Trzy rodziny, trzy opowieści o losach ukrytych w domowych archiwach. Pozwalają dotknąć codzienności przodków, wejść w ich prywatność. Odbija się w nich siła trwania kolejnych pokoleń – skazywani na zagładę, wykorzeniani, potrafili się odradzać. Tracili majątki, tytuły, a nawet życie, ale nie dali sobie odebrać wiary, zasad.
Po kądzieli i po mieczu
– Tworzenie rodzinnego archiwum ma ogromny sens – to jest historia Polski i wspaniałych ludzi. Dla naszej gałęzi Rodowiczów ich symbolem jest „Anoda” – mówi ze wzruszeniem Małgorzata Rodowicz, montażysta filmowy.
Jan Rodowicz „Anoda”, bohater Szarych Szeregów, uczestnik akcji pod Arsenałem, żołnierz i archiwista Batalionu „Zośka”. Aresztowany przez UB w Wigilię 1948 r. Matka, Zofia z Bortnowskich Rodowiczowa, zdołała mu wsunąć do kieszeni opłatek, którym nie zdążył się przełamać z rodzicami. W czasie ekshumacji, trzy miesiące po śmierci, okruchy chleba miłości znaleziono przy zamordowanym 7 stycznia 1949 r. „Anodzie”. – Miałam wtedy siedem lat, ale doskonale pamiętam Janka. Uwielbiałam, jak do nas przyjeżdżał do Zalesia – wspomina pani Małgorzata. Postać „Anody”, stryjecznego brata jej ojca Stanisława, i opowieść o jego męczeńskiej śmierci zajmuje ważne miejsce w jej najnowszym filmie „Opowieści Rodowiczów po kądzieli i po mieczu”, który został dołączony do listopadowego numeru „Biuletynu IPN”. – To moje dzieło życia, pracowałam nad nim dwa lata. Chciałam utrwalić w ten sposób historię rodziny dla wnuków – przyznaje Małgorzata Rodowicz, współreżyser filmu.
Powstania narodowe. Syberia, Katyń, Auschwitz, Ravensbrück, więzienie na Rakowieckiej. Historia rodziny Rodowiczów od Powstania Styczniowego wpisana jest w każdym pokoleniu w szlak polskiej Golgoty. – Nasze drzewo genealogiczne zaczyna się od XIV wieku; dokumenty z 1837 r. potwierdzające szlachectwo Rodowiczów odnalazł w archiwach wileńskich nasz daleki kuzyn z Litwy, Žilvinas Radavicius. Okazało się też, że mamy herb Rudnica, a nie Ślepowron, jak myśleliśmy – opowiada pani Małgorzata.
Każda gałąź tego drzewa to materiał na pasjonującą opowieść. Najsmutniejsze są te obumarłe. Jest tu postać polskiej Niobe – Zofii z Rodowiczów Iwanickiej, która straciła czworo dzieci. Dwie córeczki zmarły we wczesnym dzieciństwie, nie przeżyły trudów dramatycznego powrotu z Kijowa do Polski po odzyskaniu niepodległości. Najstarsza, Maria Iwanicka, ps. Małgorzata, zginęła w 1943 r. w partyzantce Uderzeniowych Batalionów Kadrowych na Suwalszczyźnie. Jedyny syn – Stanisław, zginął w Powstaniu Warszawskim w ataku na PAST-ę. Więcej dzieci w tej rodzinie nie było. Pozostały zdjęcia, wspomnienia Zofii Iwanickiej o życiu kilku pokoleń Rodowiczów – „ludzi wyjątkowo zacnych i szlachetnych”, by pamięć o nich nie zaginęła. By ocalić kulturę ducha, „tę najwyższą formę kultury”, która – jak pisała – „nie powstaje od razu, z dnia na dzień, w duszy ludzkiej”, ani nie można jej nabyć, jak nauki z książki. Kultura ducha tworzy się przez pokolenia, każde z nich dokłada swoją niepowtarzalną cząstkę.
Mimo wojen, rewolucji, powstań w archiwum Małgorzaty Rodowicz i jej sióstr zachowało się wiele pamiątek ważnych dla rodziny i dla historii Polski. Zdjęcie pradziadka ze strony mamy – Marcelego Nałęcz Dobrowolskiego (1829-1880), powstańca styczniowego, z jego przyjacielem Adamem Chmielowskim, czyli św. Bratem Albertem. Obrazy malowane przez dziadka – Stanisława Marcelego Dobrowolskiego, ucznia Józefa Mehoffera. Obrazek utkany przez którąś z prababek z własnych włosów.
Z nazwiskiem Stanisława Rodowicza, ojca pani Małgorzaty, związana jest historia „Łodzi Podwodnej” – najważniejszej konspiracyjnej radiostacji w Warszawie podczas okupacji. Ukryta pod domem rodzinnym przy ul. Fortecznej 4 na Żoliborzu, nigdy nie „zatonęła”, nie została wykryta przez Niemców. Zapewniała kontakt Komendy Głównej AK z Naczelnym Wodzem w Londynie. Stanisław Rodowicz zaczął budować „Łódź Podwodną” w 1940 r. W rodzinie żywa jest historia jej powstania, najmłodsze pokolenie zna opowieści o tym, jak nocami Stanisław wraz z żoną Krystyną wybierali z piwnicy ziemię, którą potem rozsypano w ogródku, podwyższając poziom gruntu o pół metra.
Dziadek, inżynier Stanisław Rodowicz, został zamordowany w Katyniu, ojca komuniści skazali na karę śmierci, zamienioną w drodze łaski na dożywocie. Opuścił więzienie po sześciu latach, w 1956 r. – Mama bardzo walczyła o ojca. Bieda u nas była koszmarna, trzy małe dziewczynki – same robiłyśmy sobie letnie buty. Wiem, co to jest głód, marzyłam, by zjeść jabłko czy morelę, ale nie było nas stać na owoce ani na bardziej pożywny obiad. Mama nie mogła znaleźć pracy, wszędzie słyszała: „Takich to my nie przyjmujemy” – wspomina trudne lata Małgorzata Rodowicz.
Wtedy, tak jak dla poprzednich pokoleń, oparciem były wiara i rodzina.
13 pokoleń
Jeszcze 12 lat temu wiedza Marii Baranowskiej o swojej rodzinie kończyła się na pradziadkach. Dziś w stworzonym przez siebie drzewie genealogicznym ma trzy tysiące osób – w linii głównej i z bocznych gałęzi. W sumie 13 pokoleń, od połowy XVII wieku.
– Zaczęłam zajmować się genealogią, gdy trudno było docierać do dokumentów w archiwach. Teraz jest dużo łatwiej ze względu na liczne bazy metrykalne w internecie – opowiada o początkach swojej pasji nauczycielka historii w Zespole Szkół Zawodowych w Skierniewicach. Zawsze lubiła słuchać opowieści starszych, które potem sprawdzały się, gdy konfrontowała je z dokumentami archiwalnymi.
Okazuje się, że również rodziny pochodzenia chłopskiego mogą sięgać głęboko w przeszłość.
– Nie trzeba być magnatem, szlachcicem, bogatym mieszczaninem, żeby znaleźć dokumenty dotyczące swojej rodziny. Można także dotrzeć do korzeni rodzin chłopskich, nawet niepiśmiennych. Coraz częściej to się zdarza – potwierdza dyrektor Archiwum Państwowego w Siedlcach dr Grzegorz Welik. Jako przykład wskazuje książkę Róży Somli-Dembowskiej, która stworzyła drzewo genealogiczne swojej chłopskiej rodziny ze Stoku Lackiego, obejmujące przodków od czasów panowania króla Jana III Sobieskiego do dziś.
Najstarszy znany przodek pani Marii miał na imię Baltazar. Nosił nazwisko Skorczyk – od korca, miary objętości. W połowie XVIII w. rodzina zmieniła nazwisko na Kwaśniak. Dlaczego? Nie wiadomo. Domowi archiwiści co rusz napotykają na różne zagadki.
Na podstawie dokumentów archiwalnych Maria Baranowska ustaliła, że rodzina Kwaśniaków co najmniej od 1719 r. mieszkała w Mierzynie na ziemi piotrkowskiej. – Parafie Ręczno, Rozprza, Gorzkowice, Mierzyn – to moje okolice. Kwaśniakowie w XIX wieku byli sołtysami, znalazłam wśród nich cieśli, w poprzednim wieku sporo młynarzy. Zaskoczyło mnie, że jeden z moich przodków ze strony prababci był nauczycielem, o czym nie wiedziałam. Wędrował i uczył po okolicznych dworach w parafii Ręczno – opowiada Maria Baranowska.
W rodzinnym archiwum zgromadziła wiele zdjęć, metryki dziadków i pradziadków, legitymacje i inne dokumenty. – Dziadek ze strony mamy, Feliks Olczyk, mieszkał w Mierzynie, ale to była rodzina napływowa. Jego dziadek z trzema innymi osobami kupił Kuźnicę Żerechowską, folwark obok Mierzyna wystawiony na licytację. Fantastycznie, że udało mi się znaleźć księgi notarialne i akt kupna tej ziemi – cieszy się pani Maria.
I tak, badając dzieje własnej rodziny, zaczęła odkrywać historię Mierzyna i regionu. Napisała dwie książki: „Szkice z dziejów Mierzyna” i „Niepokorna wieś. Mierzyn w latach 1939-1956”.
– Zaczyna się od własnej rodziny, a potem przechodzi do historii lokalnej. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Widzę, że małe społeczności mają wielki głód wiedzy o swojej przeszłości. Ludzie zaczęli przeszukiwać szuflady, zwłaszcza do mojej drugiej książki przynosili mi dokumenty, zdjęcia, zaświadczenia o przynależności do Armii Krajowej. A ja byłam dumna, gdy czytając w IPN akta z ubeckich przesłuchań, dowiedziałam się, że moja rodzina była niechętna władzy komunistycznej – podkreśla Maria Baranowska.
Rodzinne relikwie
W miejscu, gdzie w Siedlcach stał zakład stolarski Jana Adamiaka, tętni dziś ruch na rozpoczynającej się od ronda Księdza Alfreda Hoffmana ul. Księdza Jerzego Popiełuszki. Duży warsztat zatrudniał blisko 30 osób. Słynął z solidności i wysokiego poziomu artystycznego, tak jak całe polskie rzemiosło. – Dziadek był wyjątkowo uzdolniony, bardzo ładnie rysował, rzeźbił. Robił przepiękne rzeczy, specjalizował się w gdańszczyźnie – opowiada Lech Adamiak.
Wnuk nie poznał dziadka, który zmarł w 1936 r., ale zawsze bardzo interesował się jego losami.
A zaczęło się od krążących w rodzinie opowieści, czy mistrz Jan na pewno nazywał się Adamiak, bo w młodości zmieniał miejsca pobytu (z rodzinnych Kopciów przeniósł się do Warszawy, którą zamienił na Siedlce), nachodzili go rosyjscy żandarmi. Pan Lech postanowił sprawdzić te pogłoski w Archiwum Państwowym w Siedlcach. Odnalazły się dokumenty potwierdzające, że dziadek na pewno nazywał się Adamiak. Wszystko się zgadzało – nazwisko, data urodzenia.
Od słowa do słowa podczas wizyt w archiwum okazało się, że pan Lech posiada zbiory ważne nie tylko dla rodziny, ale też dla historii siedleckiego rzemiosła. W zakładzie terminowali protoplaści stolarskich rodów w Siedlcach: Kozaczyńskich i Łopaciuków. Jan Adamiak piastował funkcję starszego cechu, był osobą bardzo poważaną w mieście. Po jego śmierci zakład prowadzili synowie Edmund i Zdzisław. Spod ręki dwóch pokoleń Adamiaków wyszły kunsztownie wykonane regały i szafy w budynku dawnego sądu w Siedlcach, ramy stacji drogi krzyżowej, konfesjonały i część ławek w kościele św. Stanisława w Siedlcach, krzyż misyjny z 1964 r. w katedrze pw. Niepokalanego Poczęcia NMP, ołtarzyki i klęczniki w seminarium duchownym, elementy ambony i ołtarzy w kościele garnizonowym pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa.
I jeszcze ciekawostka muzyczna. W zakładzie wykonywano także deski do gitar elektrycznych, wzorowanych na instrumentach czechosłowackiej firmy „Jolana”. Pierwsze elektryczne gitary w dziejach Siedlec zagrały w 1965 r. w zespole „Chabry”, w którym perkusistą był Lech Adamiak.
O dawnej świetności nieistniejącego już zakładu przypominają katalogi z wzorami mebli, firmowe prospekty. Starannie uporządkowane archiwum tworzą też rodzinne zdjęcia, dokumenty po ojcu pana Lecha – Zdzisławie Adamiaku, kapralu 22. pułku piechoty. We wrześniu 1939 r. walczył w obronie Polski, po bitwie nad Bzurą dostał się do niewoli niemieckiej. Do końca wojny pracował przymusowo jako stolarz.
– Nie wstydzę się przyznać, że jestem dumny ze swojej rodziny. Wuj Kazimierz Druszcz był żołnierzem 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa; jego żona, ciocia Apolonia, dopiero po wojnie wróciła z Syberii, po sześciu latach zesłania. Drugi wujek, Adolf Adamczyk, był przed wojną najlepszym krawcem w Lublinie. Jego syn, profesor nauk fizycznych Bogdan Adamczyk z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, wynalazł metodę „echo”, która znalazła zastosowanie w terapii jąkania. Nietuzinkowi ludzie – wspomina Lech Adamiak.
Żeby nie przepadł żaden okruch przeszłości, zebrał i zadbał o najważniejsze pamiątki po swoich przodkach. – Dla mnie te zdjęcia, dokumenty są jak relikwie. Cenne i bardzo ciekawe. Wielką wagę do nich przykładam – wyznaje pan Lech.
Wyprawa w przeszłość
Domowe archiwa pokazują, jak ważna jest rodzina, która zakorzenia nas w Narodzie – wielkiej rodzinie rodzin, jak uczył Prymas Tysiąclecia. Bez własnej tożsamości nie przetrwa żadna wspólnota, dlatego szukamy korzeni, przodków, dociekamy, kim byli, czym zasłużyli się Polsce. Chcemy też wiedzieć, jak wyglądali, żyli, mieszkali, co osiągnęli. Ślady życia, które dawno uleciało, przetrwały właśnie w archiwach rodzinnych. Zazwyczaj tworzą je dokumenty, które towarzyszą nam wraz z przybywającymi latami: metryki, świadectwa, dyplomy, akty notarialne, rachunki, różnego rodzaju zaproszenia, listy, pamiętniki, zdjęcia, ale też recepty czy diagnozy lekarskie.
– Ważna jest świadomość, że to, co może wydawać się zakurzonymi szpargałami, to istotne dokumenty, fotografie, które powinny być zachowane dla potomnych – wskazuje dr Grzegorz Welik, dyrektor Archiwum Państwowego w Siedlcach. Nie wolno zapomnieć, że wojny przetaczające się przez nasze terytorium, zwłaszcza w XX wieku, pozbawiły Polskę wielu archiwów – zarówno urzędowych, jak i prywatnych. Bezcenne kolekcje były z premedytacją niszczone, kradzione, wywożone przez okupantów.
Archiwa rodzinne często kryją informacje, których nie znajdziemy w archiwach urzędowych.
