logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Nieodpowiedzialne eskalowanie protestów

Sobota, 31 października 2020 (19:10)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jaka jest Pana diagnoza obecnej sytuacji w Polsce?

– Na sytuację, jaka ma miejsce w Polsce, nie możemy patrzeć w sposób wyrywkowy, ale całościowo, przez pryzmat tego, co się dzieje na świecie, a zwłaszcza w Europie. Puenta jest jedna – koronawirus po wiosennej „rozgrzewce” i letnim odwrocie dzisiaj atakuje z jeszcze większą siłą i wygrywa. W Europie, niestety, nie ma dzisiaj żadnego państwa, które mogłoby powiedzieć – wygraliśmy z COVID-em. Sytuacja w Polsce jest dokładnie taka jak na Zachodzie. Jednocześnie cała ta sytuacja pokazuje, jak słabą istotą jest człowiek, jak bardzo podatną na emocje, które towarzyszą pandemii.

Protesty są coraz liczniejsze, epidemiolodzy ostrzegają, czym to grozi, ale te pouczenia są lekceważone, co ciekawe, także przez młodzież, która jest większością na tych protestach…   

– Myślę, że społeczeństwo, także młodzież, wszyscy jesteśmy coraz bardziej zmęczeni pandemią. W tym wypadku kłania się psychologia społeczna, psychologia tłumu. Jesteśmy istotami społecznymi i jako tacy widzimy, że mamy do czynienia z wirusem – wrogiem, którego tak naprawdę nikt nie potrafi dzisiaj dokładnie zdefiniować, a co za tym idzie, skutecznie z nim walczyć i wygrać. Stąd wielu z nas – nie widząc sposobu – po prostu zaczyna godzić się z tą sytuacją, co widać po wypowiedziach biznesu. W Polsce mamy na razie mały lockdown, do tego dochodzą protesty kobiet. Z kolei w innych państwach też są protesty tyle, że wywołane zamykaniem gospodarek. Ludzie mają już dość zamykania, ograniczeń kontaktów, izolacji po prostu wszyscy są już zmęczeni, znużeni. I choć mają świadomość, czym grozi zbytnie luzowanie, to jednak wolą być wśród innych. To jest przejaw bardzo poważnej sytuacji społeczno-psychologicznej.

Czy politycy świadomi konsekwencji powinni nawoływać do protestów, tak jak to ma miejsce ze strony chociażby Borysa Budki, czy może powinni tonować nastroje, a polityczne animozje odłożyć na czas po pandemii?   

– Politycy z całą pewnością mają, a przynajmniej powinni mieć świadomość powagi sytuacji, co więcej, ich zadaniem w obliczu pandemii jest jednoczyć Naród i pomagać w przejściu – możliwie jak najbardziej bezpiecznym – tego szczególnego, trudnego czasu i wzrostu zakażeń. Kiedy porównamy sytuację z wiosny, to zauważymy, że tamta izolacja, tamten lockdown był prostszy. Po pierwsze, dlatego że wiosna, kiedy jest coraz cieplej, kiedy przyroda budzi się do życia, kiedy dni są coraz dłuższe – zawsze jest czasem bardziej przyjaznym. Natomiast jesień – w naszym klimacie, nawet bez wirusa, sama w sobie jest ponura, depresyjna, dzień coraz krótszy, słota za oknem i to wszystko nastraja negatywnie.

I teraz przed nami właśnie jesień, która będzie dla nas wielkim sprawdzianem walki z pandemią. Do tego mamy protesty, które też są pewną formą rozładowania emocji, z czego skrzętnie korzystają organizatorzy. Sądzę, że gdyby nie było orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie w sprawie warunków dopuszczalności aborcji, to pewnie znaleziono by inny pretekst do wywoływania ludzi na ulice – dajmy na to zamknięcie gospodarki czy ograniczenia przemieszczania się itd.

Na przykład we Francji padło na zamknięcie gospodarki, co też wywołuje protesty i zamieszki. U nas tło jest póki, co inne, ale nie można wykluczyć także innego kontekstu protestów. Opozycja oczywiście wykorzystuje sytuację i robi wszystko, żeby konflikt eskalować, żeby wyprowadzić jak najwięcej ludzi na ulice, licząc, że w konsekwencji tego buntu będzie mogła zdobyć władzę. Póki, co jednak to COVID rozdaje karty w Polsce i w innych krajach.

Czy COVID-owi należy podawać rękę i narażając ludzi, wykorzystywać pandemię do celów politycznych?

– Zgadza się, uliczne protesty w tej sytuacji są skrajnie nieodpowiedzialne, podobnie jak nawoływanie ze strony opozycji do eskalacji nastrojów w obliczu rozszerzającej się pandemii. To jest nierozsądne działanie, które pokazuje, że nikt z polityków opozycji totalnej nie troszczy się o państwo, ale o własne partykularne interesy. Jednakże warto też pamiętać, że cały gniew społeczny za lockdown, za ograniczenia skupia się na rządzących, przede wszystkim na wicepremierze Jarosławie Kaczyńskim, który jest szczególnie nielubiany przez opozycję.

Jestem jednak przekonany, że gdyby w takiej sytuacji znalazł się jakikolwiek inny rząd czy lider partii rządzącej, to reakcje społeczne byłyby podobne. Tak jest na całym świecie, ktoś zawsze musi być winny, a tym winnym są właśnie rządzący i to na nich skupia się niezadowolenie. Z drugiej strony wszyscy rządzący, czy to w Polsce czy zagranicą są dzisiaj zakładnikami bezradności. Cokolwiek rząd by nie zrobił, zawsze będzie źle, co więcej, nikt nie ma skutecznego rozwiązania tego pandemicznego pata. Wiele się mówiło, że Szwedzi sobie poradzili lepiej od innych, ale przypadek szwedzki też jest obarczony wadami, pokazuje, jak bardzo jest niebezpieczny społecznie.

Zatem dochodzimy wszyscy do ściany, wszystko zawodzi i tak naprawdę jesteśmy w rękach Pana Boga. Czy nam się to podoba czy nie, musimy liczyć przede wszystkim na siebie, na swoich najbliższych i ufać Opatrzności. Jeśli przewidywania ekspertów się potwierdzą i jeśli dojdziemy do 30 tysięcy zakażeń dziennie, co wkrótce może stać się faktem i ten stan się utrzyma, to nasz system ochrony zdrowia nie da rady. Do tego dojdzie psychoza i może się okazać, że nie tylko COVID będzie dla nas groźny, ale niebezpieczeństwem będzie też psychoza strachu.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji?   

– Ostatnio słyszałem wypowiedź znanego kardiochirurga, prof. Mariana Zembali, którego miałem okazję poznać osobiście i wielokrotnie z nim rozmawiać. Powiedział on, że jeśli pali się dom, to nie ma czasu na grilla. Zatem jeżeli widzimy, jak skutecznie COVID dewastuje państwa, rozkłada na łopatki nawet największe światowe gospodarki, to znaczy, że musimy wyciągnąć wnioski. Tym bardziej powinniśmy działać zespołowo, zachować solidarność, wszystkie ręce na pokład, bo w innym wypadku wielu z nas może nie przetrwać tej pandemii.

Z jednej strony widzimy, jak rośnie liczba protestujących na ulicach, a z drugiej rząd zamyka cmentarze przed uroczystością Wszystkich Świętych…

– Wszyscy wiemy, że demonstracje organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet są nielegalne. Organizatorzy tych manifestacji mają tego świadomość i niestety podchodzą do tego w sposób cyniczny. Jednocześnie bądźmy realistami, przecież nie da się wysłać przeciw wielotysięcznej masie ludzi wojska czy policji, nie można powtórzyć akcji znanych z poprzedniego systemu, kiedy wobec tłumów na ulicach interweniowało i to krwawo ZOMO. To spowodowałoby totalną wojnę domową, totalny demontaż państwa i kto wie, czy właśnie nie o to chodzi organizatorom i politykom popierającym te rzekomo kobiece protesty.

W tej sytuacji najbardziej żal mi policjantów, którzy są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo z tytułu pełnienia swoich obowiązków. Mamy mądrość policji, która nie reaguje na różnego rodzaju prowokacje i to nas póki co uratowało przed jeszcze większą eskalacją protestów, rozruchami, gdzie nawet mogłaby się polać krew. Kiedy wczoraj widziałem te tłumy na ulicach tylko Warszawy, to pomyślałem sobie jedno – niech Pan Bóg ma w opiece Polskę.

Jakie mogą być konsekwencje epidemiologiczne tych protestów?

– O tym przekonamy się już wkrótce. Zwrócę uwagę, że tylko w ciągu jednego tygodnia podwoiliśmy liczbę zachorowań, a po fali tych protestów liczba zakażonych może jeszcze wzrosnąć. Oby nie, ale cyfry zakażonych, jakie się pojawią, mogą nas przerazić. Wirus nie zna pojęcia ideologia czy protest, ale wirus przenosi się w sprzyjających warunkach, a tłumy skandujące, bez dystansu temu sprzyjają. Natomiast jeśli chodzi o zamknięcie cmentarzy, to myślę, że rząd popełnił poważny błąd komunikacyjny. Jeżeli od dobrych dwóch tygodni liczba zakażonych rosła z dnia na dzień i było wiadomo, jak wzrasta liczba zachorowań na koronawirusa, w jakim to wszystko idzie kierunku, to trzeba było reagować odpowiednio wcześniej, a nie na kilka godzin przed zamknięciem cmentarzy.

To, co zrobiono, to jest nieporozumienie. Gdyby dwa tygodnie temu pojawił się komunikat, że 31 października, oraz 1 i 2 listopada cmentarze będą zamknięte, to ludzie rozłożyliby odwiedziny nekropolii i grobów swoich bliskich w czasie. To również umożliwiłoby rozłożenie handlu dla sprzedawców zniczy, chryzantem itd. i nie spowodowałoby tak dużych strat, jakie mogą być teraz. Natomiast ogłoszenie przez premiera informacji o zakazie, element zaskoczenia tylko spowodował, że przy każdym cmentarzu zaczęła się histeria, nagle pojawiły się tłumy ludzi, którzy chcieli zdążyć przed północą odwiedzić groby swoich bliskich, kupić kwiaty i zapalić znicze. Popełniono błąd, który spowodował, że ludzie są dzisiaj niezadowoleni nie tyle z tego, że zamknięto cmentarze, bo z tym każdy mógł się liczyć, ale ze sposobu, w jaki to zakomunikowano, i jak zostało to przeprowadzone. Całe odium spadnie na premiera i pytanie, jak długo Mateusz Morawiecki będzie w stanie to odium unieść, bo lista niezadowolonych może być coraz dłuższa.

             Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl