logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

W obliczu pandemii potrzeba solidarności

Poniedziałek, 19 października 2020 (08:26)

Aktualizacja: Poniedziałek, 19 października 2020 (19:41)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rośnie liczba zakażonych, połowa Polski w czerwonej strefie, zaostrzony reżim sanitarny, rząd podejmuje działania, tylko czy wystarczające?

– Mam wrażenie, że mamy nową polską specjalność… Jak wiemy, w Polsce wszyscy znają się na polityce, sporcie, a teraz do tego katalogu dochodzi specjalność medyczna i COVID-19, na którym wszyscy się znają. Oglądając telewizyjne programy publicystyczne z udziałem polityków, można odnieść wrażenie, że mamy mnóstwo talentów, i to po każdej stronie sceny politycznej. Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że talenty tych ludzi, którzy tyle wiedzą o koronawirusie – jak z nim walczyć, jak mu przeciwdziałać – nie są wykorzystywane nie tylko przez Polskę, ale cały świat. To oczywiście dygresja, natomiast autentycznie mamy do czynienia z czymś bardzo poważnym – z wirusem i zapominamy też o tym, że mówimy o pandemii, która pokazuje swe oblicze nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie, ale na całym świecie. I takich mądrych jak nasi politycy jest więcej – w każdym kraju, tylko że jak dotąd oprócz próby zbicia kapitału politycznego nie ma mądrego, kto znalazłby rozsądny sposób, receptę, jakąś skuteczną formułę walki z koronawirusem. Niestety, nie ma takiego państwa, nie ma takich mądrych polityków, i to jest bardzo smutna puenta, która mówi nam jedno, że wszyscy jesteśmy zakładnikami pychy i głupoty.      

Ale epidemiolodzy już wiosną ostrzegali, że jesienią czeka nas druga fala pandemii. Czy przez okres lata, wakacji nie można było się lepiej przygotować, opracować system działań?

– Zgadzam się z panem redaktorem, jednak może warto przypomnieć sobie parę faktów. Pierwszy fakt jest taki, że już pod koniec ubiegłego roku, w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku pojawiły się u nas pierwsze informacje, że w chińskim Wuhanie jest jakiś wirus, ale w związku z tym, że to Chiny – tysiące kilometrów, więc bardzo daleko od nas, dlatego nikt chyba nie uzmysławiał sobie, że ten tajemniczy wirus może wkrótce dotrzeć także do nas. Po drugie, warto zwrócić uwagę, że kiedy pojawiły się pierwsze symptomy tego wędrującego wirusa, który rozprzestrzeniał się po świecie i dotarł też do Europy, to nikt nie wiedział, z czym tak naprawdę mamy do czynienia, jakie mogą być konsekwencje zakażenia tym patogenem. Dzisiaj – z perspektywy miesięcy – możemy powiedzieć jedno: mamy nie tylko pandemię i problemy zdrowotne wielu ludzi, ale jednocześnie mamy bodaj największy światowy kryzys gospodarczy, największy kryzys społeczny i kulturowy. Tak naprawdę nikt dzisiaj nie wie, jak to się wszystko skończy. Jeżeli mówimy o błędach, zaniechaniach, to osobiście jako publicysta, komentator, a jednocześnie poseł poprzedniej kadencji Sejmu mam do władz naszego kraju jedną pretensję o to, że kiedy przechodziliśmy pierwszą falę pandemii i wszyscy mieliśmy świadomość, bo była o tym mowa, że jesień może być gorsza, rząd premiera Morawieckiego, prezydent Andrzej Duda nie zaproponowali, aby wszystkie siły polityczne w Polsce wyłoniły dajmy na to po trzech, pięciu specjalistów, którzy stworzyliby ciało, zespół zdolny przygotować Polskę na drugą falę pandemii koronawirusa.

Przyzna Pan jednak, że politycy i eksperci –to nie zawsze oznacza to samo, nie do końca brzmi to wiarygodnie?  

– Nie chodzi o polityków, ale ekspertów wskazanych przez polityków. Zabrakło więc profesjonalnego, merytorycznego ciała, co więcej, wszyscy – także politycy – rozjechali się na wakacje, żeby odreagować po wiosennym lockdownie. Wszyscy chcieliśmy odetchnąć i psychologicznie rzecz ujmując, po czasie izolacji potrzebowaliśmy tego, aby odpocząć, zaczerpnąć oddechu, nabrać powietrza w płuca, i tak się stało. Może nie do końca zdawaliśmy też sobie sprawę, jak bardzo groźny jest ten wirus. Natomiast – jak już wspomniałem – największym grzechem zaniechania rządzących było to, że nie stworzono grona ekspertów wskazanych przez wszystkie siły polityczne. Tymczasem rządzący sami wzięli na siebie cały ciężar, uznając, że sami dadzą radę. Widać jednak, że się przeliczyli, i to jest główny grzech, to jest zarazem mój główny zarzut do sprawujących władzę. Dzisiaj bogatsi o doświadczenie możemy powiedzieć jedno: nawet najtęższe głowy, najlepsi eksperci medyczni, epidemiolodzy, począwszy od Stanów Zjednoczonych po Europę Zachodnią – wszyscy są bezradni. Bezradność jest dowodem na to, z czym się mierzymy; i tak naprawdę poza tymi trzema koronnymi formami profilaktyki zawierającymi się w skrócie DDM – dystans, dezynfekcja i maseczki – właściwie nie jesteśmy w stanie wiele zdziałać. Dopóki nie zostanie wynaleziony skuteczny, bezpieczny lek czy szczepionka, możemy zrobić tylko jedno, a mianowicie zminimalizować zarażenia, aby nie sparaliżować służby zdrowia i nie doprowadzić do dramatów. Oczywiście można mieć pretensje czy zapytanie do władz, i to nie tylko rządowych, ale też regionalnych, samorządowych, co robią i na ile robią, aby zabezpieczyć ludzi? Przypomnę, że jest nie tylko Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, ale w każdym województwie są Wojewódzkie, ale też Miejskie Centra Zarządzania Kryzysowego. To miejsca koordynacji, gdzie docierają wszystkie informacje o sytuacjach kryzysowych, o przemieszczaniu się i ewentualnej potrzebie przesunięcia i wyjazdów karetek pogotowia, policji czy straży pożarnej, a wszystko po to, żeby w tym wypadku karetki pogotowia z pacjentami nie czekały w kolejce przed szpitalami, ale pacjenci z problemami oddechowymi możliwie jak najszybciej trafiali pod respirator i opiekę specjalistów. Tymczasem chyba nie wszystko działa jak należy.

W przyszłym tygodniu nadzwyczajne posiedzenie Sejmu, premier Mateusz Morawiecki ma przedstawić informacje o stanie walki z pandemią, mają być też propozycje zmiany prawa, aby możliwie jak najlepiej dostosować je do bieżących potrzeb.

– Nie łudźmy się, że nawet najlepsze prawo, najlepsze przepisy pomogą, jeśli ludzie nie będą przestrzegać zasad już obowiązujących, jeśli wszyscy nie będziemy się nawzajem szanować. Wspomniane Centra Zarządzania Kryzysowego były i są – one działają, ale jest pytanie, czy w sposób wystarczający wykonują swoje zadania.

Chyba też nie bez kozery minister zdrowia mówi wprost, że w tym momencie testujemy granice wydolności systemu ochrony zdrowia.

– Dokładnie tak jest, testujemy wydolność systemu ochrony zdrowia, ale musimy też brutalnie nazwać pewną rzecz po imieniu, o czym żaden czynny polityk nie mówi niechętnie, a mianowicie, że na świecie nie ma państwa, które byłoby w stanie zabezpieczyć łóżko szpitalne każdemu obywatelowi jednocześnie. Nie ma takiego państwa, w którym liczba tak potrzebnych dzisiaj respiratorów równałaby się liczbie mieszkańców czy nawet liczbie osób chorych. Stąd na dzisiaj wszelkie dywagacje, że gdyby zakupiono, załatwiono większą liczbę respiratorów, to bylibyśmy bezpieczni, są po prostu nadużyciem. Ponadto skoro wiadomo było, że druga, jesienna fala pandemii nadejdzie, to dyskusja o tym, żeby dzisiaj stawiać szpitale polowe, jest zwyczajnie bzdurą. Powstanie takich szpitali pociągnie za sobą bardzo duże koszty budowy i utrzymania. Może więc w okresie jesienno-zimowym wykorzystać puste hotele, internaty czy chociażby akademiki, które przy odpowiednim przystosowaniu mogą się nadawać na szpital polowy. Po co budować coś, co będzie kosztować fortunę, skoro mamy zasoby w postaci lokali, których właściciele ze względu na brak obłożenia mają problemy z utrzymaniem. Prościej zatem jest wynająć niż budować, prościej jest zapłacić komuś za udostępnienie swoich pomieszczeń przygotowanych w jakimś sensie do przyjęcia osób. Trzeba będzie tylko zabezpieczyć i w razie potrzeby przesunąć w dane miejsce kadrę medyczną.

I tutaj chyba jest nasz największy problem?                 

– Owszem, problemem nie będzie brak łóżek szpitalnych czy brak pomieszczeń do izolacji chorych, czy maseczek, ale problemem jest, czy będziemy mieli wystarczającą liczbę lekarzy, specjalistów do opieki nad chorymi, lekarzy, którzy będą czuli się w obowiązku stanąć na pierwszej linii frontu ze swoimi kolegami.

Tylko czy lekarze – nie mówię o wszystkich, ale o części – czują potrzebę większego zaangażowania. Ponadto jak ocenić postawę lekarzy POZ, z których część zamknęła się przed pacjentami i trudno nawet o teleporadę – rozmowę telefoniczną z lekarzem?

– Ostatnio jeden z moich znajomych powiedział mi, że już przed koronawirusem na SOR-ach trzeba było czekać nieraz godzinami w kolejce, że do lekarza specjalisty i tak się czekało. Zatem nie trzeba było koronawirusa, by stać w kolejce, podobnie było z karetkami oczekującymi z pacjentami przed szpitalami. I to pokazuje, że cały system ochrony zdrowia w Polsce jest chory. Natomiast koronawirus nam tylko przypomniał, uwypuklił wady tego systemu, których nie widzieliśmy bądź też nie chcieliśmy tego dostrzec. Uważam, że dzisiaj wszyscy, którzy ukończyli studia medyczne, szkoły pielęgniarskie, to są osoby, na które powinniśmy móc liczyć. Dzisiaj nie jest aż tak istotne, czy mają oni specjalizację, bo podstawowe zasady, jak leczyć ludzi, zdobyte w trakcie sześciu lat wymagających studiów, praktyk, nie są im obce. Natomiast pojawienie się dodatkowej liczby lekarzy pozwoliłoby odciążyć specjalistów od czynności, które nie wymagają aż takich umiejętności czy wiedzy specjalistycznej, ale wystarczy podstawowa wiedza medyczna. To z kolei specjalistom z praktyką pozwoliłoby na zajęcie się cięższymi, bardziej wymagającymi przypadkami. I tutaj powinna zadziałać solidarność medyczna. Nie chciałbym oceniać żadnego z lekarzy, którego przecież obowiązuje przysięga Hipokratesa i zwyczajna zasada ludzkiej przyzwoitości. Uważam też, że jeśli ktoś zostaje lekarzem, to rozumiem, że chce pomagać także chorym, a może przede wszystkim w okresie tak trudnym jak obecna pandemia koronawirusa. Jeśli medycy zamkną się na pacjentów, to znaczy, że nie są godni.

              Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl