Jak skomentuje Pan weto Węgier do unijnego budżetu i dość mocny wpis na Facebooku węgierskiej minister sprawiedliwości Judit Varga?
– Weto, które leży już na stole przed jutrzejszym szczytem szefów państw Unii Europejskiej, to realizacja zapowiedzi premiera Viktora Orbána. W podobnym, stanowczym tonie wypowiada się węgierska minister sprawiedliwości, podkreślając, że Węgier nie można zaszantażować, a odpowiedzialność za brak porozumienia w sprawie budżetu unijnego spoczywa na tych, którzy chcą zmienić ustalenia lipcowego szczytu. To jest cała prawda. Przypomnę tylko, że w konkluzjach szczytu budżetowego z lipca tego roku nie ma mechanizmu „pieniądze za praworządność”, który mógłby uderzyć w Polskę czy Węgry. Dopiero później okazało się, że ten mechanizm został przygotowany przez lewicowo-liberalne siły w Parlamencie Europejskim. Prezydencja niemiecka, niestety, temu przyklasnęła, zresztą trudno było się po Niemcach spodziewać czegoś innego. Można tylko dodać, że wszystko, co się dzieje z tym mechanizmem, jest działaniem pozatraktatowym. Nie na takie działania godziliśmy się, przystępując do Unii Europejskiej w 2004 roku.
Jest weto Węgier do unijnego budżetu, czy to oznacza, że zapowiadane przez premiera Morawieckiego polskie weto jest tylko kwestią ogłoszenia, zakomunikowania?
– Tak, jestem przekonany, że nie mamy innego wyjścia. Nawet gdybyśmy byli sami w tej grze, to też powinniśmy zawetować unijny budżet, wskazując, że w Europie dzieje się coś nie tak. W ten sposób de facto ratujemy Europę i pokazujemy, że funkcjonowanie państw w Unii Europejskiej, a także na świecie powinno się opierać na wartościach i za niespełna osiem miliardów euro netto, bo tyle rocznie Polska otrzymuje z Unii, nie można sprzedawać swojej suwerenności, swojej wolności. W konsekwencji Unia Europejska będzie nam dyktowała, kto ma być prezydentem np. Warszawy, Rzeszowa czy innego miasta, że nie taki powinien być marszałek takiego czy innego województwa, i będzie się – mówiąc obrazowo – stawiać nas pod ścianą, dyktować, co mamy robić, bo w innym wypadku ograniczymy wam unijne dotacje. Do tego to wszystko zmierza i ślepy bądź obłudny jest ten, kto tego nie dostrzega. Prawda jest też taka, że z jednego euro, które w minionych latach zostało zainwestowane w Polsce, aż 70 eurocentów wracało do firm Europy Zachodniej, które wygrywały przetargi i obławiały się na środkach finansowych dedykowanych Polsce.
Inaczej mówiąc, dzisiaj zgoda na mechanizm warunkowości oznaczałaby ustawiczny szantaż i w konsekwencji utratę pieniędzy?
– To jest tylko furtka do tego, żeby w kolejnych krokach narzucić nam podatki, które Unia Europejska zapragnie sobie przygotować. To jest też krok do faworyzowania określonych kręgów politycznych w poszczególnych krajach, czy wręcz narzucenia nam, kto ma zostać prezydentem Polski. To również jest krok do całkowitej laicyzacji kraju, laicyzacji wychowania młodego pokolenia, a także krok do zupełnego odejścia od wartości w oparciu, o które powstawała Unia Europejska w zamysłach ojców założycieli oraz w oparciu, o które przez całe wieki funkcjonowała chrześcijańska Europa. Na to zgody być nie może.
Jeszcze do przedwczoraj wyglądało na to, że Berlin i Bruksela traktowały zapowiedź weta Budapesztu i Warszawy jako pewną grę, ale po decyzji ambasadorów i dzisiejszym wecie Węgier sprawa jest jasna – Węgry i Polska nie blefują?
– Owszem, ale Niemcy, którzy do końca roku sprawują prezydencję w Unii Europejskiej, mają dziś twardy orzech do zgryzienia jeszcze z innego powodu. Mianowicie zapowiedź zablokowania unijnego budżetu to nie był blef, na co Niemcy bardzo liczyły, bo europosłowie z Koalicji Obywatelskiej czy Lewicy przekonywali w Brukseli, że Polska jednak nie zawetuje budżetu, że jest wielkim beneficjentem środków, że nasz kraj potrzebuje pieniędzy i rząd będzie się bał postawić weto. Tymczasem okazuje się, że Polska działa jak Sobieski pod Wiedniem, a więc wystawiamy do walki wszystkie siły, aby bronić chrześcijańskiej Europy, tym razem przed zalewem ideologii lewackiej. Co więcej, jak trzeba to pokazujemy, jak przyzwoicie powinni się zachowywać ludzie w sytuacji, kiedy do wyboru są wartości i pieniądze. Jako Polska, jako Naród owszem cenimy sobie Unię Europejską, nie są nam obojętne również środki europejskie i pomoc europejska, ale na pewno nie oddamy naszej suwerenności za kilka miliardów euro więcej. Pieniądze, to jest chwilowe wsparcie, ale warto mieć na uwadze, że cała gra zmierza w kierunku jednego federalnego państwa europejskiego pod dyktando Niemiec, na co nie możemy się zgodzić i nigdy się nie zgodzimy.
Do gry wchodzi premier Słowenii Janez Jansza, który mówi jasno, że jeśli pozatraktatowy instrument praworządności zostałby przeforsowany, to oznaczałoby koniec Unii Europejskiej. Mocne słowa…?
– To są przede wszystkim prawdziwe słowa, które pokazują, że Unia Europejska w obecnej formule zmierza donikąd. Słowenia to wprawdzie mały kraj, ale ma swoje aspiracje, świadomość, że dzisiaj dzięki mechanizmowi praworządności można napiętnować Polskę czy Węgry, może też Bułgarię – chociaż póki co ten kraj będzie chroniony, bo rządzą tam socjaliści, ale w dalszej kolejności może przyjść czas na Słowenię, na mniejsze unijne kraje. Dlatego uważam, że solidarność mniejszych czy średnich państw Unii Europejskiej jest w tym momencie bardzo ważna, bo Niemcy, Francuzi i Holendrzy myślą tylko i wyłącznie o pieniądzach i o swoim własnym bogactwie, ale nie patrzą perspektywicznie, nie widzą swoich krajów za 10 czy 15 lat. Nie dostrzegają, że np. w Niemczech za kilka lat będzie bardzo mocna reprezentacja muzułmanów, którzy zaczną się panoszyć w całej Europie. Niemcy chcą, żeby w krajach Europy Środkowej, gdzie w tej chwili jest ogromny front robót budowlanych, gdzie są inwestowane unijne pieniądze, a później także na Bałkanach osiedlili się emigranci z różnych części świata, żeby polityka multi-kulti, a więc wielokulturowość zdominowała Europę. I do tego ten dyktat jest Niemcom potrzebny, ponadto do tego, żeby zlaicyzować całkowicie systemy wychowawcze, bo mając te instrumenty w rękach, łatwiej jest zarządzać ludźmi. Deprawacja dzieci od przedszkola – a takie pomysły przecież już są – to wszystko pachnie zagładą Europy w tym kontekście, o którym myśli europejska lewica.
Jest jeszcze europejska prawica…
– Tak, tylko że europejska prawica jest mocno osłabiona i nie może być przeciwwagą dla tego ideologicznego frontu. Również Europejska Partia Ludowa, która rządzi w Parlamencie Europejskim poddaje się głosom lewicowym, głosom zielonych, czyli wszystkim środowiskom sprzyjającym ideologii gender. Cel jest jeden – to wszystko ma zaowocować inną, niechrześcijańską Europą. Premier Słowenii Janez Jansza ma rację w swojej ocenie, i mam nadzieję, że jego głos będzie mocno słyszany, a grupa niezadowolonych z dyktatu niemiecko-brukselskiego będzie się poszerzać.
Teraz w obliczu weta węgierskiego, ale także zapowiedzi polskiego rządu piłka jest po stronie prezydencji niemieckiej. Czy refleksja Berlina jest możliwa…?
– Niemcy są w tej chwili w lekkiej panice, a także Włochy i Hiszpania – w szczególności środowiska lewicowe, ponieważ usłyszały mocne weto. Jednak za bardzo w niemiecką refleksję nie wierzę.
W kontekście weta wiele mówi się o unijnym budżecie, ale mniej o Europejskim Planie Odbudowy i Rozwoju. Dlaczego?
– Nie wszystkie kraje Unii Europejskiej godzą się na Europejski Plan Odbudowy i Rozwoju. Chodzi o to, że trzeba zaciągnąć ogromną pożyczkę na 750 mld euro. Mają być wypuszczone obligacje, które wykupią europejskie banki, a po 2028 r. ktoś będzie musiał spłacać zaciągnięte długi. Okazuje się, że jeśli beneficjentem tych planów pomocowych ma być Polska czy dotknięte covidem Hiszpania czy Włochy, to bogate kraje Unii mówią, że nie za bardzo opłaca się im ratyfikować porozumienia dotyczące planu odbudowy, bo wyłożą pieniądze, a otrzymają mniej niż np. Polska czy Węgry, które blokują w tej chwili – zresztą bardzo słusznie – zarówno Europejski Plan Odbudowy i Rozwoju, jak i budżet Unii Europejskiej na lata 2021-2027 i tzw. dochody własne, czyli nowe podatki. Sytuacja jest zatem bardzo skomplikowana i to, z czym teraz mamy do czynienia, to próba obwiniania Polski i Węgier za to, że nie będzie nowego budżetu, co nie jest prawdą. Weta używali Holendrzy, Hiszpanie i my jako pełnoprawny członek Unii Europejskiej też możemy użyć weta, co więcej, powinniśmy to zrobić i bardzo dobrze, że polski rząd to zrobi.
Czy zatem Europejski Plan Odbudowy i Rozwoju to oględnie mówiąc fikcja?
– Może nie fikcja, ale zdarzenie przyszłe i niepewne. Wśród 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej parlamenty wszystkich krajów muszą akceptować taką pożyczkę. Przez następne miesiące w parlamentach narodowych będą się odbywały głosowania – tzw. ratyfikacje tej pożyczki. Polska jest oczywiście za, premier Mateusz Morawiecki powiedział, że Polska chce poprzeć ten projekt, ale bez mechanizmu powiązanego z tzw. praworządnością. Warto bowiem zauważyć, że jeśli mechanizm warunkowości zostałby wdrożony, to kiedy okazałoby się, że któremuś państwu zachodniemu (tzw. starej Unii) zabrakłoby pieniędzy, to wówczas za nieprzestrzeganie tzw. praworządności, czyli „za karę” można byłoby zabrać środki Polsce, Węgrom czy jakiemuś innemu niepokornemu państwu i uzupełnić własne braki. To bardzo realny scenariusz i my poprzez to weto ratujemy gospodarkę europejską, pokazując, że inwestycje są potrzebne wszędzie, plan odbudowy jest potrzebny wszędzie, ale musi być uczciwie wynegocjowany i uczciwie przedstawiony w parlamentach narodowych – także w polskim parlamencie. Dlatego z uporem powtarzam, że Polska wpłaciła do budżetu Unii Europejskiej na przestrzeni ostatnich 16 lat 61 mld euro, w tym samym czasie otrzymała z budżetu Unii 188 mld euro. Mamy saldo dodatnie w wysokości 127 mld euro. Jeśli te 127 mld podzielimy przez 16 lat naszej obecności w Unii Europejskiej, to wychodzi na to, że rocznie otrzymujemy 7,9 mld euro. Czy za taką cenę powinniśmy się pozbywać suwerenności…?! To pytanie trzeba zadać Platformie i siłom lewicowym.

