Atak na kościół pw. Najświętszego Zbawiciela w Warszawie, m.in. z użyciem rac i zawieszeniem na frontonie baneru z wulgarnym napisem pod adresem Ordo Iuris. Z czym mamy do czynienia i z czego się bierze ta narastająca agresja?
– Mamy do czynienia z charakterystyczną dla środowisk lewicowych „mową miłości”. Jak słyszymy akcja ta miała być m.in. protestem przeciwko skierowaniu przez Sejm do dalszego rozpatrzenia w komisji projektu „Tak dla rodziny, nie dla gender” oraz przeciwko inicjatywom na rzecz wypowiedzenia tzw. konwencji stambulskiej. Środowiska, które organizują tego typu akcje, torpedują kwestie związane z ochroną rodziny. Osobiście doświadczyłem czegoś podobnego niedawno podczas obrad Sejmiku Województwa Lubelskiego, kiedy jedna z pań stwierdziła, że Karta praw rodziny, to jeden z elementów szkodliwych, poprzez który samorządy mogą stracić unijne dotacje. Obrona rodziny jest definiowana przez te środowiska jako mowa nienawiści, a z ich strony są tylko „czyny miłości” wyrażające się chociażby atakami na Kościół, na kapłanów i dewastacje świątyń.
Liczba ataków na kościoły rośnie, od października 2020 roku zanotowano ich ponad 150. Mamy całą serię napaści na świątynie, m.in. w Toruniu, Rzeszowie, i pobić kapłanów. Jest też śmiertelna ofiara pobicia – ks. Adam Pyszkowski, proboszcz z Paradyża.
– Sytuacja jest podobna do tej, kiedy ideologia sięgała szczytów władzy, szczytów swojej potęgi np. we Francji na przełomie XIX i XX wieku, w Meksyku w latach 20., w Hiszpanii w latach 30. ubiegłego stulecia, w Związku Sowieckim, w Polsce w latach 50. minionego wieku, w Portugalii na początku naszego wieku. Takie rzeczy się już zdarzały. I podobnie jest dzisiaj, bo czym jest donoszenie na Kościół, co do liczby wiernych w okresie pandemii koronawirusa. Myślę, że można to wszystko porównać wprost do czasów komunistycznych, kiedy mieliśmy jawną walkę z Kościołem, a donosicielstwo było na porządku dziennym. Dzisiaj ta agresja też występuje, nasila się i jest pochodną tego, co dzieje się w ludzkich duszach, w ludzkiej świadomości. Wydaje mi się, że – patrząc od strony religijnej – jest to też pochodna pewnego buntu przeciwko Bogu – buntu, który opanował część ludzi – i to nie tylko w Polsce, a ataki na Kościół są tylko tego odzwierciedleniem.
Wspomniał Pan Profesor o liczeniu przez polityków lewicy wiernych wychodzących z nabożeństw. Ciekawe, czy tak samo odważyliby się i stanęliby do liczenia wiernych w meczetach bądź synagogach?
– Kiedy odbywały się protesty organizowane przez tzw. strajk kobiet, kiedy ludzi na ulicach miast było mnóstwo, to jakoś nikt ich nie liczył, nie ograniczał protestujących. Co więcej, kiedy na ulicach Warszawy, nie zważając na stan pandemii, mieliśmy tłumy, to ze strony polityków totalnej opozycji czy lewicy, a także ze strony liberalnych mediów nie tylko, że nie było krytyki, a wręcz usprawiedliwiano te marsze, twierdząc, że jest to stan wyższej konieczności. Oczywiście, jeśli ktoś jest człowiekiem wiary, to wie, czym jest nabożeństwo, Eucharystia i bezpośredni udział w sakramentach, że jest pokarmem duszy tak samo ważnym, a nawet jeszcze ważniejszym niż chleb powszedni dla ciała. Natomiast nie sądzę, żeby politykom lewicy, którzy dzisiaj liczą wiernych, chodziło o kwestie bezpieczeństwa epidemicznego, bo – jak wspomniałem – niedawno ci sami ludzi maszerowali po ulicach w protestach i mieli za nic wszelkie obostrzenia czy restrykcje. To pokazuje, że kwestie epidemiczne nie mają dla nich większego znaczenia, natomiast mieli – cały czas mają nadzieję, że w kościołach w Polsce będzie tyle ludzi, co w czasie największych obostrzeń z wiosny 2020 roku, czyli kilka, maksymalnie kilkanaście osób. I to jest ich marzenie i denerwują się – tak mi się wydaje – nie dlatego, że w zgromadzeniach wiernych pojawia się zagrożenie epidemiczne, ale przede wszystkim dlatego, że tych ludzi w świątyniach przybywa, że Kościół inaczej, rozsądniej podchodzi do tej kwestii, że ludzie w warunkach zaostrzonych rygorów, przestrzegając zasad, jednak korzystają licznie z sakramentu pokuty. Zatem choć czas jest trudny, to nie ma zamykania świątyń i to wszystko irytuje przeciwników, wrogów Kościoła. Dla nich normalny stan to byłyby zamknięte kościoły, które najlepiej, żeby funkcjonowały, co najwyżej, jako zabytek, a nie kościół, w którym gromadzą się wierni, gdzie odbywa się kult Boży i wierni jako żywy Kościół korzystają z sakramentów świętych.
Informacje o atakach na kościoły, na duchownych zamieszczane na portalach społecznościowych spotykają się z pochwałami. Kim trzeba być, jak wyprany trzeba mieć mózg, co mieć w głowie, żeby popierać akty barbarzyństwa?
– To są często ludzie, którzy utracili wiarę i w ten sposób chcą wyrazić swój bunt przeciwko Bogu Stwórcy. Mają do Pana Boga pretensje – nie bardzo wiem, o co. Są niespójni duchowo, mają problemy ze swoją seksualnością, są pogubieni także w innych sprawach i wyrażany bunt jest tego konsekwencją. Co więcej, ten bunt wyraża się nie tylko intelektualnie, ale też wchodzi w sferę działań praktycznych, czyli czynów wynikających z wewnętrznego pomieszania, chaosu.
Z danych OBWE wynika, że nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, rośnie liczba przestępstw z nienawiści na tle religijnym. Jak powstrzymać tą agresję i przemoc? Przestępstwa dokonywane z nienawiści do wiary wciąż nie są przedmiotem poważnych debat politycznych.
– Nie są przedmiotem debaty, bo część sceny politycznej nie widzi w tych atakach nic złego, a wręcz przeciwnie. Dlatego trudno od tych środowisk oczekiwać potępienia czy zdecydowanej reakcji na działania przemocowe. Oczywiście jest też kwestia prawna, ale – jak wiemy – nie wszystko rozstrzyga się na gruncie prawnym. Natomiast w naszym otoczeniu międzynarodowym wszelkie działania nakierowane na karanie tych, którzy łamią prawo, są określane mianem albo mowy nienawiści, albo są traktowane jako przejaw cenzury, łamania praworządności, itd. To pokazuje, że współczesny świat zachodni się zdechrystianizował i nie tylko, że stał się laicki, ale przechodzi na skrajne pozycje ideologiczne, antyreligijne, a niekiedy nawet wręcz satanistyczne.
Czy jako Polska musimy przejść przez te doświadczenia, jakie obserwujemy na Zachodzie? Jak do tego stanu nie dopuścić, czy może ten proces już postępuje w Polsce?
– Ten proces trwa – mamy opóźnienie o jakieś 20 lat w stosunku do tego, co działo się na Zachodzie. Oczywiście nie oznacza to, że wynik tej batalii musi być i będzie taki sam jak na Zachodzie, który przegrał, czy też przegrywa tę walkę. Mam ciągle nadzieję, że u nas wynik będzie inny, że jako Polska będziemy jednak wyjątkiem na tle świata post-chrześcijańskiego. Nie mam wątpliwości, że czeka nas największa batalia kulturowo-cywilizacyjna od czasów odzyskania niepodległości i od rozstrzygnięcia tej batalii zależy przyszłość Polski – czy Polska przetrwa, patrząc na nią na sposób klasyczny, czyli jako więź kulturowa.
Jakie mamy szanse, żeby nie ulec tej ideologicznej presji i jaka jest w tym rola Kościoła?
– Szanse są pół na pół i wszystko teraz zależy od nas, od konkretnych ludzi. Kościół w Polsce, mam na myśli duchowieństwo – i jestem tym mile zaskoczony – wyciągnął pewne wnioski z tego, co działo się w ubiegłym roku na wiosnę, czy nawet podczas drugiej fali jesienią, kiedy rzeczywistość była w jakimś stopniu schizofreniczna. Z jednej strony środowiska rewolucyjne pozwalały sobie na akty wręcz niewyobrażalnej agresji wobec wszystkiego, co święte, łamiąc prawo, również nie przestrzegając przepisów epidemicznych, a Kościół w przestrzeganiu obostrzeń często był nadgorliwy. Teraz w okresie Świąt Wielkanocnych nie tyle że się odchodzi od przepisów epidemicznych, bo epidemia jest – i jak słyszymy – się rozwija, nie jest tak, że nie ma śmierci, bo jest i przychodzi, ale dzisiaj mamy podejście bardziej zrównoważone, racjonalne, polegające na tym, że zachowujemy możliwie dużą ostrożność – przestrzegamy zasad i stosujemy się do obostrzeń, ale nie pozbawiamy ludzi sakramentów. Są one bowiem najważniejszą rzeczą, która właśnie chroni człowieka przed śmiercią w sensie wiecznym, bo śmierć prędzej czy później przyjdzie i pytanie z czym, z jakim bagażem staniemy przed Bogiem Stwórcą.
I z takiej perspektywy – wiecznej, a nie tylko doczesnej, Kościół musi patrzeć?
– I patrzy. Wydaje się, że jeśli te kwestie nie byłyby akcentowane, jeśli ta perspektywa wieczności nie byłaby ludziom pokazywana, przypominana, że o to toczy się batalia, walka człowieka z samym sobą, z szatanem, który jest rzeczywistością, a nie mitem, że nie chodzi tu tylko o życie doczesne, to bez tej perspektywy wiecznej bardzo spłaszczylibyśmy nasze życie. Zatem nie można się tylko zamykać w domach, chroniąc się przed zakażeniem, ale przestrzegając wszystkich zasad epidemicznych, starać się także wypełniać swoje obowiązki duchowe, mając na uwadze perspektywę wieczną, którą jest Jezus Chrystus. Wydaje mi się, że ta świadomość w nas jest coraz większa, uważam, że zdecydowanie lepiej się zachowujemy, że nie zamykamy się całkowicie na udział w sakramentach, że otwieramy się na Pana Boga. Mimo tego że ta trzecia fala koronawirusa jest w natarciu, że jest o wiele groźniejsza niż poprzednie, co widać chociażby po skali zachorowań, zajętych miejscach w szpitalach czy liczbie zgonów, to jednak, jako wierni Kościoła katolickiego, zachowujemy się racjonalnie, co widać po ludziach, nie tylko po duchowieństwie i to jest też światełko nadziei. Widać, że mimo pandemii nie zamarła w nas potrzeba życia sakramentalnego, co pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość, że mimo ataków na nasze wartości nie damy się pokonać, że Bóg, który żyje w nas, zwycięży.
Dziękuję za rozmowę.

