Jakie są Pani refleksje po obejrzeniu filmu Ewy Stankiewicz „Stan zagrożenia”?
– Jest mi zwyczajnie smutno, bo to, czego się w głębi duszy domyślaliśmy, teraz właściwie się potwierdziło. Okazuje się, jakie było podejście przedstawicieli ówczesnego rządu, także tych, którzy wtedy byli przy Donaldzie Tusku. Nikt nie robił nic, o czym nie wiedziałby premier Tusk, nie robiono nic, czego nie życzyłby sobie ówczesny premier. Natomiast uśmiechy, żółwiki z Putinem na miejscu katastrofy smoleńskiej – to było żenujące. To nie był czas, miejsce i nie osoba, wobec której polski premier powinien sobie pozwalać na takie gesty.
Choć minęło 11 lat od katastrofy, to w obliczu takich nowych faktów chyba trudno zamknąć przeszłość – zwłaszcza rodzinom ofiar?
– To jest bardzo trudne dla mnie – zwłaszcza że po katastrofie byłam w Moskwie w Zakładzie Medycyny Sądowej i przyznam się panu, że kiedy teraz, po latach na zdjęciach ponownie zobaczyłam te budynki, to wszystko się przypomniało, wróciło. Teraz widzimy, rozumiemy, że nadaktywność Ewy Kopacz, która – jak pamiętam – biegała, można powiedzieć, że wszędzie było jej pełno, to nie był przypadek, ale to wszystko się działo z polecenia Donalda Tuska i miało stworzyć wrażenie, że – w tym trudnym dla nas czasie – jest zainteresowanie ze strony polskich władz. Myślę, że miało to także na celu odwrócenie naszej uwagi od tego, co tam się faktycznie działo, że polscy specjaliści byli de facto asystą dla rosyjskich patomorfologów, że nie dopuszczono ich do sekcji. Dzisiaj rozumień, po co były te wielogodzinne rozmowy, pytania o szczegóły – jak wyglądali nasi bliscy zmarli. W ten sposób organizowano nam czas pobytu w Moskwie, stwarzając wrażenie, że polskie władze coś robią. Przypominam sobie spotkanie w Warszawie przed wylotem do Moskwy, gdzie min. Jacek Cichocki – odpowiedzialny w kancelarii premiera za służby specjalne, mówiąc, że identyfikacja zwłok to będzie przeżycie, pytał, czy na pewno chcemy lecieć. Przyznam, że po tej mowie miałam pierwsze zawahanie – czy nie zrezygnować, ale stwierdziłam, że skoro dotarłam z Jasła do Warszawy, to moim obowiązkiem jest znaleźć, zidentyfikować mojego męża. Zresztą wszyscy byliśmy w szoku i wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, w jakim stanie mogą być ciała naszych bliskich. Nawet w filmie Ewy Stankiewicz była mowa, że jedno z ciał ofiar znajdowało się na drzewie oraz że wiele ciał zostało odarte z ubrań. Swoją drogą przy katastrofach lotniczych, gdzie obrażenia są dotkliwe, coś takiego się nie zdarza.
O czym to Pani zdaniem może świadczyć?
– Te wszystkie nowe fakty, które do nas ciągle docierają, jednoznacznie świadczą, że na pokładzie Tu-154M był wybuch. Może nie mówi się tego wprost, ale po badaniach przeprowadzonych przez specjalny zespół Antoniego Macierewicza, przez naukowców, którzy występują w tym filmie, takie wnioski są uzasadnione. Przecież sprawą nie zajmowali się ludzie przypadkowi, ale specjaliści od badania wypadków lotniczych, jak chociażby Glenn Jorgensen, który przedstawił dowody na podstawie badań, doświadczeń. Ci ludzie są autorytetami w swojej dziedzinie i nie podjęli się tej pracy, aby szukać sensacji, ale aby przedstawić prawdę o tym, co wydarzyło się w Smoleńsku, prawdę, którą od 2010 roku tak skrzętnie próbuje się ukryć. Ponadto wątpliwości, które pojawiają się także w tym filmie, budzi kapitalny remont tupolewa, który odbył się w Samarze niedługo przed katastrofą, bo jesienią 2009 roku. Dlaczego akuratnie wybrano to miejsce, kto wskazał i zdecydował o tym, że to rosyjska firma przeprowadzi remonty najważniejszych polskich samolotów? Nie jest przecież dzisiaj tajemnicą, że doszło do niedopełnienia obowiązków przez osoby odpowiedzialne za przygotowanie, prowadzenie i rozstrzyganie przetargów na remont tupolewów oraz ich silników. Pytanie zatem, czy w sposób należyty zadbano o bezpieczeństwo przetargów i remontów maszyn, czy był właściwy nadzór i kontrola.
Po zdjęciach z prosektorium, jakie zobaczyliśmy, Ewa Kopacz milczy, ale Donald Tusk zabrał głos na Twitterze, pisząc, że „kiedy Ewa Kopacz pomagała rodzinom ofiar w najtrudniejszych sytuacjach, PiS z bezpiecznego ukrycia organizował akcję narodowego szczucia”. „I tak jest do dziś”. Tyle że to Tusk zakpił sobie z rodzin smoleńskich.
– Komentarze Donalda Tuska są żenujące. Wobec tego, co zrobił jako premier w tamtym czasie i czego nie zrobił, a miał obowiązek, powinność, dzisiaj powinien zamilknąć. Przecież to on zakpił sobie z nas, rodzin smoleńskich, to on przyjął bez sprzeciwu i zaczął realizować scenariusz nakreślony na Kremlu. Od początku działania podejmowane przez ekipę premiera Tuska zmierzały do wyciszenia sprawy. Choć byłam wtedy i dzisiaj jestem zainteresowana, aby poznać fakty, to po pierwszym spotkaniu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, kiedy Donald Tusk ze swoimi współpracownikami potraktowali nas jak petentów, nie miałam ochoty, aby wziąć udział w kolejnym. Proszę sobie wyobrazić, że ówczesny premier nie odpowiedział na ani jedno nasze pytanie, albo odpowiadał pokrętnie. Pamiętam, że prosił, aby przedstawić pytania na kartkach, ale nigdy na nie nie odpowiedział. Zatem nie widziałam celowości ponownego spotkania się, bo to i tak nic nie da, a mogę tylko doświadczyć kolejnych przykrych przeżyć. Jeśli zaś chodzi o zdjęcia, jakie mogliśmy zobaczyć, to mądrze i wymownie skomentowała to moja córka, która w SMS-ie napisała tylko jedno słowo: straszne! Patrząc na zdjęcia Ewy Kopacz z prosektorium i mając w świadomości jej zachowanie wówczas, mogę powiedzieć, że przedstawiciele ówczesnych polskich władz – biorąc pod uwagę tragiczne okoliczności – zachowywali się zbyt entuzjastycznie. To dowód, jak nie powinno się podchodzić do tego typu tragicznych wydarzeń. Prosektorium to nie jest kabaret, kawiarenka, gdzie można się zachowywać w sposób dowolny. Powiem panu, że moje dzieci wówczas w Moskwie wręcz wymogły na mnie, żebym nie wchodziła tam, gdzie okazywano ciała naszych zmarłych. Ostatecznie wszedł mój brat, ale jak pan wie, nie odnalazł wtedy ciała mojego męża. Stanisław Zając został zidentyfikowany jako jeden z ostatnich, na końcu, i przetransportowany do Polski w ostatniej grupie ciał. Zresztą Rosjanie starali się najpierw odnaleźć ciała wojskowych.
Wiele się wtedy mówiło o sekcjach…
– Dobrze to pan redaktor określił – mówiło się, bo tak naprawdę sekcje w Moskwie się nie odbyły, a przynajmniej było ich niewiele. Co więcej, do stołów sekcyjnych nie dopuszczono nawet polskich ekspertów. Przypominają mi się słowa Ewy Kopacz, kiedy z mównicy sejmowej zapewniała, że ziemia na miejscu katastrofy była przekopywana z największą starannością do ponad metra w głąb. Pamiętam też, kiedy w obecności Putina – niemal ze łzami w oczach – mówiła o gościnności, profesjonalizmie i doskonałym tempie prac. A dziękując, stwierdziła, że polscy i rosyjscy specjaliści współpracują jak jedna rodzina. Ta wypowiedź i zdjęcia, które teraz obiegły Polskę i świat, dyskredytują Ewę Kopacz jako polityka, ale też jako człowieka. Można było przecież zamknąć to w normalnych słowach, podziękować Rosjanom, choć nie bardzo wiem za co, ale nie mówić, że ziemia była wręcz przesiewana – zwłaszcza że później osoby, które były na miejscu katastrofy w Smoleńsku, znajdowały różne przedmioty osobiste ofiar czy części wraku tupolewa.
Chyba nigdy nie zapomnę jednego z obrazów filmu Ewy Stankiewicz – widoku trumny z ciałem prezydenta Kaczyńskiego, które strażacy umieszczają na pace zdezelowanej ciężarówki…
– To samo sobie pomyślałam. Czyż nie można było zabezpieczyć normalnego samochodu do przewozu zwłok, tym bardziej że chodziło tu o ciało urzędującego prezydenta Rzeczypospolitej, który zginął, pełniąc urząd. Gdzie majestat państwa polskiego? Na miejscu katastrofy nikt nie mógł się tym zająć, przecież Jarosław Kaczyński dotarł na miejsce dopiero po Donaldzie Tusku, który musiał być pierwszy. Nie mam na myśli przyjaciół czy współpracowników prezydenta Kaczyńskiego, których nawet nie chciano dopuścić do czynności. Inna sprawa, czy w ogóle do tej katastrofy musiało dojść i jaki geniusz wymyślił rozdzielenie wizyt prezydenta i premiera. Być może, była to sugestia Rosjan, żeby obniżyć rangę prezydenckiej wizyty. Zresztą część dyplomatów w Moskwie została oddelegowana do przygotowania obchodów rocznicy zbrodni katyńskiej i wydaje się, że wszystkie działania były na to nastawione. Jaka była rola Tomasza Turowskiego, który od 15 lutego 2010 roku kierował wydziałem politycznym Ambasady Polski w Moskwie, który uczestniczył w przygotowaniu obu wizyt w Katyniu premiera Donalda Tuska 7 kwietnia i prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 roku? Podczas katastrofy smoleńskiej Turowski był obecny na lotnisku Siewiernyj, gdzie oczekiwano na przylot polskiej delegacji. Chcę podziękować tym, którzy nas nie krytykują, nie kpią z nas, ale chcą dojść do prawdy, którzy jak Ewa Stankiewicz poszukują i odnajdują nowe materiały. Być może kiedyś przemówią ci, którzy są w posiadaniu zdjęć, mają informacje, jak na przykład dyplomaci. Myślę, że każdy ma sumienie, u niektórych być może te sumienia są uśpione, ale w życiu chyba każdego człowieka przychodzi moment, że sumienie się odzywa. Być może sumienie wielu osób już dzisiaj zaczyna się budzić i liczę, że ci, którzy powinni zabrać głos, w końcu się odezwą i powiedzą, jak było naprawdę.
Po katastrofie trumny z ciałami ofiar zostały zalutowane i nie pozwolono ich otwierać. Jak Pani to przyjęła?
– Wtedy w tym wirze wydarzeń, w obliczu tragedii nie rozumieliśmy tego do końca, choć serce bolało. Pamiętam, jak wielokrotnie nam nakazywano, że absolutnie nie wolno otwierać trumien. Dopiero później zastanawialiśmy się – dlaczego, jakim prawem. Przyznam, że kiedy po wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach rozpoczęły się ekshumacje, miałam mieszane uczucia – z jednej strony czułam obowiązek uczestniczenia w tym, a z drugiej strony pytałam Pana Boga: „Co my znajdziemy w tych grobach?”. I nie pomyliliśmy się, nie pomylili się ci, którzy od pierwszych dni po katastrofie żądali ekshumacji. Tak czy inaczej nie było odpowiednich działań ani przed wizytą w Katyniu w 2010 roku, ani później po katastrofie. Ówczesny polski rząd oddał sprawę śledztwa w ręce Rosjan i zawiódł Polaków.
Czym mógł się kierować Donald Tusk, ulegając Rosjanom w tak ważnej sprawie? Śledztwo potoczyło się tak, jak chcieli Rosjanie. Co więcej, nie ma żadnych śladów umowy, na podstawie której przyjęto taki, a nie inny sposób działania i wyjaśniania przyczyn i okoliczności katastrofy…
– Widać premierowi Tuskowi wystarczyło słowo Putina. Tusk nie zrobił niczego, żeby rzetelnie wyjaśnić przyczyny tego, co się stało 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, a zarazem zrobił wszystko, aby postawić nas – Polskę – w roli petenta. Niezależnie od poglądów politycznych, Polak tak się nie zachowuje, tym bardziej premier polskiego rządu. To jest mój jedyny komentarz. Rację ma Jarosław Kaczyński, który w tym filmie mówi, że przeważyła czysta kalkulacja. Mianowicie, Donald Tusk nie chciał wchodzić w konflikt czy spór z Rosjanami, aby nie zaszkodzić swojej międzynarodowej politycznej karierze. Zadaniem premiera jest służyć państwu i ludziom. Niestety, Donald Tusk, ale także inni politycy z jego otoczenia funkcje, jakie zajmowali, traktowali jako trampolinę do własnej kariery, jako płaszczyznę interesu. Za grosz nie było w nich duszy społecznika – w dobrym tego słowa znaczeniu, a więc pracy dla innych. Dziś po śledztwie – oczywiście nie przesądzając o winie, bo to jest rola sądu – widzimy, jakie zarzuty ma jeden z najbliższych współpracowników Donalda Tuska Sławomir Nowak. Myślę, że po tym, co zrobił Tusk, już do Polski nie wróci. Pozostaje mu zatem rola komentatora, niektórzy nazywają go nawet trollem.
Jakie państwo mieliśmy za rządów koalicji PO – PSL w 2010 roku i później, skoro po objęciu urzędu prezydenta przez Bronisława Komorowskiego generałów NATO-wskich, którzy zginęli w Smoleńsku, zastąpiono wojskowymi wyszkolonymi w Moskwie?
– Nic dziwnego, w końcu takie przecież było otoczenie Bronisława Komorowskiego, który jako prezydent dobierał sobie współpracowników. Pyta pan też, jakie to było państwo? Jakie było, to odczuliśmy w pierwszych dniach, tygodniach, miesiącach po katastrofie. Dzisiaj to wszystko wraca, wiele rzeczy wychodzi na jaw. Dlatego przeciwnicy obecnego rządu tak mocno walczą, tak bardzo chcą odsunąć PiS od władzy, bo widocznie obawiają się, że prawda, która jest jeszcze ukryta w dokumentach, może wyjść na jaw. Tak jak wspomniałam, do polityki powinni iść uczciwi ludzie, z duszą społecznika i gdyby w otoczeniu premiera Tuska było więcej takich osób, o mocnym, twardym charakterze, to może nie pozwolono by, a przynajmniej próbowano by, żeby w obliczu takiej tragedii nie oddać polskich spraw w obce ręce.

