomiast reszta jest kompletnie nie do przyjęcia, bo nie spina się ani gospodarczo, ani logicznie, także ideologicznie jest nie do zaakceptowania. Nie ma zatem żadnych racji, które stałyby za proponowanymi zmianami. Jest to projekt chybiony politycznie, bo jak wspomniałem, Unia Europejska nie patrzy przyjaźniej na nas jako na kraj, któremu można by odpuścić, zmniejszyć presję w ramach tzw. praworządności, a zatem nie widać tu w ogóle niczego, co dawałoby nam jakiekolwiek korzyści.
Co więcej, wydaje się, że uchylono furtkę dla lewackich rozwiązań, zrównujących ludzi ze zwierzętami?
– Owszem, całe to środowisko lewackie tylko czeka na okazję, żeby ze swoją ideologią pójść dalej, do przodu. Idąc tą drogą, dochodzimy do wielu absurdów, bo nie da się określić, że dajmy na to norka w hierarchii zwierzęcej stoi wyżej niż np. królik czy kura. W jakim zatem sensie mamy chronić norki, a króliki czy kury już nie. Zatem z jakiej racji mamy wyłączyć jakąś grupę zwierząt z hodowli i uboju, a innej nie możemy? Jeśli nie ma racji logicznej, a nie ma, to pozostaje czysta wola, bo tak chcemy. Z tym, że to jest młyn na wodę dla różnej maści lewaków, którzy podnoszą temat równości zwierząt i ludzi, i zmierzają do tego, żeby całkowicie wykluczyć produkcję zwierzęcą.
Zatem to, co jest najsilniejszą bronią w naszej walce z lewakami – czyli argumenty i prawda – sami wyłączamy z dyskursu, pozbawiając się tej broni. Warto przypomnieć też, że zawsze prawo tworzy się ze względu na jakieś dobro, natomiast jeśli uznamy równość, że zwierzęta są podmiotem prawa, że zabroniona jest ich hodowla, dajmy na to, na futra, to niby dlaczego ma być wolno hodować je na mięso, przecież można przyjąć, że bez mięsa też da się ostatecznie obyć. Podejmując taką dyskusję, sami sprowadzamy się do parteru i to, co jest siłą argumentu całego środowiska konserwatywnego, sami rozbrajamy. W tym sensie jest to działanie wręcz samobójcze.
Skoro tak, to co, Pana zdaniem, stało u podstaw tego pomysłu zmiany Ustawy o ochronie zwierząt i całego tego skrętu w lewo, skąd się to w ogóle wzięło?
– Różne tęgie głowy się nad tym zastanawiają, próbując zaleźć przyczynę, i nie bardzo mogą zrozumieć cel takiego działania. W sensie logicznym, prawdziwościowym, nie da się bowiem tego działania zrozumieć, pojąć.
Jest zatem pytanie, jakie mogły stać za tym argumenty polityczne?
– To też trudno powiedzieć. Niektórzy mówią, że to czysty woluntaryzm.
Czy w obliczu pandemii koronawirusa i drugiej fali zachorowań nie należało się zająć realnymi problemami i ich rozwiązaniem, a nie wkraczać na drogę ideologii?
– Faktycznie lockdown wiosenny, wszystkie kwarantanny związane z COVID-19, wszystkie wyłączenia i środki pomocowe, finansowe, ekonomiczne, jakie w związku z tym użyto, to wszystko powoduje, że Polska i nie tylko my, bo i cały świat słabniemy gospodarczo i będziemy potrzebować środków finansowych na przetrwanie, a następnie na rozruch gospodarczy. Dlatego w takim momencie fundowanie sobie wojny ideologiczno-gospodarczej, bo tak należy to określić, co osłabia nas w wielu wymiarach, jest zupełnie niezrozumiałe. Być może były jakieś naciski ze strony Zachodu, być może – jak wspomniałem wcześniej – próbowaliśmy wyprzedzić pewne działania ze strony Unii Europejskiej, tym samym próbując zyskać przychylność Brukseli… Są to jednak dywagacje, bo nie mamy wiedzy co do tła tych działań.
Czy jest jeszcze czas, żeby uratować poparcie wsi dla PiS-u, które – co widać po protestach – zostało mocno nadwątlone?
– Oczywiście można zminimalizować czy też ograniczyć straty, które z całą pewnością będą. Warto też pamiętać, że oprócz tego, co się realnie wydarzy z tą ustawą – bo po Senacie jest jeszcze Sejm, jest też decyzja Prezydenta RP – jest także coś, czego nie da się kupić, co łatwo można stracić, a trudno zdobyć czy odbudować – mianowicie zaufanie. Czyli z punktu widzenia wyborcy – popieram jakąś partię i liczę na to, że będzie ona rzetelnie reprezentować moje interesy, że na pewno nie zrobi nic nielogicznego, co jest wbrew tym interesom. I to poprzez forsowanie „Piątki dla zwierząt” – w oczach wyborców – zostało naruszone, i tego zaufania tak łatwo nie da się odbudować. Zaufanie buduje się przez lata, więc łatwo je stracić, a trudniej odbudować. Na pewno jednak można próbować zminimalizować straty, zredukować je, ale trzeba się bardzo szybko z pewnych chybionych, złych pomysłów wycofywać, a być może też przeprosić wyborców, Polaków, za całe to niepotrzebne nikomu zamieszanie.
Tylko czy zdrowy rozsądek zwycięży, czy ambicje okażą się mocniejsze?
– W polityce bywa z tym bardzo różnie. Zobaczymy, chyba nikt z nas w tym względzie nie jest prorokiem, ja również, i nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, ani twierdząco, ani przecząco, co zwycięży: czy rozsądek, czy polityczne ambicje. Wydaje się jednak ponad wszelką wątpliwość, że całą tę awanturę trzeba szybko kończyć, bo problemy przed Polską piętrzą się z dnia na dzień. Lepiej więc energię spożytkować na ich rozwiązywanie, a nie na polityczne i społeczne – nikomu niepotrzebne – spory i kłótnie.