– Wiele dokumentów opowiada o bardzo ciekawej historii danej rodziny. Czasem tragicznej, gdy bierzemy do ręki listy z łagrów, z obozów koncentracyjnych czy z zesłania. Może nie są atrakcyjne wizualnie, ale niosą ze sobą bardzo ważne przesłanie, stąd istotne jest, żeby przetrwały dla potomności. A jak do tego doprowadzić, to wiemy my, archiwa państwowe, bo dysponujemy fachową siłą zabezpieczania dokumentów – podkreśla dyrektor Grzegorz Welik.
We wszystkich 33 archiwach państwowych w Polsce działają punkty konsultacyjne, gdzie można uzyskać pomoc i fachową poradę na temat sposobów prowadzenia i konserwacji domowego archiwum. Eksponowane w naszych mieszkaniach zdjęcia, dyplomy szlacheckie, stare mapy cieszą oczy, ale wystawione na światło słoneczne z czasem blakną. – Podczas warsztatów mówimy, że inaczej zabezpiecza się zdjęcia, dokumenty papierowe, trochę inaczej pergaminowe. Uczymy, w jakich teczkach, kopertach je trzymać, gdzie można je kupić czy jak samemu wykonać, w jakich temperaturach przechowywać – przybliża tematykę spotkań archiwalnych dyrektor Welik.
Warsztaty cieszą się dużym zainteresowaniem, ludzie sami proszą o ich zorganizowanie, np. w tym roku Koła Gospodyń Wiejskich w powiecie sokołowskim zaprosiły archiwistów do świetlic wiejskich na spotkania.
Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych i archiwa państwowe prowadzą projekt „Archiwa Rodzinne Niepodległej”, który ma zachęcić do tworzenia zbiorów rodzinnych. Materiały z kolekcji zgromadzonych przez domowych archiwistów są sukcesywnie prezentowane – obecnie on-line lub jako ekspozycje plenerowe. W Warszawie na murach Barbakanu do końca grudnia można obejrzeć wystawę pt. „Z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciach”.
Warto odkurzyć stare dokumenty, wydobyć je z szuflad, z piwnicy, porozmawiać z najstarszymi członkami rodziny. Choć wydaje się, że zdążymy, pewnego dnia może okazać się, że jest już za późno. W tym świątecznym czasie przy okazji rodzinnych spotkań można zapytać rodziców, dziadków o pewne fakty z życia rodziny, o osoby na starych zdjęciach. Cieszy, że coraz więcej młodych ludzi prowadzi badania genealogiczne, tworzy drzewa rodowe, penetruje archiwa, stare cmentarze. Zgłębiając przeszłość, mają szansę umocnić rodzinne więzy, odnaleźć dalekich krewnych i powinowatych.
Bywa też tak, że domowe archiwum staje się asumptem do czegoś więcej – książki, albumu o swojej rodzinie. Powstaje coraz więcej takich publikacji, zazwyczaj z funduszy rodzinnych. – Nawet ktoś z mojej dalekiej rodziny wydał takie dzieło, które pozwala sądzić, że najstarszy przodek był uczestnikiem bitwy pod Płowcami. Trochę w to wątpię, ale na zjeździe rodzinnym rodzina bardzo urosła w dumę, bo do tej pory uważano, że pochodzimy z lubelskich czy podlaskich chłopów, a nie z tych, którzy walczyli z Krzyżakami pod królem Łokietkiem – opowiada dr Grzegorz Welik.
Odnaleźć ślady swojej historii w XIV wieku, w wydarzeniach, o których uczymy się z podręczników, to wielka rzecz dla strażników rodzinnej pamięci. Ale i coś znacznie więcej. W wymiarze ducha zaszczytna przeszłość, tak jak szlachectwo, zobowiązuje, by dorównać swoim antenatom, którzy zapisali chlubne karty. Potrafili odrodzić się z upadku. Zobowiązuje, by zachować się jak trzeba.

