W Warszawie odbył się Marsz Niepodległości. W tym roku – ze względu na sytuację epidemiczną – miał odbyć się w formie „rajdu samochodowego”, jednak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w marszu przez stolicę.
Jak informuje portal tysol.pl, podczas zamieszek postrzelony z policyjnej broni został fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry. Jak czytamy, został on trafiony w policzek z odległości kilku metrów. „Miał widoczny aparat fotograficzny. Kula utkwiła w ranie. Tomasza Gutrego czeka operacja usunięcia kuli” – pisze portal.
Rzecznik Komendy Stołecznej Policji nadkom. Sylwester Marczak pytany o potwierdzenie tej informacji, powiedział PAP, że nic nie wie o takim zdarzeniu. Rzecznik potwierdził jednak, że podczas środowych zamieszek funkcjonariusze w indywidualnych przypadkach używali broni gładkolufowej. – Tak, potwierdzam. Używano broni gładkolufowej. Było to niezbędne w związku z agresywnym zachowaniem tłumu – mówił. Dodał także, że podczas tych działań w tłumie byli nieumundurowani policjanci.
– Policja celowo doprowadziła do eskalacji napięcia. My staraliśmy się zabezpieczyć teren, na ile mogliśmy – stwierdził prezes Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” Robert Bąkiewicz. Przyznał, że nie czuje odpowiedzialności za incydenty, do których doszło na manifestacji i zrzuca odpowiedzialność na prezydenta stolicy. – Byłem świadkiem wydarzeń na rondzie de Gaulle’a. Z dachu budynku leciały petardy na przechodzących ulicą, natomiast na dole stała policja i nie reagowała na to i to wywołało zamieszki czy starcia z policją – dodaje Bąkiewicz.
Jak podkreślał, „na błoniach Stadionu Narodowego policja ewidentnie prowokowała, ganiała ludzi, którzy odpalili race i używali środków, które nie były konieczne, i pojawiły się uzbrojone oddziały policji”. – Ewidentnie starali się doprowadzić do jakichś starć, co im się z resztą udało – powiedział.
Prezes Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” ocenił, że „policja celowo doprowadziła do eskalacji napięcia”. Zaznaczył przy tym, że przy atakach uczestników Strajku Kobiet na kościoły, których on m.in. bronił, nie było takich reakcji ze strony policji. – Nie ma żadnej symetrii w podejmowanych działaniach – zaznaczył. Na uwagę, że to na jego stowarzyszenie spada odpowiedzialność za incydenty, do których doszło, stanowczo zaprzeczył. – Nie, na pana Trzaskowskiego, bo w sytuacji, kiedy to zgromadzenie było legalne od 2015 roku nie było żadnych problemów, natomiast w tym roku ludzie przyszli się przespacerować – odpowiedział.
– My apelowaliśmy, żeby ludzie przyjechali samochodami. O dziwo przez parę godzin policja nie chciała tych ludzi puścić, tylko trzymała przez 2-3 godziny w samochodach zamkniętych – podkreślił. – My się odcinamy od prowokacji. Ewidentnie – w naszej ocenie – policja dążyła do tego, żeby takie zajścia miały miejsce – dodał Bąkiewicz. Podkreślił, że „policja wchodziła w tłum, używała środków przymusu bezpośredniego, zaczynała gwałtownie ludzi legitymować, biegać za ludźmi i potem wprowadzać oddziały zwarte do działania”.
Bąkiewicz zapytany, jaką rolę w marszu odgrywała jego straż, odpowiedział: „My to, co mogliśmy w tych warunkach, to zrobiliśmy. Staraliśmy się zabezpieczyć ten teren, na ile mogliśmy, ale my nie jesteśmy policją”. Na pytanie, na ile zmieniłaby się sytuacja, gdyby Marsz Niepodległości miał wymagane pozwolenia. – Moglibyśmy wymagać i ustalać z policją, i prosić policję o takie działania, jakie były podejmowane w poprzednich latach – odpowiedział.

