Połowa Polski w czerwonej strefie, liczba zakażonych stale rośnie, w każdym województwie mają powstać tymczasowe, szpitale polowe. Czy te wszystkie działania nie są jednak spóźnione i czy nasz system ochrony zdrowia jest gotowy na kolejną falę zachorowań?
Z całą pewnością nie jest gotowy, zresztą czy którykolwiek z systemów ochrony zdrowia na świecie jest w stanie zmierzyć się z taką falą zachorowań? Inna sprawa, czy przez kilka miesięcy względnego spokoju, po pierwszej fali, udałoby się zrobić więcej…? Warto też mieć świadomość, że problemy z ochroną zdrowia w Polsce – pomijając koronawirusa – są zadawnione. Weźmy chociażby niewystarczającą liczbę lekarzy, gdzie problem jest systemowy i obecny w polskiej przestrzeni publicznej nie od dziś.
Zbyt dużo świeżo upieczonych lekarzy wyjeżdżało za granicę, szukając większych zarobków, a zbyt mało osób przyjmowano na studia medyczne. Ponadto obserwowaliśmy bardzo dziwne działania wobec absolwentów studiów lekarskich, którym zamykano drogę do specjalizacji – mam na myśli rezydentury. Nie wiem, dlaczego w Polsce młodemu lekarzowi tak trudno jest dostać się na specjalizację…? I to wszystko są blokady systemowe natomiast – mimo wszystko – nie spodziewaliśmy się aż takiej fali zachorowań na koronawirusa, jaką obserwujemy teraz, gdzie jest zagrożenie niewydolności systemu ochrony zdrowia. Nie wiem też, czy rządzący do końca przewidzieli to, co się w tej chwili dzieje.
Tylko że mówiło się, iż druga fala może nadejść jesienią. Czy zatem poluzowanie w okresie lata, kiedy zachorowań było mniej, nie spowodowało, że wakacje przespaliśmy, a dzisiaj mamy efekt tego luzowania?
Same wakacje raczej nie wprowadziły czegoś, co można by nazwać kryzysem, a nagły wzrost zakażeń mamy nie latem, ale jesienią, w październiku. Można zatem domniemywać, że sytuacja grypowa, jaka zwykle ma miejsce w naszym klimacie, o tej porze roku prowadzi, a przynajmniej sprzyja szybkiemu zarażaniu się COVID-19. Natomiast mitem jest przekonanie, że ludzi da się trzymać non stop czy przez dłuższy czas w reżimie sanitarnym. Owszem, być może prędzej ludzi starszych, których mobilność też może być ograniczona, natomiast jeśli bierzemy pod uwagę całe społeczeństwo, to jest to niewykonalne. Totalny lockdown skutkowałby nie tylko gigantycznymi stratami gospodarczymi, ale prowadziłby czy sprzyjałby większej zachorowalności na choroby psychiczne, a w konsekwencji także do załamania zdrowia ludzkiego w innych obszarach. Pamiętajmy, że naszą odporność budujemy także poprzez aktywność fizyczną. Dlatego twierdzenie, że najlepiej zrobić drugi lockdown, a jeszcze lepiej, żeby wszyscy się zamknęli, to wtedy będziemy zdrowi – jest niedorzeczne, bo to może skutkować wzrostem zachorowań, a w konsekwencji większą śmiertelnością na inne choroby.
Tak czy inaczej może wcześniej należało pomyśleć o przygotowaniu logistycznym, utworzeniu większej liczby miejsc szpitalnych?
Proszę pamiętać, że system zdrowia, lekarze, rząd, wreszcie my wszyscy spotykamy się z czymś zupełnie nowym, z nową chorobą, o której wciąż nie wiemy wystarczająco dużo, aby z nią skutecznie walczyć. Nie jest zatem tak prosto przewidzieć wszystko. Na wiosnę śmiało można było powiedzieć, że z pierwszego rzutu COVID-19 – jako państwo – wyszliśmy bez większych strat, choć tak naprawdę każda śmierć jest stratą niepowetowaną. Być może rządzący w swoich analizach nie przypuszczali, że teraz będzie aż tak źle.
Oczywiście sytuacja w Polsce jest – rzec można – lepsza niż w innych krajach, nie ma jeszcze tragedii, ale problem nade wszystko wydolności służby zdrowia zaczyna się zarysowywać coraz bardziej. I tu może nie chodzi nawet o liczbę zakażeń, co w jakiś sposób pewnie przejdzie przez społeczeństwo, ale problem w tym, czy nasza służba zdrowia będzie w stanie poradzić sobie z nagłym wzrostem zachorowań w jednym czasie, bo z czymś takim nie jest w stanie poradzić sobie żaden system, nawet w najbardziej rozwiniętych państwach.
Czy COVID-19 to jedyne zagrożenie, jakie czyha u naszych bram? Wszyscy skupiamy się na koronawirusie, ale czy w związku z tym na plan dalszy nie schodzi nasza czujność wobec zagrożenia ideologicznym wirusem, który nie poszedł na kwarantannę?
W Polsce w większości kręgów, także kościelnych, przez dłuższy czas mieliśmy lekceważenie zjawiska ideologicznego. Było to efektem przekonania, że w Polsce ludzie są tak mocno zakorzenieni w wierze i tradycji chrześcijańskiej, że ta rewolucja ideologiczna nas nie dotknie, a już na pewno nie w taki sposób jak na Zachodzie. Tymczasem po pierwszej fali pandemii widzimy, że pobożność w Polsce radykalnie zmalała, że wielu zwalnia się z uczestnictwa w praktykach religijnych. Jeśli bierzemy pod uwagę młode pokolenie, to moda na ekologizm i lgbt się niestety poszerza, i to w stopniu geometrycznym.
Gdyby to porównać do fali epidemii koronawirusa i z tym wszystkim, co się wiąże z COVID-19, to zagrożenie ideologiczne roznosi się po naszym społeczeństwie jeszcze szybciej niż pandemia. Zainfekowane ideologicznie są przestrzenie przede wszystkim komunikacji, internet, część szkół, ogromna część uniwersytetów, nie mówię już o tradycyjnych mediach czy wytworach kinematografii. I to znajduje poklask wśród młodego pokolenia, co z kolei grozi spustoszeniem nie tylko w krótkim czasie, ale w trwaniu historycznym Narodu.
Prezydent Duda powołał na ministra edukacji narodowej prof. Czarnka, na którego wylano już niejedno wiadro pomyj. W swoim felietonie na antenie Radia Maryja powiedział Pan, że przeciwnicy prof. Czarnka, którzy chcą rewolucjonizować szkolnictwo podstawowe i wyższe, de facto tkwią w utopii, w ideologii, natomiast o ideologię oskarżają nowego ministra edukacji i nauki. Skąd się to bierze?
Przeciwnicy powołania prof. Przemysława Czarnka na stanowisko ministra edukacji narodowej uważają neomarksizm za obowiązującą wykładnię filozoficzną – w rozumieniu człowieka i świata. I wszyscy, którzy krytykują tę filozofię czy ideologię, są definiowani jako ideolodzy, i to jest paradoks. Ale tak samo było za czasów komuny, kiedy uważano, że jedynym światopoglądem jest spojrzenie marksistowskie. Mimo że było to spojrzenie skrajnie ideologiczne, to nazywano je naukowym. Dzisiaj sytuacja jest bardzo podobna, wręcz taka sama, czyli lansujący hasła neomarksistowskie tkwią w ideologii, natomiast tych, którzy ich krytykują, w tym przypadku również prof. Przemysława Czarnka, określa się wszystkimi możliwymi epitetami – począwszy od nieuków, homofobów itd.
Jak poradzić sobie, kiedy dwóch wrogów atakuje równocześnie – COVID-19 i ideologia, która chce rewolucjonizować szkolnictwo podstawowe i wyższe?
Nade wszystko musimy sobie uzmysłowić sytuację, w której się znajdujemy. To znaczy wiedzieć, że żyjemy w rzeczywistości ogromnego zagrożenia, które metropolita krakowski ks. abp Marek Jędraszewski nazwał mianem zarazy. I jeśli będziemy mieć tę świadomość, jeśli uzmysłowimy sobie, w jakiej atmosferze żyjemy i co nam zagraża, to łatwiej będzie nam stosować środki zaradcze. Wydaje mi się, że na razie jesteśmy dopiero na poziomie dyskusji, że mamy negacjonistów, i to nie w obozie ideologicznym, tylko negacjonistów we własnym obozie, dlatego środki zaradcze nie są stosowane, a tym samym skuteczne. Tymczasem zasada jest prosta, środki są proste – mianowicie należy pokazywać i obnażać manipulacje ideologiczne, trzeba wychowywać dzieci i młodzież w sensie klasycznym, a ponadto musimy być czujni, ostrożni i skoro dzisiaj – w okresie pandemii – jesteśmy w stanie chodzić w maseczkach, to jesteśmy też w stanie ochronić nasze dzieci, żeby ideologiczne wpływy nie niszczyły ich serc i umysłów.
Dla kogo jest to zadanie i jaką rolę w tym dziele mogą pełnić uczelnie wyższe?
Najważniejsza jest zawsze rodzina, w której kształtuje się młody człowiek, później szkoła, a dalej uniwersytety, które są kluczowe w dziele kształcenia. Cała metoda działań ideologicznych polegała na tym, że w pierwszym rzędzie opanowywano uniwersytety, skąd wykształceni tam ludzie jako elita kraju szli w Polskę, do różnych instytucji, np. szkół, urzędów, do mediów, także do Kościoła. Nie łudźmy się, bo ludzie o poglądach rewolucyjnych też znaleźli się w przestrzeni czy otoczeniu życia kościelnego. Dlatego uniwersytety są tak newralgiczne, bo to jest mózg Narodu, tam się kształci przyszła elita, która będzie rozstrzygać o tym, co będzie się działo w Polsce w perspektywie kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu lat.
Czy obecnie polskie uniwersytety są tymi właściwymi miejscami, o których można by powiedzieć, że kształtują wiedzę, wiarę, tradycję, z której wyrastamy?
Niestety, polskie uniwersytety nigdy nie przeszły procesu dekomunizacji. To znaczy, że wielu ludzi, którzy wykładali tam filozofię marksistowską, wraz z transformacją ustrojową szybko ją porzuciło i szukając nowego odniesienia, równie szybko weszło w neomarksizm. I to dotyczy nie tylko filozofii, ale też różnych innych nauk humanistycznych. Ci ludzie bardzo szybko otrzymywali granty i różnorakie wsparcie z Zachodu, bo neomarksizm stał się tam modny, i mając ku temu odpowiednie instrumenty, rozstrzygali i rozstrzygają nadal o tym, co się dzieje w polskiej nauce.
To prosty mechanizm – taki jak w innych dziedzinach, również politycznych, tylko w innych dziedzinach dekomunizacja jakoś się dokonywała, natomiast w nauce, na uniwersytetach – niestety nie. To powoduje, że uniwersytety w Polsce są pod ogromną ideologiczną presją. Wprawdzie jeszcze nie wygląda to tak groźnie jak na Zachodzie, ale jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby nasze uniwersytety były tak zideologizowane jak zachodnie. Żeby do tego nie dopuścić, ogrom pracy jeszcze przed nami.

