logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Zawsze w interesie Polski

Piątek, 5 lutego 2021 (19:54)

Aktualizacja: Piątek, 5 lutego 2021 (19:54)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Po rozmowach szefa BBN Pawła Solocha oraz prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego z doradcą prezydenta Joe Bidena ds. bezpieczeństwa narodowego, Jakem Sullivanem, wygląda, że mimo zmiany amerykańskiej administracji priorytety współpracy polsko-amerykańskiej się nie zmienią?

– To oczywiście nie jest zaskoczenie, bo wielu ekspertów, obserwatorów polityki zagranicznej, również zwraca uwagę, że zmiana prezydenta, a także zmiany w administracji amerykańskiej, nie wpłyną znacząco na kierunek polityki Stanów Zjednoczonych w wymiarze globalnym. Jednym z elementów – dla nas bardzo znaczącym, natomiast dla Ameryki jednym z wielu, są wzajemne polsko-amerykańskie relacje, które też nie uległy i wygląda, że nie ulegną zmianie. To świadczy o sile polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, ale też innych państw, to dowód stałości tej polityki, gdzie obóz rządowy, ale też opozycja, bardzo często mówią tym samym głosem. Jak wspomniałem, dotyczy to nie tylko polityki amerykańskiej, ale na przykład polityki niemieckiej, francuskiej czy brytyjskiej, a w pewnych okolicznościach również polityki rosyjskiej.

Czego niestety nie można powiedzieć o Polsce…   

– Niestety. Polska, nasza, rzeczywistość polityczna w tym względzie, niestety, odstaje od normy innych państw. Opozycja w Polsce nie tylko nie pomaga, nie wspiera, co wręcz dyskredytuje działania obozu rządowego, które są przecież zgodne z polską racją stanu. I tutaj wychodzi słabość państwa polskiego, bo mamy do czynienia z rozszczepieniem ocen i kierunków polityki zagranicznej pomiędzy obozem rządowym a opozycją. To nie jest dobrze postrzegane. Wracając jednak do meritum, trzeba powiedzieć, że wygląda na to, że główne kierunki polityki zagranicznej będą zachowane, przede wszystkim dlatego że Stany Zjednoczone zachowują ciągłość relacji międzynarodowych w wymiarze globalistycznym – także jeśli chodzi o Europę, w tym również Polskę.

Jakie elementy strategicznego partnerstwa polsko-amerykańskiego uważa Pan za zasadnicze?

– Jak wynika z relacji polskich ministrów – Pawła Solocha i Krzysztofa Szczerskiego – w telefonicznej rozmowie z Jakem Sullivanem pojawiły się – ze strony amerykańskiej deklaracje podtrzymania współpracy wojskowej, także w zakresie bezpieczeństwa i polityki wschodniej, ponadto kontynuacja tego, co się nazywa strategicznym partnerstwem. Ponadto dla Waszyngtonu ważna będzie współpraca gospodarcza w ramach Trójmorza rozumianego także jako strategiczny element relacji transatlantyckich oraz bezpieczeństwo energetyczne, czyli dostawy LNG, a więc uniezależnienie się od dostaw gazu z kierunku rosyjskiego.

Czy tzw. praworządność będzie forsowana przez nową administrację amerykańską, jak to zapowiadano? Pytam o to, bo – jak głosi komunikat Białego Domu – w rozmowie Sullivan zapewnił, co znamienne o „zaangażowaniu administracji Bidena we wspieranie demokratycznych instytucji, praworządności i praw człowieka”…

– W przekazie polskiej strony te kwestie nie zostały przedstawione, co oczywiście nie oznacza sprzeczności między tym, co powiedzieli ministrowie Soloch i Szczerski, a komunikatem Białego Domu. Niemniej jednak trzeba zauważyć, że widać różnice w postawieniu akcentów. Otóż w komunikacie Białego Domu pojawia się sformułowanie o zaangażowaniu się strony amerykańskiej we wsparcie instytucji, praworządności i praw człowieka. I mimo że nie zostało to sformułowane wprost, ale w szerszym kontekście, to trzeba odnosić to przede wszystkim w stosunku do Polski. Również fakt, że ta kwestia pojawia się po rozmowach przedstawicieli nowej administracji amerykańskiej ze stroną polską, nie jest przypadkowe. Jeśli chodzi o przekaz ze strony polskiej, to choć wygląda, że ta rozmowa nie różniła się niczym od rozmów, jakie się odbywały na podobnym szczeblu za kadencji prezydenta Donalda Trumpa, to jednak widać, że są też nowe elementy, które nie występowały w przekazie administracji Trumpa. Ponadto pojawiają się nowe kwestie dotyczące transformacji energetycznej w kontekście klimatu – mówi się o rozwoju zielonej energii, lecz także wspomniane kwestie wsparcia demokratycznych instytucji, praworządności i praw człowieka.

Na ile te wstępne rozmowy i deklaracje są kurtuazją i elementem dyplomacji, a na ile mogą się przekształcić w konkretne działania i oczekiwane korzyści dla Polski?

– Myślę, że tej rozmowy – jednak na wysokim szczeblu – nie można traktować tylko i wyłącznie w kategoriach kurtuazyjnych, bo wygląda na to, że miała ona wymiar bardzo merytoryczny. Jednak kilka ważnych obszarów współpracy zostało określonych. Uważam, że nowa administracja amerykańska – mimo stosowania języka i zasad obowiązujących w dyplomacji, operowała tutaj konkretami. Stąd jest to ważna rozmowa, która ukierunkowuje i pokazuje, jak w najbliższych latach będą wyglądały relacje polsko-amerykańskie. Przypomnę, że pojawiła się też kwestia bliskich kontaktów, zapowiedź relacji między głowami Stanów Zjednoczonych i Polski, co było tak charakterystyczne podczas kadencji prezydenta Donalda Trumpa.

Jak zatem w perspektywie mogą wyglądać relacje prezydentów Bidena i Dudy. Czy po pierwszych chłodnych odniesieniach Bidena wobec Polski – jeszcze w kampanii wyborczej, teraz po objęciu urzędu relacje prezydentów Polski i Stanów Zjednoczonych mogą być bliższe?

– Można się spodziewać, że relacje osobiste nie będą tak bliskie, jak to miało miejsce za prezydentury Donalda Trumpa. Ale nie przeceniałbym tego, bo relacje te były  oparte w dużej mierze o interesy. Owszem, wyglądało to dobrze, jeśli chodzi o przekaz medialny, jednak w stosunkach między państwami nie ma to żadnego znaczenia, bo liczą się interesy. Jeśli chodzi o relacje prezydentów Duda – Biden, to zapewnie będą one inne. Można się spodziewać, że będzie znacznie mniej spotkań. Szczególnie po stronie prezydenta Joe Bidena nie będzie takiego zaangażowania, bo sam prezydent nie będzie chyba tak aktywny, dynamiczny jak Donald Trump, co wynika z wieku, a przede wszystkim z osobowości i temperamentu Bidena. Ale to nie będzie dotyczyło tylko relacji polsko-amerykańskich, ale także relacji Joe Bidena z innymi państwami i przywódcami.

Jakie znaczenie na te relacje będzie miała nowa administracja amerykańska i współpracownicy Joe Bidena?            

– Niemalże od pierwszego dnia po objęciu rządów przez nową administrację amerykańską w kręgach kierowniczych partii demokratycznej, pojawił się i jest realizowany plan nie tylko tej, ale przyszłej kadencji. I rola tej administracji, wpływowych kręgów, postaci, ośrodków politycznych będzie tutaj bardzo znacząca – bardziej niż to miało miejsce za prezydentury Trumpa. Oczywiście także wizerunkowo kadencja Joe Bidena będzie inna od kadencji Donalda Trumpa. O ile Trump swoją osobowością, aktywnością także swoich wizerunkiem zdominował relacje międzynarodowe, o tyle w przypadku Joe Bidena – choć zapewne będzie postacią sztandarową – to jednak kluczową rolę, nazwijmy to zakulisowo, będą odgrywały różne ośrodki i wpływowe osoby z amerykańskiej administracji.

Jaką rolę będzie odgrywała Kamala Harris, która – jak się uważa – może być kandydatem demokratów w następnych wyborach prezydenckich?

– Wydaje się, że duet Joe Biden – Kamala Harris to wypadkowa układu politycznego w partii demokratycznej, układu bardziej lewicowego. Do tej pory jeśli chodzi o najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych, nie było miejsca dla osoby o tak bardzo radykalnych, lewicowych poglądach jak Kamala Harris. Teraz jednak jest wiceprezydentem i z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że za cztery lata, to ona będzie twarzą i przekazem ideowym demokratów i będzie się ubiegała o najwyższy urząd w państwie. Joe Biden, który jest produktem układu sił politycznych partii demokratycznej, z pewnością będzie wspierał Kamalę Harris – choć czy to ona będzie tą, która będzie następcą Bidena, ostatecznie zadecydują wpływowe kręgi partii, to one zdecydują, jaki kierunek ma być realizowany i kto będzie przyszłym kandydatem na prezydenta.        

Czy możliwy jest powrót do wielkiej polityki i powtórnego kandydowania Donalda Trumpa?

– Wydaje mi się, że jest to mało prawdopodobne, ale nie tylko z tego powodu, iż demokraci robią wszystko, żeby mu to uniemożliwić. Obawiam się, że również podziały w samej Partii Republikańskiej są też daleko idące. Są tam także różni liderzy, którzy mają ambicje, aby z ramienia tej partii uzyskać nominację do walki o prezydenturę. Zatem raczej trudno oczekiwać scenariusza powrotu Donalda Trumpa w roli kandydata republikanów na prezydenta w przyszłych wyborach. Myślę, że ugrupowanie to czeka remanent, poważna refleksja zarówno programowa, jak i strategiczna, jeśli chodzi o funkcjonowanie na politycznej scenie. Tego może do końca nie widać, jednak wydaje się, że Partia Republikańska jest jednak w pewnej defensywie, tkwi w marazmie, w zagubieniu, tym bardziej potrzeba jej wyrazistych postaci, wyrazistych liderów.

Czy na horyzoncie są tacy kandydaci?    

– Problem w tym, że nie widać tam takich osób, takich środowisk, ale bardzo możliwe, że się pojawią. Oczywiście rola Donalda Trumpa – w tym wewnętrznym układzie, w ramach Partii Republikańskiej – może być bardzo znacząca i nie do przecenienia. Myślę, że może on odegrać tutaj bardzo istotną rolę w wykreowaniu kandydata do fotela prezydenckiego. Stąd Trump może być znaczącą postacią w mocnym konserwatywnym nurcie Partii Republikańskiej. Może więc nie będzie kandydatem, ale w bardzo dużym stopniu będzie od niego zależało, to czy republikanom uda się zaproponować dobrego, konserwatywnego kandydata zdolnego wygrać następne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.

Pod warunkiem, że Trump nie będzie chciał być dalej tym pierwszym…  

– Oczywiście, Donald Trump jest postacią nietuzinkową, podejmującą niekonwencjonalne działania, co więcej, nie jest to osoba o poglądach konformistycznych. To człowiek polityki, ale przede wszystkim biznesmen, przedsiębiorca znający pewne realia, tym bardziej może być jednym z animatorów, promotorów dobrych trendów w Partii Republikańskiej, dla której w tej chwili najważniejsze jest odbudować silny, konserwatywny nurt. Tego nurtu w tej chwili chyba nie ma, ale jest potrzeby i nie sposób będzie go odbudować bez aktywności, bez wsparcia właśnie Donalda Trumpa. I tutaj jego rola może być naprawdę bardzo znacząca.

Czy zważając na działania wyprzedzające Berlina – mam na myśli podpisanie umowy handlowej z Chinami – polityka transatlantycka Joe Bidena i jego wcześniejsze zapowiedzi współpracy z Niemcami mogą ulec korekcie, i czy Polska ma szanse – jak za kadencji Trumpa – być jednym z głównych partnerów dla Stanów Zjednoczonych w Europie?

– Myślę, że tutaj jednak nastąpią zmiany. Czyli zbliżenie mimo różnic i zachowań strony niemieckiej – jak chociażby wspomniana przez pana redaktora umowa handlowa z Chinami – może nastąpić modus vivendi z Niemcami. Oczywiście nie znaczy to, że Niemcy staną się strategicznym partnerem Stanów Zjednoczonych, ale wydaje mi się, że te wzajemne relacje będą bardziej ułożone niż w okresie prezydentury Donalda Trumpa. Proszę też zauważyć, że polityka niemiecka tylko pozornie często posługuje tzw. grą na dwóch fortepianach, bo na dobrą sprawę jest to jeden utwór, tylko dwie melodie. Z jednej strony jest umowa handlowa z Chinami – też nieprzypadkowo zawarta właśnie teraz, która może być pewną ofertą skierowaną pośrednio również do Stanów Zjednoczonych, podkreślającą znaczenie Niemiec, pokazującą, że Berlin też może prowadzić politykę wielowektorową. Z drugiej strony w znaczących niemieckich mediach pojawiła się krytyka projektu Nord Stream 2, co jest dość zastanawiające, bo prasa niemiecka jest bardzo mocno związana z polityką szczególnie zagraniczną prowadzącą przez rząd. Zatem ta krytyka Nord Stream 2 może być zagraniem taktycznym, usypiającym, ale jednocześnie pokazuje wielowektorowość polityki niemieckiej. Natomiast zasadniczy nurt polityki Berlina nie ulegnie zmianie, bo Niemcom będzie bardzo zależało na dobrych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, lecz także na utrzymywaniu dobrych relacji z Moskwą i Pekinem. I tym polityka niemiecka różni się od polityki innych państw, które są ukierunkowane tylko w jednym nurcie.

Gdzie w tym wszystkim jest Polska?            

– Wydaje się, że mimo wszystko polska polityka zagraniczna jest prowadzona w sposób zbyt schematyczny, jednostronny, zaangażowany tylko w jedną stronę. Myślę, że wymagałoby to jednak pewnego poszerzenia wachlarza różnych możliwości politycznych. Mam wrażenie, że polska polityka jest odniesieniem do polityki relacji z dużymi państwami, takimi jak Niemcy, Stany Zjednoczone czy Unia Europejska, natomiast brakuje próby wykreowania polityki bardziej samodzielnej, bardziej wszechstronnej. Weźmy chociażby relacje polsko-rosyjskie, które pomijając kontekst historyczny, nie są na dobrą sprawę w ogóle podejmowane. Tymczasem relacje Polski z Rosją z powodów historycznych, geopolitycznych i gospodarczych są ważne i myślę, że tutaj powinniśmy się zdobyć na odwagę samodzielnego, suwerennego myślenia i działania zawsze w interesie Polski.

 Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl