logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Kolejna kompromitacja brukselskich elit

Środa, 10 lutego 2021 (19:24)

Aktualizacja: Czwartek, 11 lutego 2021 (11:50)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak w kontekście niedawnej wizyty Josepa Borrella w Moskwie scharakteryzowałby Pan politykę zagraniczną w wydaniu unijnej dyplomacji?

– Dyplomację Unii Europejskiej można scharakteryzować jako kompletny chaos i brak spójności, brak wizji. Wizyta Josepa Borrella w Moskwie była zupełnie nieprzygotowana. Nic zatem dziwnego, że zakończyła się całkowitą kompromitacją. Można też powiedzieć, że ta polityka jest w jakimś sensie także wypadkową – z jednej strony oczekiwań państw członkowskich, a z drugiej strony oczekiwań Berlina. Niemcy, jeśli chodzi chociażby o relacje z Rosją w najważniejszej dla nich obecnie sprawie, jaką jest dokończenie projektu Nord Stream 2, zajmują stanowisko rozbieżne z tym, czego oczekuje Komisja Europejska, dlatego wydaje się, że mamy politykę zmierzającą do tego, żeby wszyscy byli zadowoleni. Fakt faktem, nikt nie jest zadowolony, co pokazała wizyta Josepa Borrella w Moskwie.

Wspomniał Pan o tym, że wizyta Borrella była nieprzygotowana, a zatem czy była konieczna, zwłaszcza w tym czasie, kiedy Moskwa stosuje sankcje wobec Nawalnego? Chyba że Borrell miał załatwić jeszcze coś w imieniu Niemiec?

– Wygląda na to, że była to indywidualna akcja Josepa Borrella, którego braki wykorzystał i obnażył Siergiej Ławrow. Skoro wszyscy dookoła mówili, że w tym momencie nie ma podstaw do tego, aby jechać do Moskwy, jeśli Kreml więzi Aleksieja Nawalnego, kiedy stosuje represje wobec protestujących i jednocześnie ignoruje wszelkie apele dotyczące przestrzegania praw człowieka, to trzeba było posłuchać. Kiedy ze strony Komisji Europejskiej i europarlamentu jest kontestacja budowy ewidentnie godzącego w bezpieczeństwo energetyczne Unii Europejskiej gazociągu Nord Stream 2, Josep Borrell i w tej sytuacji, mimo ostrzeżeń, jednak wyrusza do Moskwy tylko po to, żeby – jak się okazało – zostać upokorzonym, a przedstawiciele państw Unii Europejskiej: Niemiec, Polski i Szwecji, dokładnie w tym samym czasie zostają potraktowani przez Rosję jako persona non grata i są wydalani z Moskwy. To jest kompletna porażka nie tylko Borrella, lecz także w ogóle dyplomacji Unii Europejskiej. Zresztą analitycy przed tą wizytą przewidywali, że Moskwa zechce wykorzystać dogodny moment i pokazać swoją siłę, dominację czy wręcz lekceważenie, upokorzenie wobec Unii. I tak się stało.

Josep Borrell jednak nie chciał słuchać rad i w końcu znalazł się w Moskwie. Jako wytrawny dyplomata miał okazję – w konfrontacji z Ławrowem – przedstawić stanowisko Unii w sposób jasny i zdecydowany, ale tego nie zrobił. Dlaczego?

– Wygląda na to, że pojechał do Moskwy, sądząc, że zostanie przywitany i przyjęty z otwartymi rękami, że wróci na europejskiej salony w glorii chwały. Nie wiedzieć czemu sądził, że Putin i Ławrow tylko z tego powodu, że przybywa wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa, zgodzą się na wszystko – nawet bez jasnego i twardego przedstawienia spraw. Okazało się jednak, że tak się nie stało, że dla Moskwy – jak zresztą i słusznie się uważa – liczy się tylko zdecydowana postawa, że Putin uznaje jedynie język siły. Tym bardziej że jak było widać i jak donoszą agencje, Borrell nie przedstawił stanowiska, co skrzętnie wykorzystał Ławrow, upokarzając Unię Europejską, która – jak stwierdził – nie jest obecnie solidnym partnerem dla Rosji, a strofując, upokorzył także samego szefa unijnej dyplomacji.

A zatem po co Josep Borrell pojechał do Moskwy?

– Dzisiaj pewnie zrozumiał, że to był błąd. Kiedy był w Moskwie, ale też wcześniej, kiedy planował wizytę, był ostrzegany, niestety, zlekceważył mądre rady. Zresztą chyba nie jest też tak, że to sam Borrell przygotowuje taką wizytę. Tym bardziej się dziwię i jestem ciekaw, co było na agendzie spraw, a co nie zostało poruszone w Moskwie i dlaczego.

Czy w tej sytuacji Borrell powinien być nadal szefem unijnej dyplomacji? A może problem Unii tkwi znacznie głębiej? Ursula von der Leyen twierdzi, że ma zaufanie do Borrella i nie widzi potrzeby zdymisjonowania go…

– W moim odczuciu, ale przede wszystkim w przekonaniu reprezentacji Prawa i Sprawiedliwości, która w ramach Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów funkcjonuje w Parlamencie Europejskim, Josep Borrell powinien ustąpić ze stanowiska – i co do tego nie ma dwóch zdań. W normalnych okolicznościach, jeśli szef dyplomacji jakiegokolwiek poważnego państwa zachowałby się w ten sposób i miał takie wyniki zagranicznego wyjazdu, to pewnie szybko musiałby się podać do dymisji, bo żądałaby tego każda opozycja. Podobnie jest w tym przypadku. Natomiast jeżeli w tej sprawie nie będzie żadnej refleksji polegającej m.in. na tym, że szef unijnej dyplomacji albo sam ustąpi, albo zostanie odwołany, to będzie to oznaczało, że tak naprawdę swoim działaniem, postawą reprezentuje stanowisko Unii Europejskiej, że Komisja Europejska tego typu postawy od niego oczekiwała. W tym momencie cała ta sytuacja pokazuje, że polityka zagraniczna Unii Europejskiej rzeczywiście bywa skuteczna wobec słabych, a wobec silnych nie ma nic do powiedzenia. W tym wypadku widać było gołym okiem, że Moskwa lekceważy sobie Unię i nie traktuje jej poważnie, a przynajmniej po partnersku. Ale tego można się było spodziewać.

Tej refleksji jak dotąd nie widać, co więcej – Parlament Europejski zamiast poddać rzetelnej ocenie wizytę Borrella w Moskwie, robi krok do przodu i atakuje Polskę, tym razem za prawo aborcyjne.

– Mamy kolejny temat zastępczy, którym elity brukselskie chcą przykryć kryzys szczepionkowy i kompromitującą postawę szefa unijnej dyplomacji w Moskwie. I taki jest m.in. cel wynoszenia na agendę spraw z Polski. Nie da się ukryć, że Parlamentowi czy Komisji Europejskiej łatwiej jest atakować lojalnego członka Unii Europejskiej, jakim jest Polska, za rzekome łamanie praworządności i wywoływać sztuczne problemy, szukać przysłowiowej dziury w całym, bo łatwiej jest dyskutować, niż zająć się realnymi problemami i je rozwiązywać. Ale od samego mieszania herbata nie zrobi się słodsza.

Po co ta dyskusja, skoro poruszana kwestia nie należy do kompetencji Komisji Europejskiej, a przepisy są we właściwościach państw narodowych?

– Cały czas toczy się batalia o to, żeby zachować swoją suwerenność w takim zakresie, w jakim obejmują to umowa stowarzyszeniowa i traktaty europejskie. Natomiast Komisja Europejska w sposób pozatraktatowy i de facto bezprawny próbuje poszerzyć zakres swoich kompetencji wobec państw członkowskich prawem kaduka, bo inaczej tego nazwać nie można. Oczywiście te działania wymierzone są wobec państw, które nie płyną z głównym nurtem. Przypomnę tylko, że jakiekolwiek pretensje są wysuwane tylko pod adresem Polski i Węgier, gdzie rządzą partie konserwatywne, które cały czas podkreślają przywiązanie do wartości i podkreślają swoją wizję obecności w Unii Europejskiej, takiej, jaką ta Wspólnota była u swojego zarania, Unii, o jakiej myśleli ojcowie założyciele. Niestety, od tych korzeni Unia Europejska już dawno odeszła, i to bardzo daleko. Dzisiaj w Parlamencie Europejskim, w Komisji Europejskiej przewagę mają środowiska bądź liberalne, bądź wręcz lewackie, które próbują wdrażać i zmuszać państwa członkowskie – szczególnie nowe państwa członkowskie Unii – do przeprowadzenia ideologicznego eksperymentu, który już znalazł zastosowanie w takich krajach, jak Holandia, Belgia, Niemcy czy Francja.

Jednak w dobie kryzysu pandemicznego Unia nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo szczepień w państwach członkowskich.

– Niestety, to prawda. Tak naprawdę Komisja Europejska, która ma usta pełne frazesów, pouczeń, sama nie potrafi zadbać o interesy państw członkowskich, czyli obywateli Unii. Sprawa szczepień jest dzisiaj priorytetowa, ale jak widać Bruksela – nawet wtedy, gdy chodzi o życie i zdrowie obywateli państw członkowskich – nie potrafi stać na wysokości zadania. To kompromituje elity brukselskie.

              Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl