logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Cel: Europa radykalnie marksizująca

Sobota, 14 listopada 2020 (19:24)

Aktualizacja: Sobota, 14 listopada 2020 (19:24)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jaki jest cel prezydencji niemieckiej, która w porozumieniu z Parlamentem Europejskim chce wprowadzić w życie mechanizmy warunkowości związane z unijnym budżetem?

Cel jest jeden – wcale nie tak odległy: stworzenie superpaństwa europejskiego o bardzo określonym centrum, czyli centrum – imperium wraz z peryferiami. My w tym projekcie mamy spełniać rolę peryferii, a centrum to oczywiście Berlin, Paryż rządzące nami za pośrednictwem Brukseli. Zgodnie z tą koncepcją – jeśli będziemy ulegli, jeśli będziemy postępować zgodnie z wolą Berlina, to nie będziemy karani.

Natomiast jeśli się postawimy, to odbiorą nam nawet te środki, które wpłaciliśmy do budżetu Unii Europejskiej. Mniej więcej taki mechanizm się rysuje. Zatem zaczyna się urzeczywistniać wizja zapowiedziana kiedyś przez Martina Schulza, że do 2025 roku powstanie superpaństwo europejskie, a jak ktoś w nim nie chce być, to niech opuszcza szeregi Wspólnoty – droga otwarta.

Tylko czy to nie są działania, które de facto zmierzają do zniszczenia Unii Europejskiej przynajmniej w formule, która stała u jej początków i była ideą ojców założycieli?

Ta Unia Europejska – Wspólnota Europejska, która była w głowach ojców założycieli – już od dawna nie istnieje. Po pierwsze chrześcijaństwo jako pewna wykładnia ideowa nie istnieje. Przypomnijmy, co się działo po II wojnie światowej w opozycji do hitlerowskiej idei zjednoczenia Europy i komunistycznej – sowieckiej idei zjednoczenia Europy. Dzisiaj jest podobnie, i to Altiero Spinelli jest jednym z autorytetów, podobnie zresztą jak Karol Marks.

Wystarczy tylko przypomnieć uroczystości w Trewirze w maju 2018 roku z okazji 200. rocznicy urodzin Karola Marksa z udziałem ówczesnego szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera. To pokazuje, jacy są prawdziwi liderzy ideowi obecnej Unii Europejskiej, w związku z czym Europa ideowa, która była w sercach i umysłach Roberta Schumana czy Alcide de Gasperiego, dzisiaj już nie istnieje. Dzisiaj istnieje Europa radykalnie marksizująca – w duchu Antonio Gramsciego, a zarazem Europa skrajnie scentralizowana, gdzie nie szanuje się podmiotowości czy też interesów wszystkich krajów, tylko centrum – Berlin i Paryż – widząc, że rywalizacja światowa staje się coraz bardziej ostra, usiłuje – kosztem mniejszych państw – utrzymać swoje bogactwo, swoją dominację i nie dopuścić konkurencji. Tak to wygląda.

Czy ten plan uda się zrealizować?          

To będzie zależało od tego, na ile będzie silny opór wewnętrzny. A to zobaczymy – jak myślę – niedługo. Plan jednak jest bardzo czytelny.

Jak powrócić do Europy Roberta Schumana i Alcide de Gasperiego? Czy to w ogóle jeszcze możliwe?    

Nie sądzę. I to nie tylko dlatego, że ktoś ma dobrą czy złą wolę, tylko pamiętajmy, że Zachód – w sensie społecznym – przeszedł bardzo głęboką rewolucję kulturową, że nie istnieją tam społeczeństwa myślące jak za czasów Schumana i Gasperiego. Myślę tu o społeczeństwach, które żyją chrześcijaństwem, dla których etyka chrześcijańska ma znaczenie. Niestety dzisiaj – na Zachodzie – nie ma już takich społeczeństw.

Dlatego musiałoby dojść do jakiegoś gwałtownego nawrócenia, ale tego też nie widać na horyzoncie, nawet w najdrobniejszych przejawach. W związku z czym rodzi się pytanie adresowane przede wszystkim do nas, Polaków, co my z tym wszystkim zrobimy i jak długo w tak, a nie inaczej kształtującej się Unii Europejskiej wobec nacisków zewnętrznych i wewnętrznych damy radę zachować, utrzymać przynajmniej jakieś elementy własnej suwerenności.

Zatem to dlatego, że jesteśmy wyspą, przystanią chrześcijaństwa w tym zaklętym lewackim kręgu ideologii, stajemy się celem ataków?

Polska, choćby poprzez ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zakazu aborcji, w sensie ideologicznym nie została jeszcze zaanektowana i jako wciąż jeszcze chrześcijańska nie pasuje do kształtu Europy będącej wizją lewackich sił. Stąd wysiłki, aby zrewolucjonizować nasz kraj i dopasować nas do wizji nowej marksistowskiej Europy. To po pierwsze, a po drugie Polska mająca doskonałe – moim zdaniem – położenie geopolityczne i granice – wyjątkowo dobre – patrząc na tysiącletnie nasze dzieje, taka Polska ma duże szanse, a nawet aspiracje, żeby być podmiotem, żeby być konkurencją dla wielkich unijnych graczy.

Tymczasem nikt nas nie chce tak odbierać, co więcej, widzi się Polskę jako dostarczyciela taniej siły roboczej i jako rynek zbytu. To są dwie kategorie przyznane nam w tej całej układance, ale jeśli się sprzeciwimy i zechcemy mieć inne, swoje aspiracje, to odpowiedzią jest groźba ucięcia funduszy – nawet tych, które sami wpłaciliśmy do wspólnej unijnej kasy.

Jak się wydaje, Polska jednak nie chce się dać podporządkować. W liście do przywódców Unii Europejskiej premier Morawiecki wyraźnie mówi, że nie zgadzamy się na wiązanie wypłaty unijnych funduszy z tzw. praworządnością. Jakie znaczenie ma to stanowisko Polski?

Zawetowanie unijnego budżetu, bo jak rozumiem taka jest groźba ze strony Węgier i Polski, jeśli ten plan ma się zrealizować, to trzeba było to zapowiedzieć, żeby nikt w Unii Europejskiej nie był zaskoczony. Ta zapowiedź padła i teraz jest pytanie, jaka będzie reakcja.

Jakie w tej sytuacji są możliwe scenariusze?  

Według mnie są dwa możliwe scenariusze. Po pierwsze, albo Niemcy zaczną jednak negocjować z Polską i Węgrami, aby dojść do jakiegoś porozumienia, konsensusu, albo druga możliwość: zaczną nas testować. To testowanie może się odbywać poprzez uruchomienie targowicy w Polsce, gdzie będą rozdzierane szaty, że Polska łamie wspólnotę itd. To testowanie ma na celu sprawdzenie, czy polski rząd blefuje, czy nie, i twardo będzie stał przy swoim. Jeśli Polska się cofnie, jeśli się ugnie pod presją zewnętrzną i wewnętrznymi działaniami targowicy, to stracimy ogromnie dużo, bo blefować w tej sprawie można tylko jeden raz, bo za drugim razem nikt nie uwierzy. I to będzie prawdziwy test. Oczywiście – w moim przekonaniu – w takim wypadku trzeba unijny budżet zawetować, pokazując, że są granice kompromisu, poza które cofnąć się nie można.    

Czy racji nie ma premier Orbán, który mówi, że Unia Europejska przypomina dziś bardziej Związek Sowiecki niż wspólnotę państw narodowych?

Premier Viktor Orbán w odniesieniu do Unii Europejskiej też stosuje ostrą retorykę, choć różnie z tym bywa potem w praktyce. Natomiast fakt faktem obecna Unia Europejska pod wpływem polityki niemiecko-francuskiej chce się coraz bardziej centralizować. Proszę jednak zwrócić uwagę na Stany Zjednoczone – tam każdy stan ma własną, ogromną autonomię i różnorakie możliwości działania. Tymczasem Unia Europejska chce być scentralizowana, co ciekawe – na poziomie nierównoprawnym. Zatem zasada ma być taka, że są równi i równiejsi i de facto Unia Europejska chce być marksistowska, no może neomarksistowska, ale jednak. Właśnie w tym kierunku zmierza, co z naszego punktu widzenia jest wręcz niewyobrażalne.

Swoją drogą dlaczego Viktor Orbán, skoro jest tak bardzo przeciwny budowie superpaństwa europejskiego, jeśli chodzi o europarlament, tkwi w lewicującej Europejskiej Partii Ludowej?

Premier Viktor Orbán prowadzi grę z Unią Europejską, zdaje też sobie sprawę, że jest twardym graczem. Robi wszystko, aby maksymalnie dużo ugrać dla swojego kraju, a trwanie w Europejskiej Partii Ludowej – największej formacji w Parlamencie Europejskim – daje mu taką możliwość. To jest realizm polityczny, tu nie chodzi o to, że ktoś zamanifestuje swoje poglądy, swój sprzeciw, ale pytanie jest, ile zdoła ugrać w takich czy innych okolicznościach czy warunkach. Powiedzmy sobie otwarcie, że ani Polska, ani Węgry nie wyznaczają warunków gry na europejskiej scenie, tylko oba te kraje próbują maksymalnie dużo ugrać w takich, a nie innych warunkach.

Czy na forum Parlamentu Europejskiego – po ewentualnym wystąpieniu węgierskiego Fideszu z EPL-u – jest możliwe stworzenie nowej siły, która byłaby bardziej skuteczną przeciwwagą dla EPL i lewactwa, które dominuje w europarlamencie?  

Parlament Europejski jest, jaki jest – to po pierwsze, po drugie nic nie wskazuje, żeby Viktor Orbán miał wyjść z Europejskiej Partii Ludowej. Europarlament pozostanie lewicowy – czy to będzie w wydaniu socjalistycznym, w wersji zielonej, czy w wydaniu chadeków, którzy w istocie niczym się nie różnią od socjalistów. Przetłaczająca większość w europarlamencie myśli w ten sposób, ale nie tylko Parlament Europejski, bo taki jest też układ państw w Europie. Jest zatem pytanie, czy i jak po różnych zawirowaniach związanych z pandemią COVID-19 i towarzyszących temu kryzysach będą się zmieniać rządy w poszczególnych krajach, bo to może zmienić konfigurację na politycznej, międzynarodowej scenie.

Wracając do batalii budżetowej: załóżmy, że teraz wygramy bitwę o unijny budżet, ale co dalej? Przecież forsowanie ideologii lewackiej się nie skończy…

Oczywiście, ten trend będzie trwał jeszcze długo – nie łudźmy się. Zatem czekają nas jeszcze długie, długie lata walki. Tym bardziej Polska musi sobie odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie, bo jeśli w tych długich bataliach nie będziemy zdecydowani, jeśli nie będziemy brali pod uwagę polexitu jako opcji, to nasza siła negocjacyjna będzie niewielka.

Chodzi o to, że każdy może nas postawić pod ścianą i zagrozić nam, że skoro nie chcemy przyjąć ich warunków, to polexit, i my musimy być na to przygotowani, musi być taka alternatywa, żebyśmy w takiej sytuacji nie musieli ustępować, cofać się. Warto też mieć świadomość, że Polska poza Unią Europejską to jest ogromna strata dla Niemiec. Ogromna. I Berlin też musi sobie to uświadomić. Zatem grać musimy bardzo twardo – bez oglądania się na subtelności czy takt, bo stawka jest bardzo wysoka.

Czy w tej ostrej grze mamy sojuszników, żebyśmy nie byli osamotnieni?

Na razie naszym sojusznikiem są Węgry. Zobaczymy też, co wydarzy się we Włoszech, ale to pokaże czas.

A Grupa Wyszehradzka…?

To jest, owszem, ważny projekt, ale Grupa Wyszehradzka na razie nie jest jeszcze siłą na tyle skonsolidowaną w sensie ekonomicznym. Owszem, nasze kraje mają część wspólnych interesów, ale przy silnej presji niemieckiej nie sądzę, żeby Grupa V-4 była do końca solidarna.

              Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl