logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Jan Puchalski/ Nasz Dziennik

Nie da się pogodzić ratowania dzieci z aborcją

Poniedziałek, 1 lutego 2021 (16:56)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Protesty tzw. strajku kobiet są coraz mniej liczne, za to coraz bardziej się brutalizują. Z czego to wynika?

– Moim zdaniem wynika to z taktyki działania przyjętej przez organizacje lewicowe, lewackie, feministyczne, organizujące tego typu protesty. Zresztą można było przewidzieć, że w momencie, kiedy te protesty staną się mniej liczne, kiedy ich dynamika osłabnie, wówczas aktywistki będą się coraz bardziej radykalizować. Ale jednocześnie wynika to z tego, że tak naprawdę nie chodzi tu o protest przeciwko wyrokowi, a ostatnio przeciwko uzasadnieniu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, ale tak naprawdę idzie o anarchizowanie życia publicznego, idzie o to, żeby atakować rząd Zjednoczonej Prawicy i destabilizować sytuację społeczną w państwie polskim.

Na co te środowiska liczą?

– Te środowiska liczą na to, że dzięki takiemu atakowi doprowadzą do kryzysu rządowego, że wymuszą zmianę władzy w państwie polskim. Natomiast szanse na realizację tego scenariusza są niewielkie, bo jesteśmy państwem demokratycznym i społeczeństwo polskie dokonuje swoich wyborów w sposób demokratyczny, nie na ulicach, ale przy urnach wyborczych. Takie wybory odbyły się niedawno, wygrało je Prawo i Sprawiedliwość, a następne są za trzy lata i mam nadzieję, że mimo tej radykalizacji po stronie tzw. strajku kobiet sytuacja niedługo zostanie opanowana. Społeczeństwo już poprzez sam fakt, że te protesty są coraz mniej liczne, pokazuje, że nie akceptuje agresywnych form działania tzw. strajku kobiet.

Ale mamy też ataki na instytucje państwa polskiego – mam na myśli atak, wtargnięcie protestujących na teren Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego policja nie reaguje w sposób bardziej zdecydowany wobec coraz częstszych prowokacji i niszczenia mienia przez uczestników tzw. strajku kobiet?

– W trakcie protestów, kiedy doszło do naruszenia terytorium Trybunału Konstytucyjnego, a de facto do ataku na tę instytucję, policja zachowywała się prawidłowo. Z jednej strony nie prowokowała uczestników tych manifestacji, a z drugiej strony – w momencie wtargnięcia kilku protestujących na teren Trybunału – zareagowała bardzo szybko i stanowczo, wyprowadzając tych ludzi. Jednocześnie dokonała zatrzymań, i zdaje się, te osoby też mają postawione zarzuty, co pokazuje, że reakcja ze strony służb była.

Widzieliśmy też obrazy policjantek pochlapanych czerwoną farbą, która stała się jednym z atrybutów tych protestów. Widzieliśmy zatem, w jaki sposób protestujący obrażali, prowokowali ludzi w mundurach. I tego rodzaju agresja, tego rodzaju ataki muszą się spotkać ze zdecydowaną reakcją państwa. Myślę, że ze strony policji taka reakcja jest, i że wnioski o ukaranie najbardziej agresywnych uczestników zostaną skierowane do sądów. Jest tylko pytanie – jak wobec tego zachowa się wymiar sprawiedliwości – sądy?

Do czego może nas zaprowadzić coraz większy radykalizm na tych protestach, taka knajacka polityka, której hołduje też część opozycji?

– Niestety opozycja zachęca do tych protestów, a wręcz je wspiera, licząc na to, że na tym skorzysta. I to tworzy pewną aurę bezkarności dla uczestników, bądź co bądź, nielegalnych manifestacji. I mamy kolejny aspekt tego, co widzimy, mianowicie że te manifestacje – w świetle prawa – są nielegalne, bo odbywają się w okresie pandemii. Tak czy inaczej wydaje się, że działania ze strony policji są adekwatne w stosunku do naruszeń prawa, natomiast najistotniejsze jest, czy za tym pójdą działania wymiaru sprawiedliwości wobec osób, które dopuściły się naruszeń.

Czy, zważywszy na język i wypowiadane treści typu: „idziemy po was”, „skończyło się grzecznie”, takie osoby jak Marta Lempart nie powinny być wykluczone z debaty publicznej?

– Myślę, że kilka lat wcześniej takie zachowania byłyby w ogóle nie do pomyślenia. Zresztą debata publiczna nie polega na atakowaniu policji na ulicach miast, nie polega na wykrzykiwaniu wulgarnych haseł i obrażaniu adwersarzy czy przeciwników, także władzy. Debata publiczna polega na tym, aby rozmawiać, spierać się – czasem ostro, formułować postulaty, ale w granicach pewnych dopuszczalnych norm. I tutaj niejako wracamy do punktu wyjścia, bo gdyby w tym wypadku istotnie chodziło o łagodzenie prawa aborcyjnego, jeżeli rzeczywiście chodziłoby o kwestionowane zapisów konstytucyjnych, to wówczas tzw. strajk kobiet i organizacje wspierające sformułowałyby inicjatywę legislacyjną czy wręcz inicjatywę zmierzającą do zmiany Konstytucji RP i próbowałyby wokół tej inicjatywy zbudować większość tak, aby wygrać wybory i w ten sposób doprowadzić do zmian w obowiązującym prawie. Natomiast obecnie takiej sytuacji nie ma, mamy za to rzeczywiście próbę anarchizacji życia społecznego i można powiedzieć, że jest to zamach na instytucje państwowe, a tego rodzaju działania, siłą rzeczy, muszą się spotkać z reakcją państwa i jego służb. Mam nadzieję, że ta reakcja będzie adekwatna do zagrożeń.

Zagrożenia są ewidentne…    

– Owszem, mamy nielegalne manifestacje, które prowadzą do zagrożenia życia i zdrowia Polaków, i na to pozwolić nie można.

Jak zrozumieć fakt, że na tych protestach pojawiają się rodzice z dziećmi, które wykrzykują hasła, np. „aborcja jest ok” – pewnie nawet nie rozumiejąc znaczenia tych słów?

– Od strony pedagogicznej, zresztą z każdej innej, jest to sytuacja nie do przyjęcia. To świadczy przede wszystkim o tych osobach, które dają się zwodzić aktywistkom tzw. strajku kobiet. Można powiedzieć, że wiele osób, które wcześniej, bo jeszcze w ubiegłym roku, uczestniczyło w tych protestach w dobrej wierze, naocznie przekonało się,  jak rzeczywiście ten protest wygląda, jak wulgarne i chamskie w swoich zachowaniach są liderki. Dzisiaj takie osoby już w tych manifestacjach nie uczestniczą.

Natomiast ci, którzy uczestniczą w tych zgromadzeniach nadal, którzy – jak pan redaktor zauważył – przyprowadzają swoje nieletnie, małe dzieci, czy w ogóle dają przyzwolenie swoim dzieciom na uczestnictwo w tego rodzaju hucpie, niestety też muszą spodziewać się określonych konsekwencji. Z jednej strony konsekwencji wynikających z naruszenia prawa, a z drugiej strony konsekwencji wychowawczych. Wyobraźmy sobie, jak będzie się zachowywał w przyszłości taki młody człowiek, jeżeli dzisiaj jako dziecko czy nastolatek nie ma poszanowania dla życia ludzkiego, jeżeli nie ma poszanowania dla obowiązującego prawa, jeśli nie szanuje osób o innych poglądach, bo czerpie wzór z rodziców. Jeśli tak spojrzeć na te protesty, to widzimy, że idzie to wszystko w bardzo złym kierunku i nie ma nic wspólnego – zresztą jak cały ten protest – z zasadami demokratycznego państwa prawa.

Jak odczytywać próbę wsparcia przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ruchu Marty Lempart? Jak pogodzić akcję charytatywną, która ma w założeniu ratowanie dzieci, z ruchem, który na swoich sztandarach nosi hasło „aborcja na życzenie”?

– Przede wszystkim decyzja Jerzego Owsiaka, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy w ostatnią niedzielę gra razem z tzw. strajkiem kobiet, kompromituje przede wszystkim samą inicjatywę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Demaskuje też ją jako akcję o charakterze jednak politycznym, gdzie jednoznacznie Jerzy Owsiak wskazuje, jakie ma sympatie, kogo wspiera, a nadto pozostaje w ewidentnej sprzeczności z samą sobą, bo jak można przeprowadzać zbiórkę społeczną na chore dzieci, a jednocześnie popierać żądania skierowane na złagodzenie przepisów aborcyjnych, czyli w zasadzie na zabijanie nienarodzonych dzieci. Nie da się pogodzić ratowania dzieci z aborcją.

              Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl