Za nami miesiąc manifestacji, tzw. strajku kobiet. Czy to nowość na polskim rynku protestów i rzeczywiście ruch oddolny?
Wróćmy na chwilę do lutego 2019 roku, kiedy ta inicjatywa startowała pod hasłem „Kobiety przeciw nienawiści”. Na swoich sztandarach protestujące zamieszczały hasła przeciw nienawiści i pogardzie wobec kobiet. Mówiły, że są przeciw populizmowi, przeciwko nazizmowi i neofaszyzmowi, ale również przeciw fanatyzmowi religijnemu, ponadto przeciwko nienawiści i okrucieństwu wobec dzieci, nieludzkiemu traktowaniu zwierząt, ale także przeciwko nienawiści do człowieka – młodszego, starszego z niepełnosprawnościami, osób LGBT+ itd. Taki był początek – luty 2019. Warto też zwrócić uwagę, że był to rok wyborów i inicjatorzy tych protestów – liderki – ponieśli porażkę. Jeśli zaś chodzi o tzw. strajk kobiet, czy jest to inicjatywa oddolna, to przypomnę, że Marta Lempart już wielokrotnie próbowała zaistnieć publicznie, startowała na prezydenta Wrocławia, gdzie sromotnie przegrała, z podobnym efektem ubiegała się też o mandat europosła i kiedy w 2019 roku były wybory parlamentarne, to środowisko Lewicy nie wzięło jej nawet na swoje listy wyborcze. Dodam tylko, że wtedy był konflikt o miejsca, parytety i ostatecznie z Wrocławia miejsce na liście do Sejmu otrzymał partner Roberta Biedronia, Krzysztof Śmiszek.
Trudno się chyba dziwić, że efekt wyborczy był mizerny, bo poza chęcią zaistnienia liderki tzw. strajku kobiet wcześniej i dzisiaj też nie prezentują żadnego programu…
Zgadza się. To środowisko protestuje przeciwko wszystkiemu i wszystkim, co więcej na tych marszach króluje agresja. Co jakiś czas liderki tzw. strajku kobiet organizują konferencje prasowe, gdzie wpuszczani są tylko dziennikarze zaprzyjaźnionych mediów, żeby nie zadawać niewygodnych pytań. Tak czy inaczej te konferencje wyglądają jak za czasów komisarzy ludowych, za którymi najczęściej stało NKWD. I dzisiaj jest podobnie – mamy trzy, cztery groźne kobiety, które mówią: „żądamy dymisji rządu, żądamy dymisji ministra, premiera", a więc cała lista żądań negatywnych. Kilka kobiet siedzących za blatem stawia żądania, co więcej: twierdzi, że wybory w 2019 roku są nieważne. Te panie żądają zmiany premiera, ministrów, a zatem po co parlament, skoro liderki wiedzą lepiej. Kilka kobiet dyktuje, jak ma wyglądać Trybunał Konstytucyjny i polskie sądy. Są przy tym – jak twierdzą – przeciwko mowie nienawiści, a de facto same sieją nienawiść. Nawet komuniści w czasach PRL-u – przy całej ich wrogości do Kościoła – nie naruszali miejsc sakralnych. A te kobiety, które mają usta pełne słów o miłości, tolerancji, o zrozumieniu, same rozlały nienawiść do osób wierzących, do miejsc kultu, nie wspominając już o osobach duchownych. To w ramach tej inicjatywy doszło do wielu znieważeń pomników św. Jana Pawła II, miejsc sakralnych oraz zabytków, bo większość naszych świątyń to są zarazem zabytki. To nie są błahe sprawy, może więc po miesiącu od rozpoczęcia tych protestów warto zadać pytanie – o co chodzi tym paniom?
O co chodzi, Pana zdaniem, i kto stoi za tymi protestami?
Z jednej strony o obalenie władzy, a z drugiej – o zniszczenie żywych fundamentów naszej wiary z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Istotne jest to, że te panie nie chcą dialogu. Są przeciwko wszystkiemu, ale nie chcą rozmawiać, negocjować, co więcej, gardzą każdą władzą, jaka jest dzisiaj w Polsce. Oczywiście, można nie akceptować premiera tego czy innego, liderów partii, ugrupowań, ale w tym momencie trzeba sprecyzować oczekiwania. Tyle że po stronie tej inicjatywnej grupy tego nie ma. Mówią, że jest źle, ale jednocześnie nie wskazują, co zrobić, żeby było lepiej. Nie ma żadnego pozytywnego programu. Z jednej strony mamy żądania, ale nie postulaty, a z drugiej nie ma pokazania mechanizmów, jak zrealizować te „postulaty”, których tak naprawdę nie ma.
Za to jest totalna negacja…
Dokładnie tak, wszystko jest na nie. Trochę wygląda to tak jak z rozkapryszonym dzieckiem, które ze wszystkiego jest niezadowolone.
Czemu to ma służyć i do czego to może doprowadzić?
W ubiegłym roku po porażkach wyborczych pojawił się artykuł z pytaniem, co ze strajkiem kobiet. Okazało się, że liderki, które nie dostały się do parlamentu, miały poważne problemy finansowe, wiele też rozpoczętych spraw sądowych za naruszenia prawa itd. I co takiego się stało w roku 2020, że nagle rozsypał się worek z pieniędzmi? Może zatem warto więcej powiedzieć o finansach tzw. strajku kobiet, które na początku protestów wyszły na ulice z hasłem „To jest wojna”. Obserwując od miesiąca ten cały protest, śmiem twierdzić, że to jest przewrót. Próba swoistego puczu, który ktoś chce przeprowadzić na polskich ulicach, głosząc kuriozalne wręcz, antydemokratyczne i antypaństwowe hasła. Jeżeli ktoś kwestionuje demokratycznie wybrane władze, co więcej, stawia termin: „macie siedem dni na dymisję”, to po co nam wybory, parlament, po co zasady demokracji, skoro kilka kobiet wie lepiej…?! Mamy zatem autentyczny przewrót. Zwróciłbym także uwagę na mechanizmy, jakie zostały tu uruchomione. Te mechanizmy widzieliśmy w dwóch przypadkach: pierwszy na terenie Wielkiej Brytanii w czasach brexitu, a drugi to wybory w Stanach Zjednoczonych – mam na myśli media społecznościowe. I ktoś na gruncie polskim zastosował dokładnie te same mechanizmy ukierunkowania młodych ludzi na nośne hasła, tematy, które niosą w sobie emocje, i tych ludzi wyprowadził na ulice polskich miast. Młodzież wyszła, protestując „przeciwko”, ale cały dramat polega na tym, że młodzi ludzie nawet nie wiedzą, że zostali zmanipulowani, do czego wykorzystano największe dzisiaj narzędzie, jakim są media społecznościowe. Co ciekawe, od momentu rozpoczęcia protestów skończyły się kłopoty finansowe tzw. strajku kobiet – liderek tego ruchu, których problemy nagle zniknęły, bo pojawiły się pieniądze.
Czy cały ten protest nie jest fragmentem pewnej większej całości, niekoniecznie sytuowanej w Polsce?
Tomasz Wróblewski – publicysta – w swoim blogu „Wolność w remoncie”, do którego chcę się odnieść, mówi wyraźnie o tym, co dzieje się na polskim gruncie, a szczególnie w związku z Unią Europejską. Mówi wyraźnie, że to są mechanizmy, które próbują tworzyć federacje w sposób bezprawny. Dzisiaj dwóch liderów unijnych: Niemcy i Francja, próbuje tylnymi drzwiami wprowadzić nowy sprzeczny z traktatami porządek europejski. I to, że dzisiaj w Polsce mamy tzw. strajk kobiet, a w Unii próbuje się wprowadzić mechanizmy niezgodne z jakimikolwiek zasadami, to nie jest przypadek. To jest jeden wielki mechanizm, który został uruchomiony przeciwko Polsce. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że odbywa się to przy wykorzystaniu polskich rąk. Proszę też zwrócić uwagę, że miesiąc temu pojawiło się orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji – nawiasem mówiąc, żaden konstytucjonalista, żaden autorytet prawny nie powiedział, że jest to orzeczenie bezprawne. Natomiast krytyka polega na tym, i taka jest retoryka, że jest to orzeczenie niezgodne z czyimiś poglądami. Proszę zwrócić uwagę, że jest to orzeczenie niezgodne nie z prawem, nie z Konstytucją RP, tylko z czyimiś poglądami. Co więcej – podejrzewam, że gdyby nie było tego orzeczenia, to równie dobrym pretekstem do protestów i wyjścia na ulice mogłyby być kwestie związane z „Piątką dla zwierząt”. Zresztą ostatni przykład z protestem przed siedzibą MEN pokazuje, że minister Czarnek też jest dobrym pretekstem do wyjścia na ulicę. A zatem dla tego środowiska wszystko jest pretekstem i nie trzeba naprawdę nic robić, żeby zwyczajnie podpaść tym paniom liderkom. I powtórzę raz jeszcze, że mówimy tu nie o wojnie, ale o autentycznej próbie przewrotu państwa polskiego, mamy dążenia do zburzenia demokratycznego porządku, czemu Unia tylko przyklaskuje.
Nie dziwi Pana brak reakcji? Przecież to zachęca do jeszcze większej agresji?
W tej sytuacji przeraża milczenie i akceptacja tego stanu rzeczy przez media i polską klasę polityczną – szczególnie stronę opozycyjną. Idąc tokiem myślenia liderek tzw. strajku kobiet, można będzie zakwestionować każde stanowisko, każdą funkcję, każdego człowieka na takim czy innym stanowisku, bo po prostu się komuś nie spodoba, bo ma – dajmy na to – inne poglądy niż ja. W ten sposób przy braku reakcji mediów i polityków można zakwestionować i zburzyć cały porządek państwa. Dzisiaj liderki strajku kobiet rzucają kamieniami w policję, porównując ją do OMON-u, nie mając pojęcia jak wyglądają działania OMON-u, czy też pamiętnego ze stanu wojennego polskiego ZOMO. ZOMO tłukło, znikało i nigdy nie było słowa „przepraszam”. Z ZOMO nie było dyskusji, ZOMO wychodziło na ulice z ostrą bronią, z pałami na pierwszej linii i nie zwracało uwagi, czy ktoś jest dziennikarzem, fotoreporterem czy ma legitymację, tylko tłukło jak popadnie, bo taki był cel. Nasza policja wychodzi na ulice bez pałek, stoi, dyskutuje z szalejącym, rozjuszonym tłumem. Niestety, doszliśmy do tak kuriozalnej sytuacji. Zachęcam czytelników „Naszego Dziennika” do przejrzenia filmów na portalach, jak wygląda działanie policji w wielu państwach Unii Europejskiej. Gdyby polska policja zadziałała w podobny sposób, kiedy płonęły ulice w stolicach wielu europejskich stolic, kiedy dewastowano witryny sklepowe, to jak nazwano by takie działania w Polsce? Tymczasem u nas, kiedy czterech policjantów niesie kobietę, to nazywa się to naruszeniem jej godności. Kiedy policja zabiera nieletniego, który kładzie się na ulicy, żeby nie przejechał go samochód, to jest to nazywane naruszeniem jego prywatności. Szaleństwo jakieś…
W protestach kobiet jest duża liczba nieletnich. Czy miejsce uczniów jest na ulicy?
Dzieci, młodzież mają się uczyć. Co 17-latek – jak rozumiem: licealista – robi podczas protestu pod sądem w ciągu dnia? Skoro od wszystkich oczekuje się przestrzegania prawa i we wszystkich programach publicystycznych telewizji komercyjnych słyszymy pytania: – kiedy się skończy pandemia, a jednocześnie te same media dolewają oliwy do ognia i nakręcają owe przedziwne „spacery”, mówiąc, że to jest przejaw demokracji, wyrażanie emocji, opinii, a później jest larum – dlaczego mamy rekordy śmiertelności na COVID-19, to pytam – gdzie jest odpowiedzialność tych dziennikarzy oraz inicjatorek tych ulicznych akcji? Może zatem warto postawić publicznie pytanie, o co naprawdę chodzi w tzw. strajku kobiet…? Kiedyś mieliśmy Ruch Społeczny „Solidarność”, ale tam od początku był cel, były postulaty, była też gotowość do rozmów, negocjacji. W przypadku „strajku kobiet” nie dość, że nie ma postulatów, to jest jeszcze wyprowadzanie ludzi na ulice, używanie wulgaryzmów, nie ma postulatów, ale jest wręcz domaganie się dymisji wszystkich władz. Jeden z publicystów mądrze stwierdził: z kim i o czym w tej sytuacji dyskutować, negocjować? Nie da się dyskutować z kimś, kto nie przedkłada żadnych racjonalnych postulatów i wszystko neguje.
Do czego to zatem zmierza?
Oczekiwania tzw. strajku kobiet zmierzają do anarchii. To, z czym mamy dzisiaj do czynienia, to jest anarchia, i w każdym demokratycznym państwie prawa takie elementy anarchii powinny zostać stłumione, bo są to działania na niekorzyść państwa. Ta grupa burzy cały ład konstytucyjny, który powstał z woli Narodu, a nie trzech czy czterech pań.
Dlaczego tak wielu ludzi ulega presji grupy inicjatywnej i wychodzi na ulice? Co więcej, politycy opozycji zachęcają, a część sama bierze udział w ulicznych protestach?
To, że ludzie wychodzą na ulice, to jest psychologia tłumu. Z drugiej stronie cała ta akcja jest bardzo sprytnie wykorzystywana przez polityków totalnej opozycji i Lewicy, którzy dolewają oliwy do ognia. Mamy cyniczne wykorzystywanie ludzkich emocji, bardzo nieodpowiedzialne. Zbliża się kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego i jestem przekonany, że data 13 grudnia zostanie wykorzystana, aby wyprowadzić ludzi kolejny raz na ulice i pokazać policję, która reaguje na prowokacje, że bije, gnębi Naród. Tylko że ktoś, kto dąży do spięć, do anarchii, zapomina o tym, że rewolucja, bardzo często zjada własne dzieci. Protesty trwają już miesiąc i to jest miesiąc pozwalania na przewrót w Polsce. Kiedyś ludzie strajkowali, walcząc o chleb, w obronie miejsc pracy, walcząc o słuszne prawa, o wolność. I to były racjonalne postulaty, natomiast tu nie ma postulatów, tu są żądania, które są wezwaniem do łamania prawa.

