To oczywiste, że prześladowanie i przemoc wobec kogokolwiek jest niedopuszczalna. Czemu ma zatem służyć rezolucja Parlamentu Europejskiego dotycząca ogłoszenia Unii „strefą wolności LGBT”?
– Owszem, przemoc jest niedopuszczalna, ale tylko w stosunku do osób lgbt, natomiast w stosunku do krytyków ideologii całej tej rewolucji seksualnej jest już zgoła inaczej. Dlatego rezolucja Parlamentu Europejskiego zmierzająca do ogłoszenia Unii Europejskiej „strefą wolności LGBT” – w istocie jest rezolucją przemocową. Jeśli głębiej sięgnąć w treść, to dokument ten zabrania państwom czy też społecznościom krytycznie odnosić się do tej ideologii – oczywiście w imię obrony przed rzekomą przemocą. Natomiast za każdym razem, kiedy ktoś komuś odbierał wolność słowa, kiedy ktoś kogoś pozbawiał różnych jego praw, to robiono to w imię zasad moralnych, w imię wyższych zasad etycznych rzekomo łamanych przez te osoby. Zresztą tłumaczono to tak, że żadna ideologia, żaden system totalitarny nikogo nie atakował, tylko bronił rzekomo przed łamaniem prawa. Stąd takie osoby wskazywano jako rzekomo prześladujące mniejszości narodowe, odsądzano je od czci i wiary, określając je mianem zdrajców. Tak na przykład mówili Niemcy w 1939 roku, podobnie Rosjanie o mniejszościach ukraińskich czy białoruskich. Zatem takie są prawidła tej gry, natomiast to, że u nas w Polsce nie ma żadnego prześladowania mniejszości, to widać chociażby na ulicach, w statystykach policyjnych, ale kogo interesują fakty…
Dlaczego, choć u nas jest relatywnie najmniej przypadków napaści na osoby o odmiennej orientacji seksualnej, na co wskazuje chociażby raport OBWE za 2019 rok, to jednak Polska znajduje się na celowniku i jest oskarżana?
– To, że Polska jest krajem tolerancyjnym, wynika z faktu, że jesteśmy – jeszcze – krajem katolickim. Stąd nie pasujemy do pewnych ideologicznych standardów, które obowiązują na Zachodzie. Tak naprawdę to nie chodzi o to, ile przestępstw motywowanych uprzedzeniami zostało dokonanych, także jeśli chodzi o wykroczenia rasistowskie czy antysemickie, których u nas w zasadzie też nie ma, tylko pytanie jest – kogo obrazimy, kogo określimy rasistą czy antysemitą. I to jest ważne. I pod tym względem Polska nie pasuje do pewnego wzorca ideologicznego, rzec można, że psuje całą robotę ideologiczną, burzy cały misterny plan. Po drugie, jesteśmy krajem, który trzeba postponować, a więc zrobić z Polski czarnego luda, ażeby w momencie, kiedy zechcą nałożyć na nas różne sankcje blokujące nasz rozwój, jak chociażby obcięcie funduszy ze względu na rzekome nieprzestrzeganie tzw. praworządności, mieć podkładkę, argument. Chodzi o to, żeby znieczulić opinię europejską, która przesiąknięta tą zakłamaną retoryką uzna, że kary nakładane na nas są w gruncie rzeczy słuszne, bo nie przestrzegamy elementarnych praw człowieka. Zawsze jest tak, że jeśli chce się kogoś podporządkować i ukarać, to przyprawia mu się gębę, żeby usprawiedliwić swoje działania wobec tego kogoś. Jest to metoda stara jak świat.
Można rzec, że kłamstwo Barta Staszewskiego zbiera swoje żniwo w świecie?
– Działalność Barta Staszewskiego związana z wieszaniem przed wjazdem do różnych miejscowości tablic z napisem „Strefa wolna od LGBT”, jest – moim zdaniem – przemyślaną akcją i obrazem tego, jak cały ten ideologiczny wał się przesuwa. Zatem tych, którzy nie chcą demoralizacji i ideologizacji swoich dzieci, po prostu się postponuje. Te tablice były ni mniej, ni więcej pokazaniem, kogo należy atakować, te tablice były sygnałem dla zachodnich elit, mediów, a dalej polityków, tych, którzy odpowiadają za pieniądze, kto jest naznaczony i kogo można czy wręcz należy atakować. To nic innego jak typowa stygmatyzacja, bo homoseksualiści wcale nie są u nas atakowani. Nikt nikomu w Polsce nie przykleja nalepek na czoło, na samochód czy na dom, że jest homoseksualistą, tylko wskazuje się tych, którzy bronią się przed tą ideologią, mówiąc, że są poza prawem, próbując ich karać – tak naprawdę nie wiadomo za co.
Věra Jourová nie ma świadomości, że to, co robi Staszewski, to manipulacja i kłamstwo, czy świadomie wchodzi w tę grę przeciw Polsce, grożąc nawet ograniczeniem nam unijnych funduszy?
– Komisarz Věra Jourová jest tylko i wyłącznie urzędnikiem unijnym, który w stu procentach zależy od jej mocodawców. Moim zdaniem nie tylko nie wie, co nie chce wiedzieć, jaka jest prawda.
Choć rezolucja europarlamentu, o której rozmawiamy, to tylko polityczny manifest, a nie dokument prawny, to jednak w ślad za tym mogą pójść konkretne działania wymierzone w kraje niepokorne?
– Na początek tego typu rezolucje mają za zadanie odebrać dobre imię danemu państwu, oczernić je. I to jest pierwszy etap, za którym pójdą już konkretne działania. Jest to – w mojej ocenie – przygotowanie artyleryjskie pod konkretne działania, które być może już niedługo nastąpią. Odebranie czy próby odebrania nam funduszy unijnych to tylko przykład możliwych działań przeciwko Polsce. Tak czy inaczej Unia Europejska ma cały szereg możliwości i równie dobrze może je zastosować wobec państw niepokornych, takich jak Polska czy Węgry, które wyłamują się poza ideologiczne standardy. Tym bardziej trzeba nam wyciągnąć wnioski, bo cały ten spektakl jest wyreżyserowany i pewnie na tym się nie skończy, a te wszystkie próby karcenia nas będą się powtarzały. Musimy sobie też uświadomić, że skoro próbujemy się wybić na podmiotowość, próbujemy pozostać krajem katolickim, to będą nam próbowali to wszystko odebrać. I jeśli to zrozumiemy, to może nie damy się zniszczyć.
Podczas obrad europarlamentu mieliśmy żenujący ideologiczny spektakl, w którym niestety w rolach głównych występowali posłowie z Polski, którzy zarzucili rządowi dyskryminację mniejszości seksualnych, co więcej, apelowali, aby odebrać nam fundusze…
– Z jednej strony można spojrzeć z politowaniem na wystąpienia niektórych europosłów, że też ktoś może aż tak ideologicznie się uwikłać. Myślę, że tak zachowujący się ludzie są de facto nieszczęśliwi w tym względzie, bo być może nawet wierzą w tę ideologię. Natomiast z drugiej strony, kiedy widzimy, jak do tego chóru antypolskiego przyłączają się politycy Platformy czy PSL-u, to przychodzi mi na myśl wiek XVIII. Wychodzi na to, że w imię walki partyjnej, w imię zdobycia władzy za wszelką cenę, żebyśmy to my rządzili, a nie oni, niektórzy są w stanie sprowadzać na swój własny kraj niesprawiedliwy, niczym nieuprawniony lincz. Przecież nie chodzi tu o żadne prawa obywatelskie, rzekomo łamane, co każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek widzi, tylko chodzi o osłabienie państwa polskiego. Jeśli na polskiej scenie nie będzie minimum czegoś, co można nazwać uzgodnieniem, czym jest nasz interes narodowy, co to znaczy poszanowanie interesu narodowego, tylko w sposób bezrefleksyjny będziemy dalej walczyć na śmierć i życie, to bardzo źle wróży to dla Polski. Na tym podziale, na tych kłótniach i sporach zawsze będą wygrywać obcy.
Tego zagrożenia nie dostrzegają politycy uczestniczący w tym sporze?
– Wygląda na to, że nie widzą czy też nie chcą widzieć. To zdumiewające, że nasi politycy nie chcą tego dostrzec, że nie uczą się niczego z historii, że nie wyciągają wniosków. To jest przerażająca rzeczywistość, ale to też bardzo źle o nich świadczy.
Wiele się mówi o rzekomej dyskryminacji osób o odmiennej orientacji seksualnej, ale czy w Polsce nie mamy bardziej do czynienia z dyskryminacją ludzi wierzących?
– Oczywiście punktowo coś takiego występuje, co widać chociażby po bardzo dziwnych wyrokach sądowych. Mamy na przykład kuriozalną sytuację, kiedy sąd w Płocku nie widzi obrazy uczuć religijnych osób wierzących w profanacji wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej przez aktywistki związane z ruchem lgbt, które naklejały naklejki ze sprofanowanym wizerunkiem Madonny z Dzieciątkiem Jezus z aureolami w kolorach tęczy. Jednak jeśli opozycja lewicowa doszłaby do władzy, to myślę, że to, z czym mamy do czynienia na Zachodzie, może także u nas stać się normą. I o tym trzeba pamiętać. Zaczyna się od zabraniania używania pewnych słów, pewnych pojęć, mamy cenzurę, autocenzurę, ale to wszystko skądś już znamy... Może zatem warto sięgnąć raz jeszcze do książki George’a Orwella pt. „Rok 1984” i fikcyjnego ministerstwa prawdy, które określa, co jest prawdą, a co nie. Może warto zastanowić się, czym jest zabijanie języka, pewnych słów, tworzenie tzw. nowomowy. Aż dziw bierze, że ktoś może się tak kompromitować w świetle historii… Można to tłumaczyć tylko ignorancją, czyli nieznajomością historii, literatury – najbardziej klasycznej (mam na myśli właśnie Orwella), czyli klasyki literatury dotyczącej totalitaryzmu. To niepojęte, że można wchodzić w te same koleiny, rzecz niesamowicie przygnębiająca.
Parafrazując klasyka – po co znać historię Polski, skoro jest historia Niemiec…
– Nawet gdyby politycy opozycji znali historię Niemiec, ale dogłębnie, a nie w sensie zafałszowanym, to wiedzieliby, że była też NRD i też było prześladowanie za poglądy, że Niemcy mieli narodowy socjalizm. Dlatego nawet jeśli ktoś zna historię Niemiec, to powinien wiedzieć, że ideologia ostatecznie odwraca się przeciwko tym, którzy ją głoszą.
Polska zaskarżyła do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej tzw. mechanizm warunkowości. Czy tym samym kupiliśmy sobie czas?
– W pewnym sensie owszem, tak. Zresztą w ogóle jest to gra na czas i próby analizowania tego, co się dzieje wokół nas. Mamy próbę przechytrzenia jedni drugich i na tym polega ta polityka. Wszyscy przecież wiedzą, że Niemcom chodzi o stworzenie superpaństwa, chodzi o zbudowanie pewnych przewag w Europie, o ideologizację kontynentu. W grę wchodzą wielkie pieniądze, dlatego każdy każdego próbuje przechytrzyć.

