Z perspektywy czasu jak patrzy Pan na wydarzenia sprzed 50 lat, z grudnia 1970 roku i zbrodnię na Wybrzeżu?
– Pracowałem wówczas w miejscowości Pisz na Mazurach. Kiedy nadeszła informacja o strzałach i krwawym stłumieniu protestów robotniczych, to nawet mieszkańcy tej stosunkowo niewielkiej miejscowości byli tym wstrząśnięci. Właściwie bez przerwy nasłuchiwaliśmy radia, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Później nadszedł moment zmiany na stanowisku I sekretarza KC PZPR i informacja, że Gomułka odchodzi. Choć Grudzień ’70 zakończył karierę polityczną Gomułki, który wydarzenia na Wybrzeżu określał mianem kontrrewolucji, to ból w sercach pozostał, podobnie jak pamięć tamtych tragicznych dni.
Mija 50 lat, a sprawcy zbrodni wciąż nie zostali rozliczeni i osądzeni, a wielu z nich odchodziło z tego świata w poczuciu bezkarności. Dlaczego za ich życia nie zatryumfowała sprawiedliwość?
– W Gdańsku ludzie czcili pamięć ofiar Grudnia '70 nawet przed 1980 rokiem. Składaliśmy wieńce w kolejne rocznice tej masakry,urządzaliśmy uroczystości, a w 1980 roku powstało upamiętnienie – pomnik Poległych Stoczniowców 1970, którego odsłonięcie 16 grudnia było wydarzeniem na skalę ogólnopolską. Wówczas wydawało się, że to wydarzenie musi mieć również przełożenie na organizację życia publicznego, w tym także konsekwencje związane z rozliczeniem sprawców zbrodni. Niestety, rok później było już po wszystkim, stan wojenny wywrócił wszystko do góry nogami, zamykając czy blokując na długi czas proces rozliczeń.
Później był Okrągły Stół, który był porozumieniem i de facto akceptacją stanu wojennego. Zrezygnowano z relegalizacji „Solidarności”, a zgodzono się na jej rejestrację na nowo, co oznaczało, że przyczyny likwidacji NSZZ „Solidarność” uznano za wiarygodne. Można też powiedzieć, że skoro pozwolono na zamordowanie „Solidarności”, to również Grudzień '70 uznano za bunt, którego uśmierzenie też było słuszne. I nic dziwnego skoro ówczesna „Solidarność” utworzyła rząd, gdzie Tadeusz Mazowiecki – reprezentant Lecha Wałęsy, został premierem, a jego zastępcą został Czesław Kiszczak, ministrem obrony Florian Siwicki, którego cywilnymi zastępcami byli Janusz Onyszkiewicz i Bronisław Komorowski. Cały ten układ spinała zaś osoba Wojciecha Jaruzelskiego, który na mocy układu okrągłostołowego w 1989 roku został prezydentem, a de facto był człowiekiem odpowiedzialnym za wydarzenia z grudnia 1970 roku, bo jako ówczesny minister obrony narodowej nadzorował tłumienie wystąpień robotników. Nic dziwnego, że w świetle tego układu zbrodnie komunistyczne, w tym masakra Grudnia '70 zostały zepchnięte w niepamięć, a odpowiedzialność za całe to zło została – rzec można –unieważniona.
Słynna gruba kreska Mazowieckiego…
– Dokładnie, pamiętamy wszyscy to exposé Mazowieckiego z 12 września 1989 roku, gdzie – jak mówił – „przeszłość odkreślamy grubą linią”. Co to oznaczało – nic innego jak to, że nie zaglądajmy w przeszłość. Później znalazło to wydźwięk w haśle Kwaśniewskiego „Wybierzmy przyszłość”, a jeszcze wcześniej chroniono ludzi odpowiedzialnych za Grudzień '70. Skoro tak robili ludzie „Solidarności”, m.in. Wałęsa i Mazowiecki, to trudno było oczekiwać, że prawda zostanie odsłonięta, a winni zbrodni ukarani. Dlatego sprawa się wlokła i wszystko zmierzało ku zapomnieniu, rozmyciu prawdy. Stąd nie było mowy o odpowiedzialności za zbrodnie.
Kiedy mówił Pan o tym, jak układał się rząd Mazowieckiego, to przypomniała mi się scena z filmu „Nocna zmiana”, gdzie w Magdalence, w marcu 1989 roku, Michnik wznosząc toast i zwracając się do Kiszczaka, mówił, że pije za taki rząd, w którym Lech będzie premierem, a pan, generale, ministrem spraw wewnętrznych. Wprawdzie Wałęsa nie został premierem, ale później prezydentem, natomiast Kiszczak był szefem MSW i rozdawał karty…
– Ta scena była synonimem zdrady, jaka się wówczas dokonała. Wałęsa niejako wyznaczył Mazowieckiego na wspólnego premiera rządu, zgodnie zresztą z porozumieniem, które brzmiało: „Wasz prezydent, nasz premier”. I to porozumienie okrągłostołowe oznaczało brak rozliczeń za zbrodnie komunistyczne – nie tylko te z grudnia 1970 roku, ale wszystkie, też stalinowskie, począwszy nawet od 17 września 1939 roku, to znaczy od najazdu sowieckiego na Polskę. W tym sensie zepchnięto również w niepamięć całość relacji polsko-sowieckich, a także zbrodni komunistycznych dokonywanych przez UB jako agenturę sowiecką.
Skoro zatem ludzie „Solidarności” – Wałęsa, Mazowiecki – zaakceptowali zbrodniarzy na przywódców państwa – Jaruzelskiego na prezydenta, a Kiszczaka na wicepremiera i wszechwładnego ministra spraw wewnętrznych oraz przewodniczącego Komitetu Koordynacyjnego Rady Ministrów do Spraw Przestrzegania Prawa, to ze sprawą osądzenia sprawców komunistycznych zbrodni nie można było ruszyć z miejsca. Co więcej, wyjaśnienie musiałoby dotyczyć także fundamentalnych stosunków polsko-sowieckich, a przecież Wałęsa czy Mazowiecki, a przede wszystkim Jaruzelski i Kiszczak, z całą pewnością nie pozwoliliby na to.
Sprawa Grudnia '70 czy w ogóle zbrodni komunistycznych utonęła w szerszym układzie, w którym ZSRS wciąż pozostawał gwarantem granicy na Odrze i Nysie. Jaruzelski, Kiszczak, Siwicki i cała współpraca ówczesnej „Solidarności” z komunistami była tłumaczona wręcz koniecznością podtrzymywania sojuszu z Moskwą na rzecz utrzymania granicy na Odrze i Nysie. To pokazuje, że wszystkie sprawy z tamtego czasu, cały ten ówczesny układ, należy czytać w bardzo szerokiej perspektywie. Zresztą w jakimś stopniu trwa to do dzisiaj, a totalna opozycja bardzo wyraźnie reprezentuje opcję rosyjską, posowiecką i tamten punkt widzenia.
Wracając jeszcze do zasadniczego wątku naszej rozmowy – po grudniu 1970 roku, po wydarzeniach z sierpnia 1980 roku mieliśmy karnawał „Solidarności”, a potem był stan wojenny i znów były mordy, chociażby górników z Kopalni „Wujek” z 16 grudnia 1981 roku. Komuniści zażarcie bronili systemu i de facto swoich przywilejów…
– Co więcej, przygotowywali się do miękkiego lądowania, co miał im zagwarantować i zagwarantował Okrągły Stół. Akuratnie 16 grudnia 1981 roku razem z Mazowieckim oglądaliśmy telewizję i kiedy podano informację o ofiarach śmiertelnych z Kopalni „Wujek”, to w sercu była groza. O ile do tego czasu można było sądzić, że stan wojenny był pewną formą presji wywieranej przez komunistów na „Solidarność”, żeby się jakoś ułożyć, to od tego momentu było jasne, że to jest powtórzenie i kontynuacja metod sowieckich – czyli nie rozmawiać, tylko zamordować przeciwnika. I kiedy rozmawialiśmy z Mazowieckim na ten temat, to do głowy mi nie przyszło, że po ośmiu latach w rządzie – właśnie Mazowieckiego – Kiszczak będzie w randze wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych, a Jaruzelski jako prezydent będzie władał Polską. Nie przypuszczałem, że będzie możliwe się z tymi zbrodniarzami układać.
Rozmawiałem z Tadeuszem Mazowieckim i wieloma innymi ludźmi i wydawało się, że nie ma mowy o jakichkolwiek rozmowach z komunistami, trzeba po prostu odsunąć ich od władzy i odesłać do Moskwy albo tu, na miejscu, ukarać za dokonane zbrodnie i przelaną polską krew. W głowie miałem wówczas tylko niepodległość i świadomość, że nie ma mowy, aby – używając porównania – drugi raz wchodzić do tej samej rzeki, to znaczy bratać się z komunistami, otwierać jakieś okienka wolnościowe, strefy demokratyczne i inne bajpasy łączące ze starym znienawidzonym reżimem. Byłem przekonany, że jeśli nawet takie próby się pojawią, to społeczeństwo tej zdrady nie zaakceptuje.
Wbrew temu mojemu przekonaniu okazało się jednak, że było to możliwe, że ten zły sen, który nie miał prawa się ziścić, stał się faktem. Okazało się, że mit Wałęsy jako bohatera „Solidarności”, do którego stworzenia niestety sam się też przyłożyłem, ale również mit Mazowieckiego zadziałał w ten sposób, że ludzie wobec ówczesnej trudnej sytuacji rynkowej nie zauważyli, iż doszło do zdrady narodowej i de facto cofnięcia Polski do czasów sprzed sierpnia 1980 roku. Sierpień 1980 roku był zrywem antykomunistycznym, ale potem zostało to zaprzepaszczone. Okrągły Stół był czasem, gdzie obie strony się dogadały i sprawiedliwości za zbrodnie nie wolno było wymierzać. Można powiedzieć, że rozliczenia za zbrodnie PRL-u zostały unicestwione na ołtarzu tzw. porozumień pokojowych.
Jak można było się porozumieć z komunistycznym oprawcą, ofiara z katem?
– No właśnie, przecież to zakrawało na zgrozę i kpinę z ofiar, a jednak się wydarzyło. Wszystko było nieważne, a ważne okazało się porozumienie. Na początku nie wiedzieliśmy, że Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, nie wiedzieliśmy, że Mazowiecki – ostatni premier PRL, a zarazem pierwszy premier III Rzeczypospolitej, który miał być reprezentantem zrywu niepodległościowego, pilnował, aby Polska pozostała w sferze wpływów sowieckich. Tego jednak nie wiedzieliśmy, owszem były jakieś przypuszczenia, zwłaszcza co do Wałęsy, ale wiedza przyszła dopiero po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej.
Pojednali się ludzie sowieccy, czyli Jaruzelski, Kiszczak, Siwicki z Wałęsą i Mazowieckim, lecz także z Geremkiem, Kuroniem. Można powiedzieć, że cała ta ówczesna elita była mocno zsowietyzowana, ale społeczeństwo o tym nie wiedziało i udzieliło poparcia temu fikcyjnemu pojednaniu.
Wczoraj, 16 grudnia, minęła 40. rocznica odsłonięcia w Gdańsku pomnika Poległych Stoczniowców 1970 – słynnych trzech krzyży. Jaka była historia powstania tego pomnika?
– Postulat budowy pomnika poświęconego pamięci stoczniowców zabitych w grudniu 1970 roku pojawił się już podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, w sierpniu 1980 roku. Warto wspomnieć, że wówczas pierwszy krzyż na miejscu, gdzie dzisiaj wznosi się pomnik Poległych Stoczniowców 1970 – słynne trzy krzyże, postawił dziś nieco zapomniany Tadeusz Szczudłowski, który podczas wiecu za płomienne przemówienie z okazji uroczystości uchwalenia Konstytucji 3 maja, w którym domagał się respektowania praw człowieka i wolności obywatelskich, został aresztowany i wyszedł właściwie w przeddzień rozpoczęcia strajków sierpniowych, dołączył do strajku w Stoczni Gdańskiej. Był to czterometrowy drewniany krzyż, w którego umocowaniu pomagałem również ja.
Stanął w pobliżu bramy nr 2, w miejscu przed stocznią, gdzie w 1970 roku zginęli pierwsi robotnicy. Tadeusz Szczudłowski poprosił stolarzy stoczniowych, aby zrobili krzyż mocnej konstrukcji i kiedy był już gotowy, to po Mszy św. w szybkim tempie grupką wyskoczyliśmy ze stoczni otoczonej przez ZOMO i umocowaliśmy krzyż, szybko musieliśmy uciekać za bramę. Co ważne, komuniści nie odważyli się usunąć tego drewnianego krzyża. Warto o tym człowieku – Tadeuszu Szczudłowskim – wspomnieć, bo ten drewniany krzyż ustawiony w sierpniu 1980 roku stał się już wtedy w sercach stoczniowców zalążkiem monumentalnego pomnika, który dzisiaj upamiętnia ofiary poległych stoczniowców, pomnika, który jest świadectwem zrywu narodowego.

