Protesty organizowane przez zagorzałe feministki w ramach tzw. strajku kobiet są coraz mniej liczne, za to wzrasta poziom agresji. Czemu to wszystko ma służyć?
– Wydaje się, że jest to znakomicie zorganizowane, przemyślane, przygotowane i sterowane działanie. To jest kontynuacja walki podjętej z kulturą chrześcijańską, z cywilizacją życia. W tej chwili przekroczono granicę, która wcześniej nie była przekraczana, a jeśli już, to jedynie incydentalnie, jednostkowo. Natomiast w tej chwili w sposób zorganizowany jest naruszana pewna strefa tabu, strefa sacrum.
Ostatnio pojawił się plakat z płonącym kościołem i podpisem „piekło kobiet”. Czy Strajk Kobiet nawołuje do palenia kościołów?
– Ten plakat jest bardzo podobny do tego, co Niemcy produkowali, szczując na Żydów. W tej chwili mamy coś podobnego w odniesieniu do katolików, do chrześcijan. Te zachęty do podpalania, burzenia kościołów, są jakby naśladowaniem tego, co robiły hitlerowskie Niemcy. Kiedyś powiedziałem, że mamy w tej chwili w Polsce metody totalitarne walki z cywilizacją chrześcijańską, co ma charakter również globalny. U nas mamy jeszcze zapowiedzi i jednostkowe przypadki ataków na świątynie, natomiast we Francji występuje przecież cała seria podpaleń kościołów. I jeśli przeanalizowalibyśmy sytuację w innych krajach Europy, to też znaleźlibyśmy przykłady, gdzie w podobny sposób rozpętano nagonkę na chrześcijan. Niestety, ale od jakiegoś czasu jako ludzie wierzący zaczynamy być na Starym Kontynencie zagrożeni. Jeśli zaś chodzi o stosowane metody, to odwołują się one do wzorców totalitarnych, do tego, co było w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej oraz w stalinowskiej Rosji. Te dwa systemy: komunizm i narodowy socjalizm, są przecież bliźniaczymi systemami.
Dlaczego Kościół – wierni, kapłani, świątynie – staje się celem ataków, do których nawołują środowiska, liderki ruchów feministycznych?
– W tej chwili są dwie najważniejsze wartości, dwa filary, jak się je naruszy, to będzie łatwo zniszczyć całą strukturę państwa. To jest także strach, obawa, żeby z Polski i Węgier nie wyszło odrodzenie Europy w duchu chrześcijańskim, a więc w duchu starych, tradycyjnych wartości europejskich. Te dwa filary to przede wszystkim etos chrześcijański, czyli to, co symbolizują świątynie oraz duchowni, a drugim wymiarem jest tradycyjna rodzina. Jeśli się te dwa filary naruszy, to będzie łatwo doprowadzić do zrujnowania państwa w wymiarze tradycyjnym z całym dziedzictwem naszej kultury.
Komu zależy na tym, żeby to nasze dziedzictwo kultury, naszą chrześcijańską przeszłość podważyć, zniszczyć?
– To jest chyba najistotniejsze pytanie. Postawiłem kiedyś tezę, że w naszych dziejach nie mieliśmy nigdy rodzimego ruchu politycznego, który byłby bezpośrednio wymierzony w Kościół. Jeśli Kościół był atakowany, to z inspiracji obcych. Przyznam, że dzisiaj nie do końca potrafię zidentyfikować, kto jest tym atakującym – czy jest to rodzimy ruch, czy zewnętrzny. Bardziej skłaniam się jednak ku stwierdzeni, że jest to ruch zewnętrzny, aczkolwiek w Polsce mamy dostatecznie dużo zwolenników nihilistycznego nastawienia wobec państwa i tego wszystkiego, co państwo reprezentuje. Czyli jako wróg w tej strukturze jawią się także Kościół i jego rola oraz tradycyjna rodzina.
Ataki środowisk wrogich Kościołowi, jego zdeklarowanych przeciwników, to jedno. Ale czy nie jest zastanawiające, że tak wielu ludzi – zwłaszcza młodych – ulega tej ideologicznej presji, że wielu ludzi – w ogromnej większości ochrzczonych – uczestniczy w tzw. strajku kobiet?
