logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Chcą pieniędzy i władzy

Czwartek, 11 lutego 2021 (17:28)

Z dr. hab. Mieczysławem Rybą, prof. KUL, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami protest mediów głównego nurtu po zapowiedzi wprowadzenia przez rząd podatku od reklam. O co tak naprawdę chodzi w tej całej sprawie? Czy rzeczywiście o wolność mediów, która rzekomo ma być zagrożona?

– Wolność mediów w Polsce nie jest absolutnie zagrożona, natomiast jest zagrożona dominacja medialna. Proszę zauważyć, że gdyby prześledzić czarne ekrany, które wczoraj dominowały na ekranach telewizorów zamiast nadawanych programów, to okaże się, że jest to albo zagraniczny kapitał, albo bardzo jednoznacznie lewicowo-liberalnie zdefiniowana grupa medialna. Zatem jest to pewien monopol, który w ogromnej mierze był sankcjonowany tym, że dana grupa – zwłaszcza międzynarodowa – czerpie ogromne zyski. Wiemy też, że ten kapitał – zwłaszcza międzynarodowy – nie lubi płacić podatków, podobnie jak wielkie zagraniczne sieci handlowe nie płaciły podatków w Polsce.

Co więcej, wykorzystywały one swoje wpływy w Unii Europejskiej, ażeby opodatkowanie związane ze skalą ich działalności określić jako sprzeczne z międzynarodowym prawem. Teraz koncerny medialne, wszczynając protest, próbują określać to działanie mianem obrony wolności słowa. Tylko, co to ma wspólnego z wolnością słowa, tego nie wiem… Tak czy inaczej mieliśmy manifestację siły i próbę pokazania polskiemu rządowi, że po pierwsze, tych ośrodków jest dużo, a po drugie, że w swoich działaniach mają one wsparcie zewnętrzne, a wszystko po to, żeby ochronić swoje ogromne zyski i nie pozwolić się dać opodatkować.   

No właśnie, co ma wolność słowa do opodatkowania koncernów medialnych?

– Dokładnie nic. Tu nie chodzi o wolność słowa, tylko o to, czy w sposób sprawiedliwy, równy płacimy podatki, czyli daninę społeczną, do czego wszyscy jesteśmy zobowiązani. Zatem, jeśli ktoś chce operować na polskim rynku, chce tutaj zarabiać pieniądze, to powinien mieć te same obciążenia, które mają polskie firmy, mające swoje siedziby nad Wisłą, które tu prowadzą swoje biznesy.  

Do kogo ten histeryczny sygnał z wyłączeniem mediów był skierowany? Czy przekaz, o jakim Pan Profesor wcześniej wspomniał, nie jest próbą manipulowania polską opinią publiczną?

– Dokładnie tak, ale jeśli te koncerny mają tak dużą przewagę, to ta manipulacja jest skuteczna – oczywiście do pewnego stopnia. Warto bowiem zwrócić uwagę, że obok stacji czy ośrodków zagranicznych są także media polskie, narodowe, które są oczywiście atakowane. Wystarczy tylko wspomnieć ostatnią konwencję Platformy, gdzie ze strony liderów Borysa Budki i Rafała Trzaskowskiego mieliśmy zapowiedź ich likwidacji, zresztą nie była to pierwsza zapowiedź.

Uważam też, że monopol w mediach, który był, dzisiaj już nie występuje, więc myślę, że zaraz międzynarodowe koncerny sobie przeliczą, czy to dość histeryczne działanie, czy ten nerwowy ruch z przerwą w nadawaniu był skuteczny i ile to może ich kosztować. Wydaje mi się, że nadawcy patrzą też, jak na te kroki będzie reagował polski rząd, czy będzie reagował twardo, czy też ugnie się pod presją. Mamy więc prężenie muskułów, testowanie swojej siły i siły oporu władzy. Natomiast w dłuższej perspektywie takich ruchów nie da się robić, bo będą one powodowały realne straty finansowe. Ponadto istnieje zagrożenie, że w tę lukę, w to miejsce, jakie mogłoby powstać, i to bardzo szybko, mogą wejść różne drobne media. Dzisiaj, jak wiadomo, media to bardzo szeroka paleta różnych możliwości – wprawdzie nie w tej skali, może też nie tej jakości, ale jednak.

Swoją drogą, czy przydomek, określenie „wolne media”, jakim się mienią media komercyjne, nie jest przesadzone?

– Zależy, od kogo i w relacji do kogo wolne. Oni są wolni – jak twierdzą – w relacji do polskiego rządu, może też do polskiego systemu fiskalnego, ale na pewno nie w relacji do tych, którzy są ich właścicielami. Oczywiste jest, że realizują pewien interes gospodarzy, ale też interes polityczny zewnętrzny.

Dlaczego koncerny medialne nie miałyby płacić podatku tam, gdzie zarabiają pieniądze? Co stoi na przeszkodzie?

– Koncerny międzynarodowe, i to nie tylko medialne, mają szerokie możliwości, dysponują ogromnymi pieniędzmi, sztabami prawników, wykorzystują wszelkie możliwe luki. Co więcej, swoje siedziby lokują tam, gdzie podatków się nie płaci lub płaci minimalne kwoty, i prowadzą taką grę, której nie są w stanie prowadzić drobni gracze. W ten sposób uzyskują kolejne przewagi. I sytuacja jest tutaj dokładnie taka sama jak z zagranicznymi sieciami handlowymi, które mają ogromne rzesze klientów, gigantyczne obroty, a wykazują straty, żeby tylko nie płacić w Polsce podatków. I tak to wygląda. Natomiast próba zapanowania nad tym – po pierwsze, wymuszenia, że jeśli ktoś zarabia ogromne sumy w Polsce, na Polakach, to powinien tu, w Polsce, płacić daniny tak jak każdy; a po drugie, jeśli taki koncern operuje na naszym rynku, to powinien podlegać polskiemu prawu w zakresie chociażby tzw. cenzury, która się pojawiała w sposób wręcz szokujący – każda próba uporządkowania tej sfery kończy się protestami, buntem i oskarżaniem polskich władz o łamanie demokracji.  

Polskie media też zostałyby objęte tym podatkiem, ale jakoś nie słychać, żeby miało to wpłynąć na ich wolność, sposób przekazu. Dlaczego zatem ma to wpływać na media tzw. komercyjne?

– To jest tylko wysyłany przekaz, komunikat, ale w ten sposób te koncerny negocjują. Tak czy inaczej chcą mieć w Polsce pozycję, której nie mają w Niemczech, mam na myśli obcy, zewnętrzny kapitał, który dajmy na to u naszego zachodniego sąsiada podlega miejscowemu prawodawstwu, podobnie rzecz ma się we Francji i innych państwach. Natomiast taką pozycję wspomniane koncerny wyrabiają sobie w krajach, które określają czy traktują jako postkolonialne czy neokolonialne i za wszelką cenę chcą ten status utrzymać. Zdają sobie bowiem sprawę, że jeśli będą mieć dominację, to będą niezależne od krajowych systemów prawnych, fiskalnych, także od władz. Będą też niezależne od wyborów i będą działać w dowolny dla siebie sposób, a tym samym wpływać, co zresztą robią, na kształt polskiej polityki, kształt polskiej opinii publicznej. Można powiedzieć w skrócie, że chcą pieniędzy i władzy, natomiast chcą być całkowicie niezależne.         

Patrząc na to, jak zagraniczne koncerny medialne działają w Polsce, czy rząd nie za późno bierze się za uregulowanie opodatkowania mediów?

– To nie jest tylko problem rządu, bo cały ten system, o którym powiedzieliśmy wcześniej, funkcjonuje w całym świecie. Jeśli mówimy o internecie, to dzieje się to w układach globalnych. Unia Europejska wprawdzie próbuje zastopować bezkarność tej sfery, ale Unia – jak wiemy – dużo mówi, ale z działaniami ma problemy, nic zatem dziwnego, że także w tej materii nie uczyniła nic istotnego.

Opozycja totalna jest wszędzie tam, gdzie można dołożyć rządowi, i podobnie jest tym razem. Mamy zapowiedzi, wręcz deklaracje, obrony tzw. wolnych mediów…

– Nic w tym dziwnego, skoro opozycja totalna jest popierana przez te media. To taka swoista symbioza – współpraca oparta na obopólnej korzyści. Mechanizm jest cały czas taki sam – ulica i zagranica, i tu się nic nie zmienia. Politycy opozycji totalnej w dużej mierze są zawieszeni, swoje kariery, swoją polityczną przyszłość zawiesili na zagranicy, w tym również na zagranicznych mediach. Nic zatem dziwnego, że będą ich bronić. Z drugiej strony atakują TVP INFO i nie chodzi tu o obiektywizm czy jego brak, w końcu mamy pluralizm medialny, ale z jednej strony chcieliby likwidować polskie media, a z drugiej bronią zagranicznych koncernów medialnych nawet przed tym, co wydaje się naturalne i sprawiedliwe, czyli przed opodatkowaniem od zysków, które te firmy czerpią z prowadzenia działalności w Polsce.

W proteście kanały stacji komercyjnych na platformach cyfrowych zostały wyłączone. Czy odbiorcy, którzy płacą abonamenty, nie powinny się domagać zwrotu, skoro nie otrzymali usługi, za którą zapłacili?     

– Moim zdaniem konsumenci, klienci mają prawo domagać się od nadawców, od właścicieli platform cyfrowych części abonamentu, ponieważ usługa, za którą płacą, nie została wykonana. To jest realna umowa, element zapłaty za abonament jest częścią umowy, gdzie sprzedawca zobowiązuje się do świadczenia usług, a klient do płacenia abonamentu. Jeśli abonament został zapłacony, a usługa nie jest wykonana, to klienta nie powinny obchodzić żadne problemy prawne właścicieli platform cyfrowych, czy ich spory z rządem. Do sprawy pewnie autorytatywnie mogliby się odnieść prawnicy, ale moim zdaniem jest podstawa, aby klienci skutecznie domagali się od platform cyfrowych zwrotu części pieniędzy.

                 Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl