Twarde stanowisko Polski i Węgier w sprawie weta do unijnego budżetu wywołuje coraz większy niepokój wśród unijnych decydentów. Co w tym kontekście oznacza orędzie marszałka Grodzkiego?
– Wystąpienie marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego niewątpliwie ma charakter polityczny, uderza w uprawnione działania polskiego rządu, natomiast wzmacnia argumenty zewnętrznych czynników, np. Niemiec, czy też unijnych, które zarzucają brak tzw. praworządności w Polsce. Warto też zwrócić uwagę na moment, w którym pojawia się to wystąpienie marszałka Senatu – w sytuacji, kiedy trwają negocjacje, po uchwale Sejmu upoważniającej premiera Mateusza Morawieckiego do użycia polskiego weta.
Wreszcie orędzie marszałka Grodzkiego miało miejsce po spotkaniu premierów Polski i Węgier, co ma duże znaczenie w kontekście wydarzeń na scenie europejskiej. To spotkanie premierów Morawieckiego i Orbána – jak widać po reakcjach polityków zachodnich oraz prasy, przede wszystkim niemieckiej – wywołało duże zaniepokojenie ze strony państw tzw. starej Unii. Również wystąpienie marszałka Grodzkiego w telewizji publicznej i nadużycie z jego strony narzędzia, jakim jest orędzie, zapewne też wiąże się z tym faktem. Warto też zauważyć, że w ostatnich dniach mieliśmy również do czynienia z krytyczną wobec działań rządu uchwałą Senatu – w kontrze do wspomnianej wcześniej uchwały Sejmu wyrażającej wsparcie dla rządu w jego działaniach na forum Unii Europejskiej.
Czy marszałek Grodzki takimi działaniami nie przekracza swoich kompetencji?
– Przekracza – zresztą nie po raz pierwszy – swoje kompetencje, zabierając głos w sprawach, w których ocena nie przynależy do marszałka Senatu RP. Jednak ocenę wystąpienia marszałka Grodzkiego trudno ograniczyć wyłącznie do aspektów politycznych. One są tutaj oczywiście najważniejsze, bo chodzi o wspieranie różnych działań ze strony polityków unijnych, które bezpośrednio uderzają w Polskę i Węgry. Jeśli chodzi o wystąpienie, czy w ogóle o postawę marszałka Senatu, to trzeba również uwzględnić wymiar psychologiczny, ponieważ prof. Tomasz Grodzki jest osobą o bardzo dużym ego, co nie jest dla nikogo tajemnicą, a co widać w sposób oczywisty. I to ma też przełożenie na jego działania.
Wspomniał Pan o Senacie. Czy jest to organ państwa uprawniony do zabierania głosu, jeśli chodzi o kreowanie polityki zagranicznej? Trudno się bowiem oprzeć wrażeniu, że w takiej roli chce występować większość senacka i sam marszałek Grodzki.
– Polityka zagraniczna jest kompetencją prezydenta, premiera, szefa dyplomacji. Ocena polityki zagranicznej, czyli wskazywanie pewnych jej kierunków, krytyka bądź też wsparcie w tym zakresie, przynależy do Sejmu, a nie do Senatu. Wydaje się jednak, że nie po raz pierwszy ten porządek – nawet konstytucyjny – jest zaburzany i duży w tym udział marszałka Tomasza Grodzkiego. Sądzę, że gdyby nie nadaktywna rola i wymieszanie, czy wręcz nawet próba uzurpowania sobie tych zadań czy kompetencji przez marszałka Senatu, które do niego nie należą, to nie bylibyśmy świadkami takich żenujących sytuacji.
Chciałbym też kilka słów poświęcić uchwale Senatu, w której większość wzywa rząd do wycofania się z – jak oni to określili – sprzecznej z polską racją stanu groźby wetowania unijnego budżetu. Jest to niestety bardzo zły przykład, który zapewne zapisze się niechlubnie w historii polskiego parlamentaryzmu, dlatego że mamy w tej chwili do czynienia z bardzo poważną sytuacją, kiedy decyduje się przyszłość Unii Europejskiej oraz przyszłość krajów członkowskich, krajów europejskich.
Czy dalsze funkcjonowanie Unii Europejskiej jest uzależnione od groźby użycia weta przez Polskę i Węgry, jak próbują to pokazać Berlin, Bruksela oraz opozycja w Polsce?
– Absolutnie nie, i to trzeba podkreślać, że dalsze funkcjonowanie Unii Europejskiej nie jest uzależnione od groźby użycia weta przez Warszawę i Budapeszt. To zagrożenie, owszem, jest, ale wiąże się z pozatraktatowymi działaniami państw, które uzurpują sobie przewodnictwo w Unii. W tym przypadku chodzi o Niemcy i Francję, które są wspierane przez mniejsze kraje członkowskie, państwa Beneluksu, a więc Belgię i Holandię, czyli państwa, które chcą podporządkować sobie inne kraje unijne. Co więcej, czynią to wbrew zasadzie solidarności, która ma być jednym z fundamentów funkcjonowania Unii Europejskiej. Nie wiem, czy marszałek Grodzki zapomina, czy też nie chce wiedzieć, że weto to instrument należny państwom członkowskim, że użycie weta jest zapisane w traktatach, a więc jest to prawo przynależne krajom członkowskim Unii.
Natomiast w przeciwieństwie do weta, które jest zgodne z traktatami o Unii Europejskiej, wiązanie wieloletnich ram finansowych, czyli budżetu, z zasadą tzw. praworządności ma absolutnie charakter pozatraktatowy. W tej sytuacji próba narzucenia jakiemukolwiek państwu rozwiązań pozatraktatowych prowadzi do chaosu i być może do końca Unii Europejskiej – w wypadku, gdyby ten mechanizm znalazł zastosowanie w praktyce. Poza tym wystąpienie marszałka Senatu w takiej formule, kontekście i z takim przekazem absolutnie godzi w polską rację stanu. To są kwestie, które wydają się zupełnie oczywiste, widać jednak, że nie dla wszystkich. Pewnym osobom wcale nie chodzi o praworządność, o suwerenność, ale o działania, które mają zaszkodzić rządowi Zjednoczonej Prawicy i doprowadzić do chaosu w państwie polskim, czy wręcz wzmocnić nastroje rewolty.
Do kogo zatem było adresowane wystąpienie marszałka Grodzkiego?
– Po raz kolejny powtarza się i jest realizowany z uporem maniaka scenariusz – znany zresztą od co najmniej pięciu lat, kiedy rządy w Polsce sprawuje Zjednoczona Prawica – mianowicie „ulica i zagranica”. Zresztą to scenariusz stosowany nie po raz pierwszy w historii Polski – teraz przez Koalicję Obywatelską i Lewicę – szczególnie w Parlamencie Europejskim, ale w ogóle na forum unijnym. Bo to jest miejsce, gdzie ta zasada znajduje zastosowanie, ale takie działania z tragicznymi skutkami dla Polski miały miejsce już w XVIII wieku. Oczywiście wtedy były inne okoliczności, ale też odwoływano się do obcych dworów, do Prus albo do Moskwy i dzisiaj, choć zmieniły się czasy i okoliczności, to zasada działania jest bardzo podobna.
Tak czy inaczej adresatem przesłania marszałka Grodzkiego są rządy państw zachodnich, które zarzucają Polsce niestosowanie tzw. praworządności i pod tym pojęciem usiłują narzucić naszemu państwu ideologiczny model Unii Europejskiej dotyczący także kwestii rodziny oraz innych zasad, które się później pojawią w ramach tzw. świeckości państwa, czyli wyrugowania Kościoła katolickiego w ogóle z przestrzeni publicznej, a w przyszłości być może też z przestrzeni sakralnej. I to są główni adresaci tego przesłania marszałka Grodzkiego, ale nie bez znaczenia jest także kontekst i czas, w którym ten głos się pojawia. Z jednej strony chodzi o spotkanie premierów Morawieckiego i Orbána i podkreślenie relacji polsko-węgierskich, a z drugiej – pojawia się w przeddzień szczytu Rady Europejskiej – 10 grudnia w Brukseli.
Zatem są to działania – mam na myśli orędzie marszałka Grodzkiego i uchwałę Senatu – ze wszech miar szkodliwe?
– Są to działania szkodliwe także dlatego, że negocjacje jeszcze się nie zakończyły i mamy prawo oczekiwać, że być może coś się wydarzy, że nastąpi jakaś refleksja ze strony prezydencji niemieckiej. Wszak mieliśmy ostatnio rozmowę premiera Mateusza Morawieckiego z kanclerz Angelą Merkel, gdzie szef polskiego rządu stwierdził wyraźnie, że jeśli nie będzie satysfakcjonujących rozwiązań, jeśli nie będzie, jak to określił, kompromisu, który zostanie zaprezentowany na szczycie Rady Europejskiej w dniach 10-11 grudnia, to Polska zastosuje prawo weta. Zatem można odnieść wrażenie, że negocjacje się nie zakończyły, że być może znajdzie się jakieś rozwiązanie. Na pewno jest takie oczekiwanie i tego typu wystąpienie marszałka Senatu RP nie tworzy dobrej atmosfery, bo uderza w niewielką, ale jednak wciąż istniejącą przestrzeń negocjacyjną.
Trudno chyba oczekiwać na najbliższym szczycie w Brukseli porozumienia w sprawie unijnego budżetu?
– Owszem, bardzo prawdopodobne jest, że ta sytuacja, ten impas będzie jeszcze trochę trwał. Na pewno nie jest to wina Polski czy Węgier, tylko prezydencji niemieckiej, która łamiąc ustalenia z lipca tego roku, forsuje szkodliwy, pozatraktatowy mechanizm. Z końcem grudnia kończy się prezydencja niemiecka, później będziemy mieć prezydencję portugalską, a zatem ta przestrzeń negocjacyjna jest i zostaje przedłużona. Natomiast wystąpienie marszałka Grodzkiego i uchwała Senatu oraz działania polityków Platformy i Lewicy tę przestrzeń bardzo mocno zawężają, czy wręcz chcą ją odrzucić. Mamy zatem celową próbę osłabienia polskiego stanowiska negocjacyjnego.
Marszałek Grodzki podkreślił, że Polska z racji swojego położenia nie może być neutralna – „albo jest w rodzinie cywilizacji Zachodu, albo w gronie autorytarnych dyktatur Wschodu”. Czy nie ma tu sprzeczności, bo czy to nie my właśnie trwamy i bronimy cywilizacji Zachodu, którą rozmontowuje lewacki Zachód na czele z Berlinem i Brukselą?
– Broniąc kompetencji państw członkowskich Unii Europejskiej, państw narodowych bronimy też pewnych zasad cywilizacji łacińskiej. Kwestia suwerenności to jest jeden z fundamentów Europy i naszej zachodniej cywilizacji. Dlatego broniąc zasad cywilizacji łacińskiej, bronimy naturalnego ładu prawnego i społeczno-moralnego, ponieważ zasada tzw. praworządności w rozumieniu tych, którzy chcą powiązać ją w tym wypadku z unijnym budżetem, a więc z podziałem środków finansowych, ma znaczenie ideologiczne, bo nie ogranicza się bowiem do wąskiego rozumienia praworządności.
To, że tzw. praworządność nie jest określona przez traktaty, jest bardzo wygodne dla forsujących tę zasadę, bo gdyby chcieli zapisać, czym jest ta zasada, zdefiniować ją, to musieliby ujawnić prawdziwe intencje, cele i znaczenie praworządności w jej szerokim, lewackim rozumieniu. Również mówienie przez marszałka Senatu RP, czy też próba włączenia Polski, jak to określono, do „grona autorytarnych dyktatur Wschodu” itd., to w Polsce jest wręcz tragikomiczne i nie robi żadnego wrażenia. Nawet jeśli ktoś jest krytyczny wobec obecnego rządu czy obecnej większości parlamentarnej – obozu Zjednoczonej Prawicy, to doskonale wie, że wszystko to jest nieprawdziwe. Natomiast nie jest to już tak oczywiste dla ludzi spoza Polski, dla opinii publicznej na Zachodzie. Stąd ciągłe powtarzanie, że w Polsce mamy do czynienia z jakimś autorytaryzmem, czy wręcz dyktaturą. Odnoszenie tego do Moskwy czy Mińska to jest świadome działanie, które ma deprecjonować Polskę i pokazać nieprawdziwy obraz naszego kraju. To jest przekaz bardzo prymitywny, nieprawdziwy, ale niestety może poczynić szkodę na wizerunku Polski wśród niezorientowanej w faktach opinii publicznej na Zachodzie.