– Myślę, że przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w zaniedbaniach. Chodzi o to, że przez długi czas nie dostrzegaliśmy procesu odmózgowienia ludzi. Oduczono ludzi myślenia własnym rozumem. Dopóki człowiek myśli samodzielnie, to nie da się nabrać na żadne wątpliwe, wręcz prostackie podszepty. Owszem, o ile w przypadku ludzi młodych dopuszczalny i tolerowany do jakiegoś stopnia jest jednostkowy wygłup czy wybryk, to na taką skalę, przy takiej masowości działań, przy takiej zorganizowanej strukturze, żeby wyciągnąć na ulice taką masę, trzeba mieć za sobą ludzi, którzy myślą w sposób zniewolony. I to odmózgowienie, wypranie z własnych myśli, jest sprawą niesłychanie ważną. Dlatego tak wielka jest tutaj rola edukacji. W ostatnich latach zbyt mało zwracaliśmy uwagę na wychowanie młodego pokolenia, na uczenie młodych ludzi myślenia własnym rozumem. Dzisiaj żyjemy w czasach informatyzacji życia, kiedy w dużej mierze „myślą” za nas komórki, smartfony – przekazy i treści przesyłane przez różne media. I to jest element pewnego zniewolenia, ogłupienia, a w efekcie zidiocenia społecznego.
Problem odmózgowienia ludzi, o których mówi Pan Profesor, dostrzega minister Przemysław Czarnek, który sam staje się również obiektem ataków, oraz resort edukacji, którym kieruje…
– Minister Przemysław Czarnek jest człowiekiem nadziei. Wreszcie na stanowisku ministra edukacji i nauki znalazł się człowiek, który wydaje się dostrzegać problemy i mieć plan, wydaje się myśleć zdroworozsądkowo, czyli po prostu po polsku – wartościami. Dla mnie osobiście jest człowiekiem nadziei, bo pokładam w nim olbrzymie nadzieje, że zmieni charakter polskiej szkoły. System edukacji, polska szkoła potrzebuje dzisiaj reformy. Szkoła ma dobrze uczyć, ale także wychowywać, musi być także miejscem wolnym od ideologicznej indoktrynacji dzieci i młodzieży.
Edukacja szkolna to jedno, ale w procesie wychowania ważne miejsca zajmują rodzina i Kościół. Czy Kościół dzisiaj spełnia swoją rolę edukacyjno-wychowawczą, czy nie działa zbyt zachowawczo?
– Powiedziałem niedawno, że Kościół jest w kryzysie. Z kryzysu wychodzi się albo jeszcze bardziej zrujnowanym, albo wzmocnionym, wzbogaconym, zwycięskim. Ufam, że w przypadku naszego Kościoła katolickiego to ta druga tendencja będzie efektem ostatecznym. Na razie można mieć bardzo wiele wątpliwości co do postawy tych, którzy powinni odpowiadać za Kościół i torować nam drogę. Sam metropolita krakowski ks. abp. Marek Jędraszewski nie wystarczy. Nie idzie się do mediów, dla których dialog oznacza atakowanie Kościoła i jego pasterzy. I to razi nas, ludzi wierzących, ludzi Kościoła. Myślę, że warto zwrócić uwagę na postawy, zachowania, które wnoszą kibice Legii czy innych polskich klubów piłkarskich, kiedy – zresztą nie pierwszy raz – pokazują, jak należy postępować w obliczu ataków na świątynie, na kapłanów. Niejeden z nich – jak sami przyznają – jest z wiarą i z Panem Bogiem na bakier, mają różne grzeszki na sumieniu, ale kiedy środowiska feministyczne zaczęły przypuszczać ataki na świątynie, na miejsca kultu religijnego, na św. Jana Pawła II, to ci kibice powiedzieli jasno i zdecydowanie: wara od miejsc świętych! I jako pierwsi stanęli w obronie kościołów. Proszę zauważyć, że kiedy wicepremier Jarosław Kaczyński wezwał zwolenników Prawa i Sprawiedliwości do tego, żeby bronili kościołów, to podniósł się ogromny jazgot, że wzywa do wojny. Tymczasem wicepremier polskiego rządu wezwał tylko do tego, żeby chronić to, co jest dla nas, Polaków, ludzi wierzących, najświętsze. Myślę, że dzisiaj potrzeba także od tych, którzy są funkcjonariuszami Kościoła, od duchowieństwa – a zwłaszcza od hierarchów –bardzo wyraźnego, zdecydowanego stanowiska, zwłaszcza że wśród tych, którzy dopuszczają się ataków na nasze świętości, są także ludzie ochrzczeni.

